Nieszczęścia, reklamy, seriale i polityka

6 stycznia, 2012

Słyszałam ostatnio dowcip, że gdyby z telewizji publicznej  usunąć politykę zostałyby tylko reklamy. Trudno się z tym nie zgodzić, ale ja bym dodała, że gdyby z telewizji usunąć politykę zostałyby jeszcze seriale (oczywiście głupkowate i totalnie nienadające się do oglądania) i informacje, a w nich nieszczęścia, wypadki, awantury, korki i inne klęski żywiołowe i nie tylko.

Dawno, dawno temu miałam w zwyczaju włączanie TV o 19 i oglądania”Faktów” a następnie „Wiadomości”. Następnie się przeprowadziłam, w wynajmowanym pokoju nie było telewizora a ja wyraźnie odczułam, że życie jakby się zmieniło na lepsze. I w sumie czemu tu się dziwić, skoro przestałam codziennie szkodzić swojej wątrobie i systemowi nerwowemu oglądaniem serwowanej nam papki w sosie tragicznym. Kolejne wojny, konflikty zbrojne, kłótnie polityków, wybory, wypadki drogowe i korki oraz wszystkie biedne, chore dzieci, które uratować może tylko dożywotnia rehabilitacja lub skomplikowana operacja w Szwajcarii… Szczęśliwie wraz z brakiem telewizora te „radosne” wieści odeszły w niebyt.  Na moje i mojej wątroby szczęście. Czytaj resztę wpisu »


Szklane drzwi, szklane domy, szklane kule…

19 lipca, 2011

Dziennikarz, krytyk literacki, redaktor… Mam wrażenie, że z biegiem lat te pojęcia coraz bardziej się dewaluują. Coraz mniej dziennikarzy pisząc dba o rzetelność wypowiedzi, jej poprawność, obiektywność, szacunek w stosunku do adresatów wypowiedzi, do czytelników. Coraz mniej dziennikarzy dba po prostu o jakość. Za wierszówkę zapłacą przecież i tak.

Czytaj resztę wpisu »


Raport o stanie prasy polskiej

19 listopada, 2010

Różne nieważne komisje sejmowe przygotowują, co i rusz swoje raporty, nie będę więc gorsza. Szkoda jedynie, że słowo raport, które kiedyś kojarzyło się ze sprawozdaniem, relacją, w najgorszym wypadku raportem policyjnym, teraz kojarzy się tylko z niemiłościwie nam panującymi posłami, wciąż piszącymi „raporty”,  w których zawierają głównie sugestie, supozycje i insynuacje.

Dziwnym trafem wpadły mi w ręce gazety, których normalnie nie kupuję,  zgarnęłam je tylko po to, aby mieć lekturę w czasie choroby. Miałam pecha, bo trafiłam na „Wprost” zwykle nudne jak flaki z olejem, „Nie”, bo ma niewygodny format i „Polityka”. Uzupełniając to „Angorą”, którą kupuję średnio raz w miesiącu, to w sumie niezły przekrój przez naszą prasę. Dzienników nie kupuję, bo nie pamięci do takich drobiazgów, ponadto w „Wyborczej” nie ma ostatnio fajnych dodatków, a „Rzeczpospolita” jest zbyt duża. „Nasz dziennik” czasem podrzucą za darmo na klatkę, ale starsze obywatelki zgarniają cały nakład. Ogrzewanie mamy centralne w piecu zatem nie palą, o suszenie znaczków ich nie podejrzewam, więc co one z tym robią ?

Jako pierwsze jak byka za rogi złapałam „Nie”. Zdaję sobie oczywiście sprawę kim jest pan, który tenże periodyk założył, ale to nie ja zasiliłam jego kabzę, oddałam się zatem lekturze bez uprzedzeń. Frajdę miałam tym większą, że pierwszy raz w życiu czytałam gazetę, o której lekturę (na zmianę z „Wyborczą”) bezustannie posądzana jestem na forach, gdy tylko próbuję odbóstwić PiS i Kościół. Ubawiłam się setnie czytając relację z „pielgrzymki” do grobu prezydenckiej pary i uzasadnienie, dlaczego w sejmie na etacie zamiast Komisji Etyki powinny być przedszkolanki. Gdyby redaktorzy założyli własne pismo, nie związane z panem U., to miałoby sporą poczytność.  Mogłoby być takim pisanym „Szkłem kontaktowym” albo „Teraz my!”.Więcej tego nie kupię, ale mnie się podobało.

A skoro już wywołałam „Teraz my!” to weźmy na tapetę „Wprost”. Pismo, któremu przykurzony prestiż  Lisa nie pomógł, a kilku niezłych dziennikarzy próbuje ruszyć z posad. Tylko co można zrobić jeśli dowcipna rubryka polityczna Siekielskiego sąsiaduje z „Tygodniem Kultury Polskiej” Żulczyka.  Szumna nazwa i nic więcej, kultury tam bowiem nie da się znaleźć nawet przez lupę. Ani teatru, ani wystawy, no niech im by nawet uszła super premiera kinowa. Nie. Pan Żulczyk z zapałem relacjonuje co „Vivie” powiedziała Weronika Marczyk-już nie Pazura, podobne wyznania Niklińskiej dla „Imperium” oraz co Piróg myśli o Ziemkiewiczu a Pyrkosz o Fitkau-Perepeczko. W ogóle „Wprost” wyraźnie cierpi na niemoc twórczą, bo można tam głównie przeczytać, co można przeczytać, gdzie indziej. Tomy akt smoleńskich można poczytać, co pisze „Nasz Dziennik” i „Gazeta Polska” o katastrofie pod Smoleńskiem też się znajdzie. A oprócz tego z 10 stron o pogrzebie Tego-Posła-Zastrzelonego-w-Łodzi-Którego-Nazwiska-Nikt-Nie-Pamięta.  Bieda z nędzą, jak polsko- ukraińskie maskotki na Euro 2012.

„Angora” ma lepsze i gorsze momenty. Rubryki stałe o języku polskim ratują je w  moich oczach, ale poza tym bywa różnie. Generalnie z numeru na numer coraz mniej mi się podoba. Poza tym tak mało różni się od „Polityki” albo „Newsweeka”, że w zasadzie nie ma różnicy co wrzucę do koszyka. Nawet temat tygodnia się często powtarza.Ciekawych felietonów jak na lekarstwo i w zasadzie wszystkie nadają się wyłącznie do poczytania w – za przeproszeniem- miejscu odosobnienia.

I tak się skończyła próba zabicia nudy na zwolnieniu lekarskim za pomocą prasy. Nie wymawiając, już Harry Potter, po którego sięgnęłam parę lat temu w desperacji był lepszy. Tak więc chyba zrezygnuję z kolejnych prób i sobie poczytam Sapka, albo cokolwiek, byle nie gazetę.

 

 


W ustach kamienie zamiast słów…

28 października, 2010

Mamy sterty kamieni zamiast serc
Kamienie zamiast słów zamiast oczu

Pojęcie język nienawiści lub mowa nienawiści, a nawet socjotechnika nienawiści (cokolwiek miałoby to wedle JK znaczyć) stało się ostatnio bardzo modne i nośne. Co drugi polityk wzywa do zaniechania języka nienawiści, wyeliminowanie mowy nienawiści z dialogu politycznego. Bardzo mocne słowa, za którymi jak zwykle nie idą żadne czyny. Poza zwiększeniem agresji i dalszym obrzucaniem się błotem.

Ostatnio w mediach słychać bezustannie nieartykułowany bełkot. Ciągle tylko przerzucanie się mocnymi słowami, uderzanie nimi niczym kamieniami i eskalowanie sytuacji, w której ani media ani politycy nie potrafią już używać słów neutralnych, informować, zdawać relację. Nawet najkrótszy komunikat jest tak silnie nacechowany oceną i pokazany przez własny światopogląd, że świadomy użytkownik języka polskiego wzdryga się słysząc te brednie. Pisane podobno przez zawodowców, specjalistów od marketingu politycznego przemówienia, gdyby znalazły się w zeszycie licealisty wróciłyby całe pokreślone na czerwono z marginesami, rojącymi się od notatek: błąd stylistyczny, powtórzenie, hiperbolizacja, fikcja literacka, błąd znaczeniowy, niepotrzebne zapożyczenie, i tak dalej.  Nadużywanie przymiotników w stopniu wyższym i najwyższym oraz bardzo silnie nacechowanych znaczeniowo słów staje się powoli regułą.

Tak jak kilka lat temu od polityków i dziennikarzy ciągle słyszało się niepoprawne „na dzień dzisiejszy”, tak obecnie nie da się obejrzeć  wywiadu, w którym przesada nie wiałaby z każdego zdania. Nie kupuję już gazet, bo z każdej strony wręcz płonie nienawiść.  W Polsce nie ma już nieszczęśliwych wypadków, smutnych zdarzeń, nieszczęść, kłopotów, problemów. Nie. Teraz jest wyłącznie  sensacja! Tragedia, a że i to słowo już się zdewaluowało to tragedia jest bolesna, straszna, okropna… Nie ma już wypadków samochodowych ani lotniczych, nie ma już napadów, rabunków i ich ofiar i sprawców. Są polegli, męczennicy, którzy zginęli z rąk szaleńców. Demonów! Pchniętych do nieludzkiego czynu, albo barbarzyńskiego. O. Haniebnego, też nieźle. Być może nawet neonazistowskiego, w końcu jak głosi prawo Godwina „reductio ad hitlerum” jeśli dwie strony będą dostatecznie długo ze sobą dyskutowały, w końcu jedna z nich porówna drugą do Hitlera. Tylko niegdyś dobrą zasadą było, że ten kto pierwszy użył danego argumentu przegrywał dyskusję. Obecnie politykom, popieranym przez Kościół, wolno bez żadnych konsekwencji rzucać słowami eugenik, porównaniem nie wiadomo czemu winnego zapłodnienia in vitro do hitlerowskich metod doboru genów, czy zgoła do aborcji albo morderstwa. A to, że jednym z propagatorów eugeniki był katolicki święty Thomas Moore, że jest ona starsza niż Hitler, to można pominąć, niczemu nie służy. Jest jedynie prawdą. W końcu trzeba się poświecić w imię wyższego celu, dla wspólnego dobra. Nie ważne, że nieszczęśliwych ludzi, całe życie marzących o dziecku, nazwie się mordercami, liczy się tylko utrzymanie określonej wizji świata.

Zresztą, czemu nie.  W końcu chodzi o przykucie uwagi, zaszokowanie. Treść ma porażać, przyciągać, odstraszać. Polityka, religia, czy media weszły do popkultury. Nie ma miejsca dla bezbarwnych, ludzkich, uczciwych, wykonujących swoje obowiązki. Trzeba się pokazać, zaistnieć, krzyczeć głośniej niż inni. Ciskać słowami niczym kamieniami. Nie szkodzi, że uderzą w najsłabszych, ceną jest minuta w wieczornych programach publicystycznych. Programach, które w dawnych czasach istotnie prezentowały „fakty” czy „wiadomości”, a teraz powinny się co najwyżej nazywać „populizm” lub w najlepszym razie „opinie”.  Programach, które kiedyś faktycznie były dyskusją, a teraz polegają na takim dobraniu rozmówców, aby zrobić jak największy show. Im bardziej będą się nawzajem obrzucać mięsem, tym lepiej. Publiczka to kupi i będzie się domagać więcej. Jak dawniej – chleba i igrzysk!



Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść …

24 marca, 2010

Słowa piosenki „Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść” powinni sobie wziąć do serca w naszym kraju primo politycy, secundo celebrities, tertio jakby tu elegancko… osobowości telewizyjne.  O polityce rozmawiać nie będę, nie ma mowy i pominę wymownym milczeniem kto stanowczo powinien sobie dać spokój z powrotem na scenę polityczną.  Nieco więcej gorzkich słów miałabym dla gwiazd, gwiazdek i pseudogwiazdek muzyki, bo w końcu o ile Stonesi są nieśmiertelni to cóż do zaoferowania ma pan w tupeciku, udający wiecznie młodego amanta, który niewiadomym sposobem w 70 wiośnie życia nie ma ani jednej zmarszczki i nie jest Ibiszem. Jak widać nie tylko z dziewczynami się nie wie… Ciszę wypadałoby także zachować nad trumną naszej niegdysiejszej naprawdę dobrej wokalistki, która obecnie szczyci się głownie tym, że nie boi się samozwańczej królowej nie-wiadomo-czego. Ja się śmiertelnie boję że Stan Borys albo Szczepanik zasiądą w jury innego badziewia telewizyjnego, potocznie zwanego programem rozrywkowym tudzież show.

Za to pan  Majewski, Wojewódzki i kilku innych doprawdy mogliby już udać się na telewizyjną emeryturę, bo ich żarty śmieszą już tylko ich samych.  Majewski ostatnio śmieszny był tak dawno, że nie jestem sobie w stanie tego przypomnieć a Wojewódzki jest ugrzeczniony niczym kamerdyner wobec wszystkich co inteligentniejszych gości, pastwiąc się tylko nad tymi, którzy są od niego zależni, vide – uczestnikami programu, w którym jest jurorem.

Tylko Cejrowski niech sobie robi to co robi, bo z dwojga złego wolę już oglądać jego bose giry w studiu pełnym pseudo-palm (budżet obcięli czy co?!) niż obawiać się co też zrobi on z umysłami braci studenckiej, która i tak po edukacji na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim ma małe szanse na powrót do społeczeństwa.  Po przeczytaniu słów: „ Chcę być profesorem.Koniec, kropka. Wszedłem w okres mentorski. Mężczyzna wchodzi w wiek, w którym poucza, dzieli się czymś, co zebrał wcześniej.” ścierpła mi skóra i zaczęłam dużo poważniej niż niegdyś zastanawiać się nad emigracją z tego wariatkowa.  Znając poglądy pana Cejrowskiego należy się obawiać o stan naszych chodników i innych elementów infrastruktury, gdyż wychowana na jego naukach młodzież gotowa rzucać płytkami w gejów, starców, kobiety, artystów, niekatolików, cudzoziemców i polityków.  Dalej o przepełnienie więzień, aczkolwiek Kościół gotów rękoma posłów uchwalić poprawki do kodeksu karnego, uznające przestępstwa popełnione z myślą o przyszlym zapobieżeniu obrazy uczuć religijnych za obronę konieczną.  No chyba, że pozostanie przy wykładach o ginących kulturach, ale w takie szczęście nie bardzo wierzę…

Może się zrzucić na singiel Perfectu i rozesłać do kilku co bardziej upartym ?!…


Myślę, więc jestem … śmieszny. Kretyństwa roku 2009

27 grudnia, 2009

Przełom roku jest zwykle okresem podsumowań i gdybym chciała dokonać subiektywnej oceny minionego roku to muszę rzec, że tak jak to powiedział G.G. Marquez największym nieszczęściem tego kraju jest to, że ludzie mają za dużo wolnego czasu na myślenie […]. Coś w tym musi być, bo z „Kontrabasisty” Patricka Suskinda, którego w końcu nie skończyłam zapamiętałam zdanie, dosyć niedokładnie zresztą, że myślenie jest zbyt trudne, aby każdy mógł się nim zajmować. Niestety wszyscy uważają, że potrafią myśleć i robią to.  Z czego wychodzą same problemy.

Komitetowi, przyznającemu Noble pokojowe, też się wydawało, że potrafią myśleć i wymyślili ekstraordynaryjnie, że Nobla dostanie Barack Obama, który co prawda jeszcze niczego nie dokonał, ale ma potencjał. W tym momencie zdaje się, że powinnam się domagać literackiej nagrody Nobla. Co prawda poza blogiem niczego jeszcze nie napisałam, ale z całą pewnością mam potencjał i kto wie. Obama odwdzięczył im się apelując o większą liczebność kontyngentu w Afganistanie.  Mógłby tłumaczyć się, że kierował się słynnym cytatem:Uczcie ich polityki i wojny, by ich synowie mogli studiować medycynę i matematykę, a wnuki miały prawo zajmować się poezją, muzyką i architekturą…”

gdyby nie to, że znając poziom edukacji amerykańskiej bardzo wątpię, aby go znał. Czytaj resztę wpisu »


Eurowybory – nie było nawet kiełbasy

9 czerwca, 2009

Parafrazując znane powiedzenie ma się ochotę powiedzieć „wybory, wybory i po wyborach”.  Tyle tylko, że po świętach zostaje nam przynajmniej zwykle za dużo jedzenia, to po tych wyborach nie ma nawet skórki po kiełbasie. Wyborczej.

Jak daleko sięgnę pamięcią, do czasów gdy byłam już uświadomiona politycznie, chociaż nie mogłam jeszcze głosować, podczas każdych wyborów metaforyczny stół aż uginał się od wyborczej kiełbasy. Ci obiecywali rolnikom, tamci nauczycielom, „ukarzemy aferzystów”, „odbierzemy esbekom emerytury”, „rozliczymy prywatyzację„, itd. Ludzie wierzyli, nie wierzyli, ale mogli wybrać dowolną kiełbasę- ludową, lewicową, konserwatywną… W tym roku nawet kiełbasy nie było. Nikt nawet nie próbował udawać, że ma wizję, pomysł, chce się wykazać. Niewiele było nawet autoreklamy i zdjęć na tle rodziny, obowiązkowo wielopokoleniowej, włącznie z pradziadkiem; łanów zbóż; ludu pracującego miast i wsi… Za to mieliśmy wiele hałasu o nic a raczej o spoty wyborcze. Codziennie włączając telewizor można było się dowiedzieć o nowym spocie anty-PiS albo anty-PO. Kto kogo obraził, oszkalował, podebrał aktorów, naruszył wizerunek, przeplatanych nową konferencją Libertasu, Zawiszy, Ganleya albo chociaż ubolewań nad znikomą ilością tychże. Dowiedzieliśmy się gdzie kto ma rolników, o pozostałych grupach zawodowych jakoś nic się nie słyszało, może poza stoczniowcami, ktorzy ugrali dla siebie obchody rocznicowe. Braki można by wyliczać długo a zasadniczy jest jedne – nikt w tych wyborach nawet nie próbował udawać, że ma jakiś program. A jeśli go miał to starannie to ukrył, chyba na wszelki wypadek, aby sobie nie zaszkodzić. Wybijanie się ponad przeciętność jest źle widziane. Zawsze można w końcu pokazać nagą klatę, szczególnie po to aby ukryć brak języka  -obcego.

Wyborcy pokazali zatem, że kiełbasa im się należy i pomimo apeli do urn poszli wyjątkowo nielicznie. Chyba, ze ktoś uważa wynik 25 %-owy za osiągniecie, tylko dlatego, że poprzednio głosowało jeszcze mniej. A nawet jeśli Polacy mieli ochotę głosować to skutecznie im to utrudniono. Wiem, bo sama chciałam zagłosować poza miejscem zamieszkania. Panie w urzędzie podawały mi i innym nieszczęśnikom okres dopisania się do listy wyborczej od dni 100 do 7, w miejscu zameldowania lub zamieszkania  i kazały zabrać ze sobą dowód osobisty/kartę szczepień psa/karteczkę od spowiedzi i dzielnicowego, który potwierdzi, iż faktycznie mieszkam, gdzie twierdzę iż mieszkam. Pomocą posłużyło dopiero google i forum dla gejów, gdzie jasno i wyraźnie było napisane co, jak, gdzie i dlaczego. Zbrojna w wiedzę dopisałam się do listy bez większych problemów, przez co aż do momentu głosowania nie wierzyłam, że niczego nie popsuto i na liście będę. Tak, ciekawy sposób zachęcenia do wyborów. Niewidomych i niepełnosprawnych na przykład się zachęca.  Tych samych, którzy podczas kolejnych wyborów upominają się o ułatwienia i co wybory sprawa odkładana jest do lamusa do kolejnego głosowania.  O ilości informacji o lokalizacji lokalu wyborczego nie wspomnę z czystej litości i aby nie kompromitować stolicy przed innymi miastami, gdyż wyraźnie przyjęła strategię ” Chcesz głosować ? Sprawdź se sam”. W internecie, byle nie w urzędzie, bo panie też nie będą wiedziały.

Zadziwiające, że aż 1/4 Polaków przez te kolczaste zasieki chciało się przedzierać. Szczerze mówiąc sama sobie się dziwię…

Wybory przeszły, życie toczy się dalej i nie widać ani kiełbasy ani nawet „energii dla Warszawy”. Nawet takiej, która spowodowałaby zniknięcie szpecących wszystko plakatów wyborczych. Cel osiagniety, reszta jest milczeniem…


Niemoc czwartej władzy

29 Maj, 2009

gazety

Nic co u konkurencji nie jest mi obce. Tę zasadę przyjęło chyba większość polskich mediów ostatnimi czasy. Po powrocie z pracy bywa, iż mam ochotę obejrzeć wiadomości, poczytać „njusy” na portalach internetowych i ogólnie posłuchać co w trawie piszczy. Nie za często, gdyż należy szanować własne zdrowie i nerwy, ale jednak. Można w zasadzie zrobić sobie nawet maraton –polsat, tvn, tvp1. Przypominający oglądanie kolejnych odcinków „Mody na sukces” – w każdym odcinku to samo, tylko stroje bohaterów się zmieniają. Czytaj resztę wpisu »


%d blogerów lubi to: