J. Chmielewska, Zbrodnia w efekcie – autoplagiat czy kontynuacja?

indeksByły czasy, kiedy na każdą książkę Joanny Chmielewskiej czekałam z utęsknieniem, wypiekami i czytałam od deski do deski, nawet jeśli oznaczać to miało zarwaną noc. Zmieniło się to dopiero w okolicach „Porwania”, a każda kolejna nowość była już tylko gorsza. O „Zbrodni w efekcie”, wstyd przyznać, dowiedziałam się dopiero po śmierci Chmielewskiej. Złapałam więc ją niczym diabeł dobrą duszę i…

Sam początek może mnie nie zachwycił, ale zdecydowanie zaczął wciągać. Oderwana brutalnie od lektury w momencie, gdy właśnie znaleziono trupa, myślałam tylko o tym, kiedy będę mogła do książki wrócić. I w tym momencie już wiedziałam, że „Zbrodnia” ma zadatki na miano jednej z lepszych pozycji Chmielewskiej ostatnich lat.

Fabuła i bohaterowie

Fabuła „Zbrodni w efekcie” składa się z dwóch, na pozór zupełnie osobnych wątków – tajemniczego, bezgłowego trupa porośniętego bambusem, który został znaleziony na działce, oraz równie tajemniczego spadku, złożonego z bliżej niezidentyfikowanych dóbr. Oba wątki, które z czasem się połączą, ale o tym na razie cicho sza, doskonale znane z innych powieści Chmielewskiej, z „Najstarszą prawnuczką”, „Pechem” i „Drugim wątkiem” na czele. Aczkolwiek fani pani Joanny z pewnością odnajdą też podobieństwo do innych powieści. Mimo tych niewątpliwych inspiracji, akcja jest ciekawa i wciągająca. Nie ma przesadnych dłużyzn, bohaterowie nie przesiadują godzinami przy stole pijając wyłącznie wytrawne wino i opychając się marynowaną żmiją i szarańczą w miodzie. Wprost przeciwnie – wróciły znane i w pełni przeze mnie aprobowane zdania typu – mogę poczęstować herbatą i niczym więcej. Dla osób, dla których jedzenie i siedzenie w kuchni nie jest całym życiem, to wręcz ukojenie dla duszy. Trup co prawda zdarzył się tylko jeden, ale liczba podejrzanych była potężna i niemal do końca można było mieć wątpliwości co do tożsamości sprawcy. A skoro już jesteśmy przy trupie i podejrzanych, warto przejść do tak lubianej przez wszystkich uczniów świata charakterystyki postaci. Wróciła Joanna, co ostatnio nie było zbyt dobrym pomysłem, ale zdaje się, że w powieści odjęto jej dobre 20 lat, gdyż znowu była energiczna i przestała narzekać na małpie poczty. Baśka i Patryk są trochę bezbarwni, ale przynajmniej nie są z nikogo zerżnięci. Podobnie jak Feliks, ostatni dżentelmen Rzeczpospolitej. Ciotki Leokadia i Paulina oscylowały gdzieś między harpiami a matką i ciotkami Joanny. Ciotka Rycheza to genialna herod-baba, rządząca życiem dorosłego syna Zemusia, który lekko przypominał Zygmusia i niewydarzonego ogrodnika z „Zapalniczki”, którego imię jakoś mi umknęło. Tak, na bohaterów trudno narzekać. Aczkolwiek wątki poboczne z ich życia, różne wspomnienia są dosyć często podobne do tych, które wystąpiły już w książkach Chmielewskiej. Nie mogę się jednak przesadnie czepiać, gdyż są to wątki mniej wyeksploatowane niż gęś pieczona w glinie i pijane kury, więc mniej gorliwi wielbiciele książek Chmielewskiej pewnie tego nawet nie zauważą.

Warstwa językowa, czyli Chmielecczyzmy 

Część powiedzonek Chmielewskiej na stałe weszła już do mojego słownika i prawdopodobnie czasem nie zdaję sobie nawet sprawy z tego, że ich używam. Nie raz zdarzyło mi się sarkastycznie twierdzić, że już lecę, mało nóg nie połamię albo w podskokach i z przytupami, gdy nie miałam ochoty nigdzie się udawać. I nie zliczę, ile razy celowo mówiłam, że ni mnie coś zieje, ni grzębi lub przeklinałam słowami „Kurczę blade w odwłok szaleńczo kopane”. Do nieprzytomności śmiałam się z siedzenia półgębkiem, trupa, który cicho leżał i nie rzucał się w oczy, udoju architektów i dziewiczej przekory krowy, zapewne tej samej, która zapraszała Górskiego na lody. W „Zbrodni w efekcie” żadnych Chmielecczyzmów nie udało mi się zauważyć, ale może to i lepiej. W „Byczkach w pomidorach” próby szukania dawnego stylu wybitnie się nie powiodły, więc może lepiej, że tym razem pani Joanna skupiła się raczej na atrakcyjnym przedstawieniu fabuły i próby utrzymania w tajemnicy tożsamości sprawcy do ostatniej chwili. Mnie co prawda nie udało zbić się z pantałyku, ale ponieważ czytałam kryminały odkąd nauczyłam się czytać…

Autoplagiat czy kontynuacja?

Jako wierna fanka Joanny Chmielewskiej nie mogłam nie zauważyć oczywistych nawiązań do jej własnej twórczości. Kapitan żeglugi, bóstwo na piedestale i gigantofon brzmiały podejrzanie znajomo.  Baśka była już bodaj w Tajemnicy, podobnie jak Bartosz Bartosz, przez którego mało nie dostałam piany na pysku. W końcu ile razy można wykorzystywać ten sam kretyński koncept z identycznym imieniem i nazwiskiem. Mało było podwójnego Baltazara, Dominika i Piotra Petera, to jeszcze Bartosz Bartosz. Na szczęście moje uczucia złagodziły jednostki nowe, obdarzone już oryginalną osobowością i życiorysem oraz rozkręcająca się obiecująco akcja. W której szczęśliwie zabrakło niekończących się posiadówek przy różnego autoramentu zakąskach, aczkolwiek nie zabrakło nieśmiertelnych pierogów do czerwonego wina, zbiegi okoliczności były utrzymane na mniej więcej normalnym poziomie, a niekonsekwencji nie dawało się dostrzec zbyt wielu. Można zatem nawet bez dużej dozy dobrej woli uznać, że „Zbrodnia w efekcie” jest kontynuacją wydarzeń z „Pecha”. Kontynuacją całkiem udaną, która nie sięga, rzecz jasna, poziomem „Lesiowi” czy „Harpiom”, ale… Niezłą, naprawdę niezłą. I wiecie co? Mam ochotę przeczytać ją znowu, gdyż mam wrażenie, że przy szybkim połykaniu książki, mogło mi coś umknąć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: