Drzwi do piekła czy kładka do nieba? Recenzja

Proces wyboru kolejnej książki w księgarni czy bibliotece jest dla mnie zawsze swoistą zagadką. Czy udam się prosto do regału ze swoją ulubioną pisarką? A może tym razem skieruję się raczej w stronę pomijanej zwykle literatury najnowszej. Pierwszy kontakt z książką przypomina trochę spotkanie dwojga ludzi. Najpierw przyciąga twoją uwagę okładka, potem opis, może pierwsze zdanie… Czy nawiąże się między wami nić porozumienia, czy też przejdziesz dalej?

„Drzwi do piekła” to podobno najbardziej skandalizująca powieść Marii Nurowskiej. Być może. Sięgając po tę książkę nie byłam tego świadoma. Obce mi było nazwisko pisarki, a gdybym wiedziała, że powieść została wydana niespełna dwa lata temu, pewnie bym ją odłożyła i pozwoliła jej „dojrzeć”. Nie pamiętam nawet, co przykuło moją uwagę, gdyż ten i kilka innych e-booków nabyłam hurtem w ramach prezentu pod choinkę. Czy były to słowa o toksycznej miłości, która doprowadziła do tragedii, czy może zdziwienie, że da się w więzieniu rozpocząć nowe życie? Bo raczej nie sztampowa okładka.

Jak hartowała się stal (hi, hi)?

W każdym razie. Być może historia o tym, jak wrażliwa i inteligentna kobieta, niczym w bajce, daje radę przełamać opór zatwardziałych kryminalistek i nie tylko uniknąć ich niechcianych „zalotów”, ale także trafić do ich serc, może sumień, nawiązać swoiste przyjaźnie, jest interesująca. Z całą pewnością cały episkopat grzmiałby z oburzenia (gdyby czytał książki), bo w końcu to prawdziwy skandal, że najpiękniejsza scena miłosna w książce to ta, kiedy kobieta myje stopy swojej kochanki, co stanowi oczywistą profanację sceny biblijnej i promocję lobby homoseksualnego, Ta skandalizująca otoczka nie zainteresowała mnie specjalnie. Nie to przykuło mnie do niej na ładnych kilka godzin przerywanych jedynie pracą.  Szczerze mówiąc, serdecznie się uśmiałam, gdy – ciekaw opinii innych – na jakimś portalu przeczytałam recenzję niejakiej pani Bernadety, a w niej opowieści dziwnej treści, jak to Daria hartowała się niczym szlachetna stal.

I rozpadało się małżeństwo…

Nie, dużo bardziej fascynująca była sama Daria. Bohaterka, której do końca nie potrafiłam ani zrozumieć, ani polubić, a jednak zmuszała mnie do zastanawiania się nad motywami jej postępowania. Nad tym, co ją ukształtowało, co skłoniło do tak toksycznego i wyniszczającego jej życie i małżeństwo zachowania. Nie myślę tu bynajmniej o taniej, jarmarcznej psychologii sprofanowanej w setkach powieścideł i seriali kryminalnych, w których każdy z bohaterów przeżył w dzieciństwie traumę, nie znał rodziców, czuł się wyobcowany i tak dalej. Kołacze mi się po głowie, jak zwykle zresztą, jakiś cytat. Bohater, zdaje się, że morderca, parodiuje pytania śledczych „Czy matka mnie nie kochała (porzuciła)? Ojciec wykorzystywał?” Tutaj tego nie ma, owszem są zarysy. Dzieciństwo naznaczone utratą rodziców, postać babci, popa, rozdarcie między polskością a wschodnimi korzeniami. Autorka nie dała żadnych jasnych odpowiedzi, jedynie możliwości. Hipotezy, sprytnie wplecione we wspomnienia Darii. Wspomnienia z wizyt u seksuologa, znachorki, rozmów z mężem… Rozmów w czasie których próbowała znaleźć te odpowiedzi. Czy winą za jej brak popędu seksualnego i postępujący upadek małżeństwa było to, że nie miała wzorca mężczyzny? A może fakt, że widziała w Edwardzie partnera, nie kochanka. Jak ukształtowała ją pierwsza, zakazana, miłość. Czy wreszcie chore gierki i podsuwanie mężowi kochanek były próbą sprawdzenia, czy Edward wybierze ją, czy chęcią zachowania resztek godności przez kobietę, która skoro już wiedziała, że prędzej czy później mąż ją zdradzi, chciała przynajmniej dyktować warunki? A może po prostu milczącą zgodą na to, by inne kobiety dały mu to, czego ona nie potrafiła lub nie chciała.

Ciekawe, że w pewnym momencie Daria jakby znalazła odpowiedź, uświadomiła sobie, że: „Byliśmy mężem i żoną, kochającymi się ludźmi, jednością, ale pokonanie tego momentu, jakby kładki między uczuciem duchowym a fizycznym, stawało się coraz trudniejsze. Potem byłam [po stosunku – przyp. czytelnik] uspokojona, a nawet szczęśliwa, że mój związek z drugim człowiekiem znalazł potwierdzenie do końca. Szkoda tylko, że to było takie nietrwałe i znikało już w momencie kolejnej próby, kolejnego pragnienia”.

To samo tyczyło się zresztą jej kontaktów ze współwięźniarkami. Żyła obok nich, nie z nimi, a przecież wystarczyło tylko przekroczyć kładkę. Tylko i aż. Tę samą kładkę, która choć niewidoczna, istnieje i powstrzymuje nas przed ludzkimi odruchami w obawie, że zostaniemy źle zrozumiani, że nieproszeni przekroczymy tę magiczną granicę, strefę komfortu, że nasz stopień zażyłości nie upoważnia nas do zadawania pytań. Nie daje nam prawa do zwrócenia się z problemem, zwłaszcza jeśli kiedyś chcieliśmy coś opowiedzieć, podzielić się radością, a może wątpliwością i zostaliśmy odepchnięci, zignorowani, a nasza sprawa uznana za błahą, niegodną uwagi, głupiego „gratuluję” ani „przykro mi”.

Tak, powieść „Drzwi do piekła” zdecydowanie nie zasługuje na sięganie po nią tylko dlatego, że jest reklamowana jako skandalizująca. To ciekawe studium ludzkiej natury. Nurowska nie daje gotowych odpowiedzi i nie zawiezie nas windą do nieba, ale może chociaż przypomni o istnieniu tej przeklętej kładki, po drugiej stronie której może czekać na nas odrzucenie, ale też coś cennego. Zrozumienie, przyjaźń, człowieczeństwo…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: