Nie oszczędzaj na wakacjach

Zbliża się wrzesień, czas na urlop. Tradycyjnie na wakacje wybieram się wtedy, gdy większość dzieci szczęśliwie wraca do szkół i przedszkoli, więc można wypocząć bez towarzystwa małych, wrzeszczących potworów umazanych czekoladą i wiecznie marudzących, że chcą to i tamto. I tradycyjnie trzeba wybrać – co, gdzie i za ile? Są jednak rzeczy, na których nie oszczędzam i oszczędzać nie będę.

1. Bezpieczeństwo

Od dawna twiesea-star-1373301-mrdzę, że głupota powinna być karalna i ani odrobinę nie szkoda mi osób, które obecnie tracą spore pieniądze, próbując zmienić w ostatniej chwili rezerwację na coś bezpieczniejszego niż Egipt. Albo w popłochu pytają kogo się da, czy wyjazd do Egiptu jest bezpieczny, czy w tym roku jechać do Egiptu itd. No cóż… Sytuacja jaka była, każdy widział. W kurortach – zgodnie z opinią polskiego MSZ – miało być bezpiecznie, ale… do kurortu przecież trzeba dolecieć, dojechać, a w Egipcie już od ładnych kilku miesięcy znowu wrzało jak w tyglu, więc ja osobiście nie jestem zdziwiona całą sytuacją. Ostatni rok, kiedy w miarę bezpiecznie było jechać do Egiptu to bodaj 2010, potem – raczej się uda, ale… Co jeśli nie? Być może przekonamy się, bo ludzie wciąż wyjeżdżają do kurortów i nie wiem, czy pcha ich tam bezmyślność czy oszczędność. Biura podróży robią wszystko, aby nie stracić na egipskiej rewolucji, więc obciążają  klientów kosztami anulacji. Słusznie, zresztą. A PIT jak zwykle unika jednoznacznych deklaracji. Stanowisko PIT w sprawie wyjazdów do Egiptu mogłam przewidzieć rok temu – niby rekomenduje, żeby klientom proponować inne kierunki, ale twardo stoi na stanowisku, że nikomu nic nie grozi i w zasadzie to nie ma powodu, by aktualne rezerwacje zmieniać. No cóż… Wiadomo czyje interesy reprezentuje. Ja w każdym razie nie wybieram się w żadne miejsce, w którym mnie albo komuś bliskiemu mogłaby stać się krzywda. Może to i asekuranctwo, ale Halikiem ani nawet Cejrowskim nie zostanę, więc… lepiej dopłacić do droższego kierunku, ale nie ryzykować. Zresztą – nie umiałabym wypoczywać, wiedząc, że tuż obok giną ludzie.

2. Wygoda

Od lat już kilku twierdzę, że jestem za stara na wakacje w namiocie, hostelu i tym podobnych przybytkach wątpliwej wygody, a niewątpliwych bólów mięśni. Owszem, zdarza mi się, że na działce albo podczas imprez sypiam w cokolwiek spartańskich warunkach, są to jednak wyjątki potwierdzające regułę. Porządne wakacje są raz w roku, czasem zdarzy się jeszcze jakiś wypadzik do fajnego europejskiego miasta, a na dwa wypady w roku stać mnie jeszcze na nocleg w przyzwoitym hotelu lub apartamencie wakacyjnym. Być może wyjdę na rozpuszczoną, wygodnicką zołzą, ale naprawdę – nie umiałabym wypoczywać w pokoju ze wspólną łazienką albo, co gorsza, w kilkuosobowym pokoju w hostelu. Wolę ścibolić i nie kupić sobie kostiumu kąpielowego z Calzedonii, ale mieć świadomość, że po całym dniu biegania wrócę sobie spokojnie do ciepłego łóżeczka i nie będę musiała się przejmować tym, czy ktoś inny chce spać czy grać na gitarze. A rano wstać o tej, o której chcę, a nie muszę, bo trafi się akurat skowronek, co to na nogach od 6 rano.

3. Lokalna kuchnia i alkohol

Naprawdę nie umiem znaleźć ani odrobiny współczucia dla osób, które jadą na wakacje za granicę, a potem pancakes-2-1311321-mnarzekają, że nie było kotletów schabowych. Znam osobiście osoby na co dzień niejedzące niemal niczego oprócz schabowych, kurczaka i ogórka kiszonego, ale na wakacjach jadających bez słowa protestu to, co jest. Może nie rzucają się od razu na owoce morza (ja też się nie rzucam), ale przynajmniej nie marudzą i nie narzekają. Zawsze można wybrać coś mniej więcej polskiego, np. rybę czy kurczaka, od kaszy kuskus nikt jeszcze nie umarł, a w dodatku wręcz należy sobie „wspomóc trawienie” rakiją albo lokalnym lub piwem. Do tej pory nie zdarzyła mi się jeszcze sytuacja, w której poszłabym do restauracji i zaczęła wybrzydzać niczym wegetarianin – tego nie, tamto niedobre.

4. Zwiedzanie, zwiedzanie, zwiedzanie

Staram się zawsze tak planować budżet, aby mogła sobie pozwolić na bilety wstępu do miejsc, które chcę zobaczyć. Być w Toskanii i nie zajechać do Vinci, nie wejść do muzeum poświęconego największemu człowiekowi renesansu?! We Florencji nie zajść do Galerii Uffizzi? W Paryżu nie spędzić ze dwóch dni w Luwrze… Nie tylko muszę tam być, ale zwykle też staram się kupić album z danego muzeum i na spokojnie w domu pooglądać jeszcze raz obrazy i rzeźby, jeszcze raz w pamięci przejść się po salach ( i to bez bólu nóg). Pozwala to także na chociaż częściowe zrekompensowanie utraconych widoków, bo zawsze mam pecha i w każdym muzeum brakuje jakiegoś wielkiego dzieła, które akurat zostało wypożyczone. Ostatnio tym sposobem nie udało mi się zobaczyć „Słoneczników” van Gogha i byłam autentycznie wściekła.

5. Pamiątki z wakacji

Nie, nie mam na myśli ładnej głowy Sfinksa wyprodukowanej w Chinach, czegoś a’la papirus albo tandetnej pseudoporcelany z Tunezji. Po pierwsze – jak prawdziwa kobieta nie jestem w stanie się oprzeć pokusie kupienia butów albo torebki. Chyba tylko z Londynu wyjechałam bez niczego, ale to dlatego, że leciałam tylko z małym bagażem podręcznym (gupi wizz), a nie da się założyć dwóch par butów. Po drugie  – zawsze staramy się zbłądzić gdzieś z głównych ścieżek, zwykle absolutnym przypadkiem i trafić do jakiegoś śmiesznego sklepiku, gdzie można znaleźć najśmieszniejsze rzeczy. Czasem bardzo symboliczne, np. komplet kart do brydża z najbrzydszym wielbłądem, jakiego widziałam w życiu, a czasem po prostu tiszert z ciekawym nadrukiem. Oczywiście zwykle kupujemy też mały zapasik pysznego lokalnego alkoholu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: