Debiut w biegu masowym

100_9662Jeszcze rok temu nie pomyślałabym, że stanę się częścią tak niesamowitego wydarzenia jak 35. Maraton Warszawski. Na razie nie czuję się na siłach, by zmierzyć się z tym królewskim dystansem, ale nie ma chyba lepszej okazji na to, by rozpocząć swoją przygodę z bieganiem w imprezach masowych. Dzisiaj zaliczyłam debiut startując w Biegu na Piątkę, a potem… kto wie.

Przygotowania czas zacząć

Paradoksalnie im więcej czytałam o tym, co jeść i pić przed zawodami, kiedy zrobić ostatni trening, co założyć i tym podobne, czułam się coraz głupsza. Starałam się zatem szerokim łukiem omijać fora biegowe i przygotować się po swojemu. Biegów wypadło mi niewiele – wyjazd na Mazury, kobieca przypadłość…  Nieszczęścia chodzą parami, niestety. Po ostatnich treningach wiedziałam już, że moja kurtka jest zbyt ciepła, zaopatrzyłam się zatem w bluzę. Przy okazji wpadły mi ręce spodnie, które siłą rozpędu także nabyłam, gdyż moje dresy z kolei nie miały żadnych właściwości wiatroochronnych, a końcówka września zapowiadała się pogodnie, ale chłodno. Poza tym izotonik, batonik i … już niemal byłam gotowa. Niemal, gdyż trzeba było jeszcze zrobić playlistę, a także przygotować się do bicia „życiówki”. Aplikacja run-log.com, której używam od około 2 tygodni, ma tę jedną wadę, że ma bardzo ograniczone funkcje. Można ustawić powiadomienia o międzyczasach, ale, niestety, tylko co 1 km. Dla mnie było to stanowczo zbyt rzadko, chciałam info co pół kilometra. Szczęśliwie jakiś czas temu kupiłam sobie Endomondo PRO, które ma bardzo rozbudowanego asystenta audio. I tu pojawił się problem, gdyż asystenta przydałoby się słyszeć, a bieg ze słuchawką od iPoda w jednym uchu, a od telefonu w drugim byłby co najmniej niewygodny. Mądrość twórców Endomondo jest niezmierna, gdyż okazało się, że mają zintegrowany odtwarzacz muzyczny. Uff… Wystarczyło przegrać piosenki z jednego nośnika na drugi.

1377970_577516595616738_804457446_n

I ruuuszyyyli!

 Na starcie czułam się trochę dziwnie zagubiona. Babiarz coś ględził, na minutę przed startem rozwiązało mi się sznurowadło. Nie było stref, w których można było się ustawiać zgodnie z przewidywanym czasem. Nie wiedziałam, gdzie się ustawić, co się solidnie zemściło, gdyż pierwsze 3-4 minuty musiałam się przedzierać przez ludzi, którzy niefrasobliwie ustawili się na samym początku. Samego sygnału do startu nie bardzo słyszałam i oprzytomniałam dopiero na widok kibiców, którzy klaskali i machali czym się dało. Bieg w ogóle był śmieszny, wzruszający, denerwujący… Wzruszający, gdy widziałam, jak ludzie uśmiechali się i bili nam brawo. Denerwujący, gdy po pierwszym kilometrze widziałam osoby, które już zawracały, czyli były w połowie drogi, gdy ja byłam w jednej piątej. Śmieszny, gdy widziałam mamuśki biegnące z wózkami. Dziwny, kiedy czytałam napisy na koszulkach innych osób. Dłuższą chwilę poświęciłam na rozważaniu, czy „Ola, mama trojaczków” ma kompleksy i musi je leczyć, obwieszczając, że kobieta, która ma dzieci też może biegać. Chwilę jeszcze zastanowiłam się, jak to możliwe, że wyprzedza mnie pan, na oko 50-letni, a potem nagle zrobił się kilometr do mety.

1380485_577516635616734_937126727_n

Będzie życiówka?

Aplikację uruchomiłam trochę zbyt wcześnie, nie przewidując, że dobre 150 metrów będę dreptać w miejscu, więc generalny czas nie był specjalnie pomocny. Starałam się więc słuchać wyłącznie komunikatu, z jakim tempem biegnę, wiedząc, że by pobić magiczne 30 minut, muszę biec każdy kilometr w mniej niż sześć minut, czyli w tempie minimum 10 km/h. Może nie był to specjalnie imponujący cel, ale jak dla mnie… oznaczało to urwanie średnio minuty na każdym kilometrze. Wiedziałam, że jest to w moim zasięgu, ale zaczęły się mścić błędy debiutanta. Ciągle musiałam kogoś omijać, więc z pewnością nadrobiłam spory kawałek na próżno. W dodatku było mi stanowczo zbyt gorąco, czego nie przewidziałam, bo gdy wychodziliśmy na termometrze było ledwie 8 stopni. Rozpięłam, co mogłam i starałam się nie zauważać paskudnego bólu kolan. Widać stadion, a ja nie mam siły przyśpieszyć. Zdarzyło mi się to chyba po raz pierwszy. Ale cóż…  Umarłam i nie miałam siły się nawet cieszyć na mecie.

0:29:06

Dłuższy czas nie wiedziałam, czy udało mi się to magiczne 30 minut złamać. Aplikacja wskazała 5.120 metrów i czas 30:20, ale wiedząc, że liczy się czas netto, czekałam na ogłoszenie oficjalnych wyników. Czekałam, czekałam… aż wreszcie – 29:06. Najpiękniejsza liczba na świecie! Udało się! YES, YES, YES. 29:06 netto, 30:21 brutto. Półtorej minuty przepychania się przez zawalidrogi. Wiem, że powinnam być zadowolona, ale gdy pomyślę sobie, że tak mało brakowało, a byłoby 28 z przodu… Ech… To wieczne nienasycenie 😉

W każdym razie – cieeeeszę się! I już planuję kolejne biegi. Na pewno Bieg Niepodległości! A potem… na pewno NIE maraton. O nie, nie, nie. Koleżanka, która debiutowała na dystansie, spędziła na trasie przeszło 5 godzin, 5 i pół. No way i nie ma mowy. 5 godzin to ja wolę zbierać grzyby 😉 Z drugiej strony, ona zaczynała 2 lata temu od 5 km i życiówki 33 minuty, więc… kto wie…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: