Podarte rajstopy, Mona Lisa i książki

girl-books-mood-hd-wallpaperGeneralnie zdaję sobie sprawę z tego, że  jako ludzie zostajemy coraz bardziej sprowadzani do roli konsumentów, ewentualnie oddających głosy na jakąś opcję polityczną. Bywają jednak dni, kiedy wbrew swojej woli, by unikać tematów odnoszących się do rządu, ZUS-u, katastrofy smoleńskiej i tym podobnych trucicieli wątroby, zaczynam sobie uświadamiać jak dalece wszystkim, co robimy, sterują korporacje i inne tajemnicze półdupki w lufciku. I pomyśleć, że gdyby nie podarte rajstopy…

A wszystko zaczęło się od rajstop…

Ściślej rzecz biorąc od radia i rajstop. Oczywiście bowiem ledwie włożyłam nowe rajstopy, a już ścierwa jedne musiały się podrzeć. Nie robiłam niczego niezwykłego, zwyczajnie byłam w pracy. Niestety, rajty bodaj od Marylin, które wyjątkowo mi się spodobały, chociaż zwykle nie lubię wzoru w kropki, podarły się nieomal od patrzenia na nie. Dzień chłodem nie przerażał, rajstop mogłam się dyskretnie pozbyć w toalecie i wrócić bez nich, ale lekko mnie to podminowało. Stan furii osiągnęłam chwilę potem, a wywołał ją niewinny z pozoru komunikat w radiu, że jacyś uczeni wynaleźli cośtam, co pozwala namalować Monę Lisę wielkości bodaj ludzkiego włosa. „Oczywiście, Mona Lisa wielkości włosa, bomba atomowa, a rajstop, które mogą przetrwać cały dzień pracy to nie wymyślą” – wyrwało mi się na bazie zdenerwowania. W samochodzie kolegi, z którym często wracam, siedzieli sami faceci, więc mój komunikat nie spotkał się ze zrozumieniem. A niesłusznie, bo każdy posiadacz żony, dziewczyny i córek powinien zdawać sobie sprawę, ile przyjemności więcej można by mieć za pieniądze wydawane na drące się nieustannie rajty. Z drugiej strony – może ich ukochane wolą spodnie, więc ich to nie boli.

Nie jestem głupia, prasę czytam ze średnim upodobaniem, bo jest w niej więcej polityki niż gdzie indziej, ale generalnie zdaję sobie sprawę z istnienia takiego zjawiska jak postarzanie produktów. Wiem, że na dobrą sprawę powinno się kupować żarówkę raz w życiu, a lodówkę raz na 20 lat, a twórcy gier mają sztamę z producentami komputerów i to dlatego komputer „nówka sztuka nie śmigana” po pół roku jest już przestarzały. A już najlepiej jest mi znana sprawa wiecznie urywających się uszu w torebkach i fleków, które niszczą się w tempie błyskawicznym, a których wymiana może kosztować połowę ceny obuwia. Szczególnie jeśli ktoś, tak jak ja, lubi polować na okazje i potrafi wyczekać, aż upatrzony model solidnie stanieje. Tymże to sposobem nie pamiętam, kiedy ostatnio zapłaciłam za buty więcej niż stówę, a moim rekordem były przepiękne mokasyny z Orsay przecenione ze 180 na 40 polskich nowych złociszy.  Tłumaczenia producentów, którzy próbują nam wmawiać, że telefon komórkowy musi się popsuć najdalej po dwóch latach, bo klient wcale nie chce z nich korzystać dłużej, wprost przeciwnie – po roku już marzy o nowym sprzęcie, wydałyby mi się niemal rozczulające, gdyby nie fakt, że nie znam kobiety, która jest do tego stopnia niewolnicą mody, że nigdy nie założyłaby drugi raz tych samych rajstop, a wszystkie torebki i buty wymienia co kwartał.

A skończyło na lekturach

Ponieważ nadal byłam pozbawiona rajstop, a miałam w planach odwiedzenie różnych eleganckich miejsc i przewidywałam, że posiadane zasoby mogą na cały weekend nie wystarczyć, postanowiłam zajrzeć do galerii, przy okazji uzupełnić zapas kosmetyków i kupić bratanicy kilka książek, m.in. lektur, wciąż licząc na to, że uda mi się ją zachęcić do czytania. I w czasie tych długo odkładanych zakupów uświadomiłam sobie, że nie tylko wtłacza się nas w jedyną słuszną rolę producenta, ale też usilnie stara się z nas zrobić debili. Nic by się nie stało, gdyby nie to, że z wykształcenia jestem jednak pedagogiem, a poza tym organicznie nie znoszę opracowań. Nie twierdzę, że nigdy z nich nie korzystałam, ale… Czym innym jest jednak wstęp do „Boskiej Komedii” Dantego napisany przez znawcę dla Biblioteki Narodowej, a czym innym wielokrotnie powielane, skracane, wycinane, przeredagowywane streszczenia autorstwa przysłowiowego Kowalskiego, którego kompetencji w danej dziedzinie wcale nie mogę być pewna. Wierzę, że każdy ma w życiu taką lekturę, której nie dał rady, nie zdzierżył, nie wytrzymał i generalnie go przerosła. Od dawna jestem za zmianami w szkolnej liście lektur i wyrzucenia z niej kilku bardzo skostniałych tworów, które bardzo kiepsko się postarzały. Z „Cierpieniami młodego Wertera” i „Mistrzem i Małgorzatą” na czele. Ale to są pozycje dla liceum, więc można zrozumieć, że ktoś niekoniecznie czuje się mocny w zgadywaniu, co też pod wpływem opium tym razem nabredził Byron. Zupełnie inaczej sprawa ma się ze szkołą podstawową. Z listą lektur dla klas 1-3 jestem na bieżąco. Części z tych pozycji nie znam, inne są mi doskonale znane, a spora część z nich do tej pory wywołuje u mnie uśmiech na samo wspomnienie. Chciałam te same uczucia zaszczepić bratanicy, a tu się okazuje, że g… yyy… gucio. Lekturę możesz kupić, owszem, ale niemal wyłącznie z opracowaniem. No błagam! Ja naprawdę wszystko rozumiem, ale streszczenie „Kajtkowych Przygód”, „Dzieci z Bullerbyn” i Plastusiowego Pamiętnika? Może jeszcze „Stefka Burczymucha” i „Pana Hilarego”? Dajcie spokój, co tam może być trudnego?! Ręka chyba by mi uschła, gdybym toto wzięła do ręki. Jaki przekaz dałabym wówczas dziecku – nie wysilaj się, nie próbuj zrozumieć, masz tu gotowe rozwiązania. Prawda, jak fajnie? Zgroza i skandal.

„Gdy się ktoś zaczyta, zawsze się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega, albo zaśnie – w każdym razie wygra…” Henryk Sienkiewicz

Co ciekawsze, były też lektury bez opracowania, owszem, czemu nie. Dużo ich nie było, ale znaleźć się dało. Kupić także, ale… ich ceny były średnio 3 razy wyższe niż tych bez opracowania. No wybaczcie mili państwo, ale skoro można wydać książki Astrid Lindgren za 5 złotych z opracowaniem, a za 25 złotych bez opracowania (format, oprawa i jakoś papieru zbliżone), to chyba coś jest nie w porządku! W końcu autorowi tychże wypocin trzeba zapłacić, w grę wchodzą jakieś prawa autorskie itd. Jasne się zatem staje, że wydania z opracowaniem są faworyzowane i tylko ciekawe przez kogo i dlaczego. Osobiście wolę się nawet nie domyślać, bo nie znoszę snucia spiskowych teorii dziejów, ale… Jakiś mały niesmak i niepokój zostaje, że wyraźnie zmierzamy do tego, aby dzieci rzekomo coraz mądrzejsze i wysyłane na angielski już w żłobku, z biegiem czasu ogłupiać i oduczać samodzielnego myślenia, a następnie robić z nich wtórnych analfabetów. I co tu się później dziwić, że dzieci nie chcą czytać, przecież w normalnych powieściach nie ma z boku notatek, zaznaczonych „ważnych cytatów” i informacji, na co należy zwracać uwagę.

O tempora, o mores…

Reklamy

One Response to Podarte rajstopy, Mona Lisa i książki

  1. Anonim pisze:

    Ja Ci wyrzucę „Mistrza i Małgorzatę” z lektur!!! 😉
    Kupiłem niedawno pompkę do roweru, która rozleciała się po 2 użyciach, Masakra… Co do reszty również się zgadzam, wprowadzenie klucza do matur przypomina mi „rycie na pamięć” pytań egzaminacyjnych na prawo jazdy. Nieistotne znać przepisy, istotne znać pytania i odpowiedzi. Dzieci XXI wieku mają przechlapane.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: