Przygoda jest wszędzie?!

PrzechwytywaniePołowa sierpnie to dla mnie zwykle czas przygotowywania się do urlopu. Aby zminimalizować ryzyko spędzenia go w towarzystwie wrzeszczących, roszczeniowych potworów i ich rodziców, zwykle na wyjazd wybieram połowę września, kiedy to bachory szczęśliwie wracają do przedszkoli i szkół. W tym roku z powodu nawału pracy typowy 2-tygodniowy urlop mnie ominie, ale zamiast rozpaczać z powodu tego, na co nie mam wpływu, postanowiłam przekuć tę wadę w zaletę i zamiast jednego urlopu mieć ich kilka! W końcu podobno przygoda jest wszędzie.

Natchnieniem był dla mnie wywiad z podróżnikiem Alastairem Humphreysem, który specjalizuje się w mikrowyprawach i twierdzi, że na taki mały wypad wystarczy nawet czas po pracy, czyli od 17 do 9 rano następnego dnia. Jeszcze lepiej byłoby mieć do dyspozycji cały weekend, ale z tym też ostatnio u nas krucho.

Wieczór z gwiazdami

Pamiętam noc perseidów sprzed wielu, wielu lat. Na oko dwudziestu. Byłam jeszcze młoda i zielona niczym szczypiorek na wiosnę, wracałam wraz z braćmi ciotecznymi z dyskoteki, a na niebie miała miejsce istna orgia spadających gwiazd. Oczywiście nie wiedziałam wówczas, że to perseidy, ale zapamiętałam tę magiczną noc na zawsze. Tym bardziej, że na wsi, gdzie latarni było jak na lekarstwo, wszystko było widać jak na dłoni. Zamiast iść spać siedzieliśmy na ławce pod domem i podziwialiśmy…

Postanowiłam powtórzyć to cudowne doświadczenie. Z mężem, kocykiem i butelką wina udaliśmy się do pobliskiego parku, by patrzeć na gwiazdy. Było pochmurno, zimno, ale i tak cudownie. Fantastycznie było toczyć pseudonaukowe i poważne rozmowy o latach świetlnych i ludach na księżycu.

Grzybolandia

Mazuring, łomż100_9635ing i grzybing… Jedziemy? Czemu nie.  Wyjazd na sporym spontanie – jedną ręką błagałam szefa o 2 dni wolnego, drugą szukałam noclegu, trzecią zaczynałam pakowanie. Zapakowawszy autko po dach ruszyliśmy w okolice Pisza, by oddać się grzybnemu szaleństwu. Nie byłam na Mazurach chyba z 10 lat, ale wiem, że nie odpuszczę i teraz już będę jeździć częściej. To siedzenie nocą nad jeziorem, gdy jesteśmy tylko my i Wielki Wóz na niebie. Snucie planów i marzeń, a następnego dnia pobudka skoro świt, na grzyby…  Idziesz, a tu borowik jak byk. Tuż obok samochodu. Nie ma siły, przepadłeś i nic cię już nie uratuje. Koźlaczek, też dobrze. I jeszcze jeden, następny. A potem kanie na masełku na obiad, kolację i śniadanie.  Obieranie grzybów przy piwie, wieczorne śpiewanie przy ognisku.

Piwnym szlakiem, czyli browar Jabłonowo

Zwiedzałam już kiedyś browar, w czasie podróży po Austrii, ale dla mojego męża to nowość. A że oboje lubimy dobre piwo i włóczęgę…  A Jabłonowno dodatkowo mieści się w miejscu dawnej przędzalni, co dla mnie, miłośniczki „Ziemi Obiecanej” jest dodatkową motywacją, by go zobaczyć. Niby nic nadzwyczajnego, ale degustacja piwa prosto z browaru ma swój urok…

Jesień dopiero się zaczęła, a ja mam jeszcze tyle pomysłów. Wyprawę śladami Chopina i Chełmońskiego, Czersk, Niepołomice… W międzyczasie oczywiście odbędą się moje biegi, więc na pewno postaram się zorganizować treningi w jakichś ciekawych miejscach. Przygoda jest wszędzie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: