Mierny, bierny, ale…

Tak już jest, że po bogach i bohaterach przychodzą zawsze, nieuchronnie, miernoty

Dzieci nie lubię i nigdy się nie interesowałam metodami wychowawczymi, ale ostatnio coraz częściej się zastanawiam, jakie wartości wpajali rodzice moim kolegom z pracy jednej, drugiej czy kolejnej, ze studiów… Trzeba się chyba niesłychanie napracować, żeby osiągnąć taki wspaniały konglomerat wad, z których na czoło wysuwa się niesłychana chęć do bycia i pozostania miernotą. Miernotą bez ambicji, by to zmienić. Miernotą nie podejmującą nawet próby zmierzenia się z wyzwaniem, z góry zakładającą, że nie ma co, nie jest mi to potrzebne itd. Do tej refleksji, dzięki której udało mi się nawet odkurzyć mojego biednego bloga, skłoniły mnie dwa ostatnie zjazdy. Zaparłam się w sobie, wyciągnęłam oszczędności z materaca, znalazłam opiekę dla latorośli i postanowiłam uzupełnić wykształcenie. Gruntownie, czyli nie kursem z firemki o niezbadanej reputacji, lecz dyplomem z normalnej, państwowej uczelni wyższej. Pierwszy semestr, jak to zwykle bywa, jest poświęcony zagadnieniom ogólnym, dopiero później będziemy podzieleni na specjalizacje. Wśród „zapychaczy” zdarzyły się zajęcia ze statystyki, które wydają mi się dosyć mocno kosmiczne, gdyż z matematyką nie miałam styczności od ukończenia liceum. A nasz prowadzący nie dość, że szowinista, to jeszcze osoby, które nie miały różniczek i całek, uważa za co najmniej opóźnione w rozwoju. Spoko, damy radę. Excel liczy sam, a podstawienie cyferek do wzorów przerabia się już w podstawówce. Może wzory są o wiele bardziej skomplikowane niż pole trójkąta, ale nawet ja, skończona polonistka, jakoś sobie radziłam. Jakież było moje zdumienie, gdy po obiedzie jedna z koleżanek zwyczajnie się ulotniła, a następnego dnia, gdy były zajęcia w parach, ostentacyjne zlała swojego partnera, zajmując się czymś, co nazywała nadrabianiem zaległości, gdyż „to się jej i tak nie przyda w pracy”. No dobrze, mnie pewnie też się nie przyda, ale nie byłabym sobą, gdybym chociaż nie spróbowała. Czy nie po to w końcu się idzie na studia? Żeby się rozwijać? Uczyć czegoś nowego? Generalnie poszerzać swoje horyzonty? Ja jeszcze mam niesamowitą sposobność posiedzenia przez kilka godzin na pupie, bez konieczności ratowania latorośli przed autodestrukcją co 15 sekund, ale to już korzyść poboczna 😉 Odpuszczenie jednych zajęć to nic takiego, zwłaszcza że faktycznie może nie będą one aż tak niezbędne, ale po nich nastąpiły kolejne, na których liczenia było trochę mniej, lecz za to sporo było wyciągania wniosków z tego, co się policzyło. Rzeczona koleżanka tutaj także przesiedziała jak na tureckim kazaniu, a bardzo dobry z zaliczenia dostała dzięki pracy reszty grupy. Dostała to dostała, jej sprawa, czy chce sobie dyplom oprawić w ramki, czy faktycznie się czegoś nauczyć, ale to podejście naprawdę mnie zdumiewa. Bezgranicznie. Z jednej strony bardzo się przyłożyła do wyboru uczelni, chodziła podobno na zajęcia próbne w kilku innych miejscach, na co ja nie wpadłam i nie miałabym czasu, z drugiej…  Naprawdę nie wiem, jakim sposobem prowadzi ona firmę szkoleniową, bo jakbym miała się czegokolwiek uczyć od takiej rozlazłej mazepy, to zażądałabym zwrotu pieniędzy.

Niech będzie, że kto bogatemu zabroni, w końcu nie każdy musi szanować swoje pieniądze, być może wcale nie ciężko zarobione, a dyplomem chce sobie wytapetować łazienkę. Jednak ostatnio podobne sytuacje mnie wręcz prześladują. Inna znajoma, z wyraźną nadwagą, nie była nawet zainteresowana tym, żeby posłuchać, jak w ciągu ostatnich 2 miesięcy zgubiłam 6 kg, nawet bez specjalnej diety. Uznała, że ma stresującą pracę, zatem nie ma co próbować, gdyż jej jedynym sposobem na nerwy jest możliwie słodka i kaloryczna przekąska. Jej wybór, nie uznaję dyktatu wieszaków, chociaż życie z taką nadwagą musi być trudne… Dobry kolega, gdy mu się pochwaliłam sposobem na dorabianie, wyraził uznanie, ale powiedział, że on nie ma na to czasu, a w ogóle by nie umiał i mu się nie chce. Zdawało mi się, że zarabia z 50% tego co ja, więc wydawałoby się, że powinien być chętny, lecz najwidoczniej byłam w błędzie. O wszystkich innych, którym wystarczy „państwowy stopień”, pracujących tylko tyle, ile absolutnie trzeba, wyręczających się innymi, bo nie chce im się czegoś nauczyć już nawet nie będę wspominać. Ani tych, którzy na wieść o moich studiach skomentowali „że też ci się chce”.

No właśnie chodzi o to, że często mnie się nie chce. Mój wewnętrzny leń powoduje, że zamiast krzyżówki wybieram piekielnych, bo i tak mnie zaraz dziecko rozproszy, a wieczorem idę spać zamiast na piwo, ale gdy już mam okazję, gdy już zapłaciłam… Gdy mam wybór między byciem miernotą a kimś odrobinę ambitniejszym…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: