Półmaraton Warszawski okiem kibica

MaratonRzadko kiedy znajduję się po tej drugiej stronie barierek. Przeważnie w biegach ulicznych albo uczestniczę, albo pozwalam im się odbyć bez mojego udziału. Ale ponieważ niedziela była piękna, a witaminy D po zimie brakuje, uznałam, że pokibicuję znajomym na trasie. I przyznam szczerze, że byłam przerażona. Do tej pory zdawało mi się, że generalnie mieszkam w nowoczesnym mieście, w którym ludzie nie boją się nowinek, lubią biegaczy, i generalnie „wiadoma rzecz, stolica…” Oj nie… Oj bardzo nie.

Malkontenci niepospolici

Zaczęło się jeszcze przed startem. Stanęłam sobie pod palmą, uznawszy rozsądnie, że później przejdę się na kawę na Nowy Świat, by wrócić na końcowe kilometry, kiedy to naprawdę brakuje sił i doping jest mile widziany. W pewnym momencie trzeba było zamknąć ulicę, gdyż za chwilę mieli ruszyć biegacze. O ludzie kochani. Ileż to było narzekania, jakby nie wiadomo co się działo. Niedziela, dzień wolny, a rozmaici starsi obywatele, którzy nie wiem skąd się wyłonili, marudzili ile wlezie. Co najmniej jakby stali w korku od 3 godzin, a od dotarcia na miejsce na czas zależało ich życie. Dominowała postawa „A na co to”, „Nawet w niedzielę nie ma spokoju”, przetykana „Znowu Walcowa wymyśliła”. To niewiarygodne, swoją drogą, jak dalece można się zapędzić w niechęci politycznej. Gwoli ścisłości – większości osób chyba udało się dowiedzieć, że bieg będzie, więc tłumów nie było, zwłaszcza samochodów, ale ci, co byli, wystarczyli aż nadto. Mentalność z głębokiego PRL-u, a po co to, a na co to, a po co tak ganiają, ludziom przyzwoitym przejść nie dają. Ha, wierszyk mi wyszedł.

A po co to A na co to

A po co tak ganiają

Ulice zamykają

Ludziom przejść nie dają…

 

Ale ja muszę

Odmianą malkontentów byli ludzie z gatunku „Ale ja muszę”. Oczywiście w tej minucie i sekundzie musieli przejść właśnie tym przejściem, tą stroną jezdni, po której biegli uczestnicy półmaratonu. Pół biedy jeśli byli to ludzie względnie sprawni fizycznie, którzy faktycznie się przemykali i nie wymuszali pierwszeństwa, że się tak wyrażę. Gorzej, że naprawdę odbywały się po tych przejściach (stałam sobie dokładnie w środku) pielgrzymki. Widziałam wszystko – od ludzi z dziećmi przez paniusie w wózkami i rowerzystów aż po starsze panie. Jedna z takich sytuacji o mało nie skończyła się tragedią.  Bo paniusia upierała się, że ona musi. Musi do muzeum i koniec. Przemknie szybciutko, niech ją pani wolontariusz puści (waga i wiek nie wskazywały na szybciutko, tak gwoli nakreślenia kontekstu). Gdybym była nieuprzejma, wtrąciłabym się i powiedziała, że w muzeum raczej nic w tym czasie się nie zmieni, ale zmilczałam. A niewiasta owa, nie słuchając, co ma do powiedzenia pani porządkowa, wykorzystała pierwszą nadarzającą się – jej zdaniem – okazję i wtoczyła się na jezdnię. Oczywiście prosto pod nogi jednego z biegaczy, któremu szczęśliwie udało się nie upaść, ale wyglądało na to, że przynajmniej się dość mocno uderzył. Był jeszcze na tyle uprzejmy, że pomógł się jej podnieść i odprowadził na bok. Moim zdaniem pani miała duże szczęście, że to był półmaraton, w którym startują osoby jednak trenujące już jakiś czas i w związku z czym raczej szczupłe. Było to bowiem tuż po starcie, biegła właśnie grupa na 1:35 bodaj. Minęły może 2 km, więc wszyscy jeszcze biegli energicznie. Gdyby to była dycha, a pani zderzyła się na przykład z moim biegającym znajomym – 190 cm wzrostu, 100 kg żywej wagi, teraz pewnie z 90… Mogłoby się skończyć naprawdę nieciekawie. A paniusia oczywiście dokonała podobnej próby mniej więcej minutę później, mniej więcej udanej, pomijając fakt, że cała stawka musiała ją omijać. Doprawdy…

Jestem wielkim fotografem

Ostatnią grupką osób, która rzuciła mi się w oczy, byli samozwańczy fotoreporterzy. W większości wypadków przypadkowi, ale zobaczyli bieg, to dalej – focić, wszystko focić. A w poszukiwaniu najlepszego ujęcia, kadru, migawki czy czegoś tam można zdeptać innych kibiców, wleźć biegaczom pod nogi i generalnie –  wszystko wolno. Jedyne, czego nie wolno, to kibicować, bo oczywiście nikt już nawet nie miał czasu, aby pomachać biegaczom albo bić im brawo.

Kurczę, ci ludzie trenują po 3-4 razy w tygodniu, czasem częściej. Zapłacili za to (moim znajomym idea płacenia za udział w biegu nadal nie mieści się w głowie), czeka ich 1,5-2,5 godziny solidnego wysiłku… Może chociaż powstrzymajmy się od niechętnych uwag. Co nie zmienia faktu, że podczas najbliższego startu pewnie będę miała w głowie te wszystkie przykre słowa. A zawsze mi się zdawało, że jako grupa jesteśmy dość lubiani, nawet podziwiani.

Reklamy

One Response to Półmaraton Warszawski okiem kibica

  1. Martinez pisze:

    To jest nic. Byłem świadkiem takiego oto „wyczynu”: Ekipa filmowa, pewno jakiś serial, nieważne zresztą. Ekipa prosi, aby na dosłownie 20 sekund ujęcia powstrzymać się od chodzenia zaułkiem, bo tyle tylko potrwa ujęcie i już. Stanąłem oczywiście, przede mną babsko – bo inaczej się tego nazwać nie da – na oko 70 lat i 120 kilo wagi przy 150 cm wzrostu. „Ale ja się śpieszę”! Miły pan, nieznanej mi profesji prosi ładnie i tłumaczy, jak chłop krowie na rowie, że przerwa w marszu potrwa jedynie 30 sekund bo już dosłownie zaczynają ujęcie. Ujęcie się zaczeło, a babsko, oczywiście wmaszerowało w kadr, zeby nie było, pół metra przed okiem kamery. Głośne „kurwa” wydobyło się z więcej, niż jednego kardła, w tym i mojego. Bydło, moi mili i tyle. Koniec własnego nosa i nic więcej nie widzą. A potem narzekania, że wszędzie źle, że bogaci nie pomagają… A taka nawet 20 sekund nie postoi, bo dąży cholera wie gdzie i grom wie po co. Ech…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: