Bezsilność w Seattle

imagesTak się czasem zastanawiam, dla kogo i dlaczego są tworzone prawa. Bo na pewno nie dla konsumentów. Chyba tylko dla prawników, bo bez prawnika obecnie jak bez ręki albo dwóch. I fajnie się pośmiać z tego, jak głupie odpowiedzi na reklamacje potrafią dawać sklepy, dopóki samemu nie znajdzie się w takiej sytuacji. A wyjątków, wyjąteczków, przepisów i kruczków coraz więcej.

Przykład – ostatnio poszalałam trochę na zakupach. Musiałam trochę uzupełnić garderobę, a tu przyszedł kupon urodzinowy, tam bon z okazji zakupu czegoś innego, zniżka z karty itd. Wszystko ładnie-pięknie, dopóki nie zacznie się z tego korzystać.

Na pierwszy ogień – dlaczego klient może czekać w nieskończoność na zamówiony produkt i nie przysługuje mu z tej racji żadne odszkodowanie? Przecież sklep wziął pieniądze za towar, którego nie dostarczył. Zatem bezprawnie, zatem chociaż jakieś odsetki ustawowe powinny się naliczać. Merlin miał taką obsuwę przed świętami, że prezenty przychodziły po Trzech Królach. Selkar, w którym kiedyś często zamawiałam, stracił zupełnie moje zaufanie, bo nie realizował zamówień sprzed 3 m-cy. No dobrze, zdarza się. Ale gdy już się zdarzy, to coś powinno się klientowi z tej racji należeć. Chociażby głupi rabat 5% na następne zakupy. Klient się ucieszy, sklep i tak zarobi, ale nie… najlepiej nie odpisywać na maile, przeciągać procedury, odpowiadać wymijająco i nie oddawać pieniędzy całymi tygodniami. A klient może tylko się modlić, by firma nie zwinęła żagli. Bo żadna instytucja nie chce pomóc. Z drugiej strony – żaden nadzór finansowy nie zapanował w porę nad ogromnymi piramidami finansowymi, żadna instytucja nie zapobiegła działalności sklepów typu 3czekolady.pl albo retrobut.pl. Bo po co? Inna sprawa, że trzeba być osiołkiem, aby w takim sklepie kupować, ale koleżanka od kilku miesięcy walczy o utopione pieniądze za Air Maxy. Ech…

Na drugi ogień poszedł Orsay. Od dawna do niego nie chodziłam, bo nie udało mi się urosnąć o 10 cm, więc zdecydowana większość bluzek wygląda na mnie jak tunika. Ale skoro dostałam bon urodzinowy, to zajrzałam. Kolekcja była jaka była, znalazłam mniej więcej co chciałam, ale gdy przyszło do płacenia… „Ponieważ realizuje pani bon, to nie będzie przysługiwało prawo reklamacji”. Z jakiej racji się pytam? W końcu to nie przecena, a nawet gdyby, to w końcu istnieje coś takiego jak prawa konsumenta. Jeśli ktoś oferuje kody zniżkowe, to na pełnowartościowy towar. To tak jakby biuro podróży oferowało promocję last minute, ale wypinało się na klientów w razie problemów. I pewnie bym się na Orsay wypięła, gdyby nie to, że w erze smartfonów ściema tak łatwo nie przejdzie. Pokazałam Pani wyjątek z regulaminu promocji, który wyraźnie mówił, że „Towary niewadliwe, za które zapłata nastąpiła w ramach oferty bla bla w jednym z salonów ORSAY, nie podlegają wymianie ani zwrotowi”. Ahaaa… i tu panią mam. Niewadliwe, reklamacja to zupełnie inna bajka. Pani zapewne źle zrozumiała zapis, a może była nadgorliwa. W końcu wszystkie wpadki z cenami, promocjami itd. to zawsze błąd pracownika. Albo klient przestawił produkt na półce. Ale pewnie 90% osób tego zapisu nie zauważy i nawet gdyby bluzka rozpadła się w rękach, to jej nie zareklamuje.

Zresztą – sama się o tym przekonam już wkrótce, bo muszę się udać do Clockhouse’a po odpowiedź w sprawie reklamacji. Bluzka założona 2 razy i prana RĘCZNIE. Już shutterstock_113558389mma dziurę. I to nie, że się rozpruło na szwie. Bo to się zdarza. Normalna, chamska dziura wielkości dwuzłotówki. Oczywiście ekspedientka kręciła nosem i marudziła, że to wada mechaniczna, więc ona reklamacji nie przyjmie. Kolejna, co to myśli, że nikt na świecie nie zna swoich praw. Bo żadna ekspedientka nie ma prawa reklamacji nie przyjąć. Ale cóż… polityka większości firm polega na zniechęcaniu do składania reklamacji. Niesłusznie zresztą. Kiedy podszewka żakietu z Moodo rozpadła się po jednym założeniu – puściła na szwach w rękawach – oddałam ją do reklamacji. Uznanej zresztą. Za zwrot z reklamacji zrobiłam sobie u nich świetne zakupy, a teraz skusiłam się ponownie na ich ofertę – kupiłam kolejne dwie pary spodni. Bo wiem, że w razie czego mogę się spodziewać dobrej obsługi.  No chyba że płatności kartą zaczną u nich wyglądać jak w sieci Apart. Ile razy tam jestem, tyle razy nie przechodzi mi karta, za płatność którą przysługuje mi zniżka. Ciekawostka.

Czasem człowiek marzy o powrocie do jaskiń i ubierania się w skóry. Bo po każdych zakupach, nie dość, że jestem zdegustowana, bo nic nie ma, to jeszcze się boję, bo mur beton coś się zaraz popsuje, rozwali, popruje, a ja usłyszę, że mam zbyt ruchliwą stopę albo nietypową budowę kolana, a buty powinnam nosić w plecaku (pozdrowienia dla Ecco ;)).  I będę bezsilna, bo przecież nie pójdę do sądu z powodu bluzki za siedem dych.

Reklamy

2 Responses to Bezsilność w Seattle

  1. Marcin pisze:

    Ubrania to, niestety „okręt flagowy” przemian w XXI wieku. Wszystko robione jednorazowo. Założyć i wyrzucić najlepiej. Samochody, żarówki, pralki i lodówki a przede wszystkim ubrania właśnie (a dochodzą jeszcze trendy mody!) – robione są tak, by wytrzymały jak najkrócej. I człowiek zamienia się w maszynkę do kupowania. Ech, cywilizacjo, quo vadis?

  2. rafał pisze:

    to jest jeba…na polska. za granicą dostałabyś karte prezentową naładowaną 10% tego co kupiłas i jeszcze przeprosiny ….

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: