Szafiarstwo czy frajerstwo?

Dawno już minęły czasy, kiedy w czasie poszukiwania nowych ciuchów kierowałam się głównie tym, aby było markowe. Ba, najlepiej jeszcze, żeby z daleka widać było wszystkie paski, emki, pumy i inne etykietki. No, dobrze, nie posunęłam się do noszenia przewróconego na lewą stronę swetra na ramionach, aby lepiej wyeksponować metkę, ale to tylko dlatego, że podobny idiotyzm nie przyszedł mi do głowy. I przyznam szczerze, że w związku z tym sama nie wiem, czy bardziej bulwersuje mnie idiotyczna walka o torebki w Lidlu, czy skutki i echa, jakie wywołała…

Żeby nie było – całkiem lubię Lidla. Mają dobry kefir i co jakiś czas ciuchy sportowe. Zdarzało mi się wstać pół godziny wcześniej, żeby zahaczyć sklep przed pracą i upolować rękawiczki rowerowe albo kurtkę sportową, ale żebym miała specjalnie warować pod sklepem? Nieeee… Wydawało mi się, że większość normalnych ludzi także tego nie zrobi, ale najwidoczniej jako społeczeństwo zniżyliśmy się już do poziomu Amerykanów, którzy w czarny czy zgoła różowy piątek wdzierają się masami do sklepów, aby kupić na zapas suknię ślubną i plazmę. Trudno nie wysnuć innego wniosku, skoro setki ludzi czekało, aby kupić torebkę Wittchen za 250 zeta, a potem wyrywało sobie dostępne egzemplarze z rąk. Bez względy na to, czy ktoś uważa, że 250 złotych to dużo czy mało, to jest po prostu… niesmaczne. Pewnie, że fajnie upolować coś markowego za niską cenę, np. za 10% pierwszej ceny, co mnie osobiście zdarzyło się kilka razy, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, że były to marki bardzo luksusowe. Szkoda tylko, że Wittchen zamiast wypuścić jakąś tańszą linię albo zrobić megaobniżkę, postanowił puścić swoje torebki w dyskoncie, między papierem toaletowym i cebulą. Tym bardziej, że tygodnie sportowe i z najbrzydszymi butami świata pokazały, że ludzie biją się o towar, żeby potem sprzedać go drożej na alledrogo albo innym bazarku. Naprawdę chcielibyście kupować coś z podobnymi konotacjami? Za 250 złotych, co nadal jest ceną za wysoką za kawałek pseudoskóry uszytej w Bangladeszu za dolara i miskę ryżu, można już nabyć całkiem niezłe produkty. Może nie bardzo luksusowe, ale też umówmy się, że Wittchen nie dorównuje Burberry, Chanel i pochodnym. Których nie kupiłabym tym bardziej, bo nieodmiennie kojarzą mi się z podróbami sprzedawanymi z prześcieradła we Florencji albo na bazarach w Tunezji.

Ale też, bez względu na to, czy jakaś promocja mi się podoba czy nie, nie widzę powodu, aby obnosić się z tym, że to czy owo to nadaje się tylko jako torba na ziemniaki i ja więcej tego nie kupię. A czy mnie to boli, że powiedzmy Apart będzie się sprzedawał w Rossmanie? Nie. Wiele kobiet tam chodzi, niech się sprzedaje. Ale od tej pory niech się nie reklamują jako „dotyk luksusu” czy inne „zasługujesz na najlepsze”. Ale też nie wyrzucę kolczyków do ścieku, tylko dlatego, że ktoś inny może je kupić za pół ceny.

W każdym razie – kupowanie torebek za 700 złotych to frajerstwo, bo dajemy sobie wmówić, że kawałek skóry z metką zieloną jest droższy niż z czarną. I nawet gdyby mnie było na to stać, to na pewno bym ich nie kupiła, wolałabym pójść do teatru albo odłożyć na bilet do Peru. Kupowanie torebki za 250 złotych to jeszcze większe frajerstwo. Dlatego, że przeważnie i tak jest o wiele za droga w stosunku do naszego budżetu, a poza tym – błagam… to nadal jest tylko kawałek skóry. Może nieco lepiej uszyty niż ten za 50 złotych, ale… jak pokazują historie z butami Ecco albo reklamacjami obuwia Nike – nawet to nie jest regułą.

A może zresztą się mylę… W końcu podobno coś jest warte tyle, ile ktoś inny jest skłonny zapłacić 😉

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: