Komercyjne miasteczko na ul. Francuskiej

Swieto-Francji-w-Warszawie-Tak-14-lipca-na-Saskiej-KepieKultura francuska to jak dla mnie  wybitna sztuka, ambitne kino, moda… Pyszne, wytrawne wino i wysublimowana kuchnia. Wybierając się na „odkrywanie” Francji na Saskiej Kępie, miałam nadzieję, że zobaczę przynajmniej część tego.  Nie liczyłam na niszową imprezę, na której zostaną pokazane tajniki przyrządzania wybornych muli, ale też nie spodziewałam się, że ten dzień zostanie sprowadzony do grania w piłkarzyki na stoisku Orange i kukurydzy Bonduelle. Powiedzmy sobie szczerze – urządzona w rocznicę obalenia Bastylii impreza miała tyle wspólnego z Francją, co lody z Himalajami. Gdybym nie wiedziała, gdzie jestem, mogłabym spokojnie uznać, że to Dzień Baraniny w Starym Sączu albo Naleśniczaki w Kielcach. Francuskie były chyba jedynie kolory dekoracji.Może jeszcze kilka dziwnych instytucji typu zakład energetyki albo jakaś firma spedycyjna. Poza tym bowiem wszystko było od Sasa do Lasa i aż kipiało od komercji.

Wystawcy z łapanki

1069889_481810741905031_2140256718_nZdarzało mi się kilka razy uczestniczyć w różnych targach jako wystawca i jako organizator. Wiem zatem doskonale, jak to wygląda od kuchni. Teoretycznie impreza dotyczy na przykład rzemiosła i rękodzieła, ale zgłosi się deweloper z osiedlami albo biuro podróży, to też się je wciśnie. Nikt się nim nie zainteresuje, ale przynajmniej zarobimy. Zwykle taki rodzynek jest jeden, może dwóch. W ogromnych halach wystawienniczych nie robi to większej różnicy. Na „Święcie Francji”, gdzie wystawców było może ze 20, generalnie wszyscy wyglądali jak z łapanki. Niby francuskie, ale Auchan? Bonduelle, Orange, Peugeot… A do kompletu boisko dla dzieci, 2 stoiska malowania twarzy, Serce i Rozum i blaszana wieża Eiffela, wysoka może na 1,5 metra. Ewentualnie możliwość zrobienie sobie zdjęcia jako kukurydza lub groszek (por. zdjęcie).  Klęska i porażka. Honoru imprezy w żaden sposób nie ratowała bodaj jedna winnica, jakieś średniej jakości sery pleśniowe, chamskie, z papierka lub – o zgrozo – do smarowania. Kosmetyki z czegoś tam i kawa też nie. Zdaje się, że były jeszcze croissanty, ale kolejka do nich była taka, że zrezygnowaliśmy z kupna. Liroy Merlin chyba uznał, że nie ma ochoty uczestniczyć w tym blamażu, bo jego stoisko wiało pustkami. Pustkami wiało też w zakresie organizacji, bo kilku „przedsiębiorców” postanowiło dorzucić swoje trzy kamyki do ogródka żenady i bezczelnie rozłożyli się w przerwach miedzy budkami ze swoim asortymentem. Zauważyłam nieśmiertelną „pańską skórkę”, balonikarza i tandetne plastikowe zabawki. Swój zarobek miały też wszystkie okoliczne sklepy i kebaby, bo musiałabym być szalona, aby stać 20 minut w kolejce, by kupić naleśniki.

Gwiazda „Idola” i Irek Bieleninik

Imprezie towarzyszyła „oprawa artystyczna”. Na scenie miotał się Irek Bieleninik, tym razem bez butelki płynu do mycia naczyń, śpiewała gwiazda Kolejnego Absolutnie Żenującego i Idiotycznego Programu Typu Idol. Podobno po francusku, ale ze względu na akcent trudno było rozpoznać. Generalnie jednak scena świeciła pustkami.  Później zdaje się miał być jeszcze Robert Korzeniowski oraz jakieś pokazy kulinarne. Może nawet były ciekawe, ale wytrzymaliśmy tylko nieco ponad godzinę, gdyż dłużej się nie dało. Cała ta impreza to synonim nieudanych wakacji hotelowych w pigułce, w dodatku bez morza. Stado starych wiedźm z ogromnymi torbami „na gadżety”, które wszędzie musiały wejść bez kolejki, co powodowało kłótnie z tymi babami, które w nich stanęły, dzieci, wózki, brudne dzieci, wrzeszczące dzieci… Ciepłe, słodkie wino i głośna muzyka. Tragedia.

Święto Francji okazało się jedną wielką stratą czasu. Nie twierdzę, że zwykle oglądam wyłącznie ambitne kino, pijam wina za 100 zł butelka, a obiad bez kalmarów i szparagów dla mnie nie istnieje, ale trzeba sobie jasno powiedzieć, że istnieje nieprzekraczalna granica komerchy, której ludzie nie zniosą. Organizatorzy eventu na ulicy Francuskiej przekroczyli ją wielokrotnie i brutalnie, co widać m.in. po opiniach innych uczestników, którzy byli równie rozczarowani co my

Reklamy

2 Responses to Komercyjne miasteczko na ul. Francuskiej

  1. Anonim pisze:

    Tak, to była żenada. A szkoda, bo były szanse na fajną imprezkę. A ilość ludzi świadczy o tym, że takie imprezy cieszą się zainteresowaniem.

  2. Joanna pisze:

    Ciekawe tylko, ile osób liczyło na to, że będzie to coś na wyższym poziomie niż festyn w Pcimiu Dolnym.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: