Tempus fugit

„Świat się kręci, czas nie stoi, czas ucieka…”

Prześladuje mnie ta piosenka Gintrowskiego, z serialu, którego nigdy nie lubiłam i nie oglądałam. Tak uzależniona od muzyki osoba jak ja przywykła do przekładania swoich uczuć i emocji na piosenki, cytaty z przykurzonych już dzisiaj lektur szkolnych, a dzisiaj jest dzień nastrajający mnie szczególnie sentymentalnie i nastrojowo. Siedem lat temu stałam na rozdrożu, właściwie już zdecydowana, pełna optymizmu, spakowana i jedną nogą na nowej ścieżce. Ścieżce, która okazała się zarazem zgubna i jedyna właściwa…

„Wszystko się może zdarzyć…”

Po latach stwierdzam, że za motto życiowe powinnam sobie obrać słowa „Trudno, nie będziemy walczyć z przeznaczeniem”. Wtedy jednak próbowałam. Nowoczesna, zbuntowana, uzbrojona w dyplom uczelni wyższej i idiotyczną pewność siebie, jaką może dać jedynie prawdziwa chmurna i durna młodość. Uparłam się, że – wbrew wszystkiemu, wbrew słowom wróżki i wszelkim znakom na niebie i ziemi, że to nie może się udać – wydrę światu swoje szczęście. Wierzyłam, wbrew wszystkiemu, że wszystko może się zdarzyć, gdy głowa pełna marzeń. Byłam niczym głupia Beata z „Szajki bez końca” Chmielewskiej, która mówiła: „Trafiłam na swoje szczęście i będę je trzymać nawet, jeśli mi od tego ręce odpadną”. Wtedy jednak tego nie wiedziałam, a powinnam, bo była to jedna z książek, na których się wychowywałam. Ale nie, uparłam się. Wymyśliłam sobie, jak ma wyglądać przyszłość, zaplanowałam i nie chciałam wierzyć, że coś się może nie udać. Szczęście się na mnie wypięło, a ręce odpadły. Szybciej niż myślałam. Przeznaczenia nie dało się oszukać. A ja zamiast cieszyć się swoim wydartym szczęściem musiałam szybko nauczyć się pokazywać światu szczęśliwą i uśmiechniętą twarz. W końcu nie istnieje coś takiego jak porażka, wszyscy musimy być piękni, młodzi i zadowoleni.

„Coś się kończy, coś się zaczyna”

Czy wierzyłam wówczas w banalne słowa pocieszenia, że co nas nie zabije, to nas wzmocni, że widać tak miało być, że jeśli jedne drzwi się zamykają, to otwierają się kolejne? Nie, oj nie. Czułam się niczym samotna w wielkim mieście, żyjąca na stratowanym przez czyjś bezlitosny but mrowisku mała mrówka, która na domiar złego utraciła wiarę w cud. Obiektywnie – z pewnością przesadzałam, subiektywnie – pogrążyłam się w otchłani rozpaczy, karmiąc się swoim nieszczęściem, pielęgnując żal. Masochistycznie upodabniałam się do wzgardzanych heroin romansów, z wysiłkiem doprowadzając się najpierw do wybuchów histerii, a potem niemal na skraj depresji. Dobrze, że nigdy nie lubowałam się w Annach Kareninach i innych paniach Bovary, bo jeszcze faktycznie popełniłabym jakieś głupstwo. Wrodzona autoironia i poczucie humoru nie pozwoliły mi na zbyt długie hodowanie mniej lub bardziej urojonych smuteczków, a poza tym jeszcze raz okazało się, jak bardzo byłam głupia. Bo moje prawdziwe szczęście już czekało, kryło się nieśmiało w niedalekiej przyszłości, czekając tylko, aż je zauważę.

„Świat się kręci, czas nie stoi, czas ucieka…”

Kolejne tygodnie, miesiące i lata jawią mi się obecnie niczym obrazki w kalejdoskopie. Piękne, kolorowe chwile przeplatające się z tymi czarnymi jak smoła – ślub, utrata pracy, plaża, choroba, teatr, łzy, nowe przyjaźnie, stracone złudzenia, Paryż, wypadek samochodowy, toskańskie wino na tarasie, używane ubrania z allegro… Wyglądało to trochę tak, jakby nigdy nie można było połączyć w jedność 3 elementów – miłości, pieniędzy i szczęścia. Miłość była zawsze, ale poza tym… Były urodziny spędzane w Paryżu i z mandatem po wypadku samochodowym. Rocznice ślubu w 4-gwiazkowym hotelu za granicą i przy butelce domowej nalewki. Randki w dobrych restauracjach i wieczory, kiedy zastanawialiśmy się, jak zapłacimy za naprawę samochodu, czynsz, dentystę… Wspaniałe chwile we dwoje i długie miesiące rozstania i wieczory spędzane na Skype.

 

Tempus fugit

Czas ucieka. Od przeprowadzki do Warszawy minęło już 7 lat… We wrześniu będę świętować 5. rocznicę ślubu, w listopadzie – rok od przeprowadzki do własnego mieszkanka… Za rok? Kto to może wiedzieć. W końcu rok temu nie przypuszczałam jeszcze, że… ale ciiii… Na wszystko przyjdzie jeszcze czas, nie zapeszajmy, by nie spłoszyć szczęścia, które – głęboko w to wierzę – czai się za rogiem i jest tuż, tuż…

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: