Krótki, subiektywny przewodnik po grzechach i grzeszkach biur podróży, czyli jak nas kantują

Nawet_tys_osob_przez_Alba_5833494Natknęłam się ostatnio na notkę na blogu, w której autor ze swojej perspektywy pracownika biura podróży, opisuje „naganne zachowanie” polskich turystów za granicą. Zaciekawiło mnie to tym bardziej, że byłam po obu stronach barykady – i jako pracownik biura podróży, i jako turysta. Przeczytałam i… jestem zniesmaczona. Owszem, autor uprzedził, że jest to widok „w krzywym zwierciadle”, ale… szkoda, że w żadnym zakrzywieniu nie znalazła się ani jedna wzmianka, o tym, czym spowodowana jest część tych zachowań.

Doktorat z turystyki?

W punktach 1-3 swojej tyrady Pan Palpfikszyn surowo nakazuje ludziom czytanie katalogów i wykonywanie wielu innych sztuk i wygibasów celem skonfrontowania oferty biur podróży z rzeczywistością. Ahaaa. Gdy zaczęłam pracować w biurze podróży, byłam już dużą dziewczynką, ale – wierzcie mi lub nie – nigdy bym nie przypuszczała, że większość opisu to literatura fantasy i że odległość do morza, widok na nie, a nawet rodzaj plaży jest rzeczą uznaniową. Albo że wielkość basenu zależy od perspektywy, z jakiej zrobiono zdjęcie. A już na pewno nie byłam przygotowana na rozszyfrowywanie szyfrów i kodów. Nie każdy, kto kupuje wycieczki, ma w rodzinie eksperta ds. turystyki, ktSONY DSCóry wyjaśni mu, że prywatny ogród z meblami to taras, a „widok panoramiczny na morze”, wcale nie oznacza, że wyjdzie na balkon i zobaczy tylko i wyłącznie morze, ale to, że będzie ono gdzieś w oddali lub będzie częścią panoramy miasta. Możesz mieć zatem przed oknem śmietnik, ale jak się porządnie wychylisz, to morze zobaczysz. A już mistrzostwo świata pod tym względem stanowią opisy Interhome, gdzie co chwilę jest to czy owo extra. A to łóżeczko dla dziecka, a to ogrzewanie. I biada temu, kto uzna, że to znaczy gratis, nie – ekstra płatne. Co ciekawe niekiedy w opisie jednego apartamentu jest i ekstra, i ekstra płatne. I bądź tu człowieku mądry i pisz wiersze.  Reklamacja? Odrzucona.

A jako klient wcale nie chcę rozumieć, że fraza „100 metrów od morza” może oznaczać wszystko. To trochę jakbym chciała kupić pościel lnianą, w składzie byłoby „100% lnu”, a tak naprawdę zawierałaby 50% bawełny, bo obie rośliny rosłyby na sąsiednich polach. Absurd. Czy naprawdę biura podróży powinny zmuszać swoich klientów do przeprowadzania śledztwa? Może jeszcze z użyciem satelity pożyczonej przez wujka z Pentagonu? I nie mam tu na myśli siebie, ja sobie poradzę, a typowe wycieczki wybieram nader rzadko, ale moi rodzice czy inni starsi ludzie wcale nie muszą znać się na sztuczkach i kruczkach. I uważam, że solidny opis hotelu z dokładnymi wymiarami pokoju, basenu itp. to naprawdę nie jest zawyżone wymaganie. (PS. To zdjęcie reklamuje hotel Strandja w Bułgarii,  baseny faktycznie należą do niego, ale budynek z tyłu to nie Strandja, ale inny hotel, który dopiero powstaje).

Co da się załatwić w recepcji, a czego nie? I jak.

Pan Palpfikszyn twierdzi, że wystarczy się miło uśmiechnąć w recepcji i da się wiele załatwić. Rekomenduje także znajomość angielskiego. Jak miło. Ciekawa jestem, w jakich krajach pan był pilotem, bo chyba nigdzie. Włochy, Francja, Tunezja, Bułgaria… To tylko część krajów, w których absolutnie nie dało się porozumieć po angielsku. Gdyby nie to, że do spółki z mężem mamy opanowane podstawy włoskiego i francuskiego, na pewno byśmy się nie dogadali. Najgorsza była Bułgaria, gdzie można było rozmawiać jedynie po rosyjsku. A wszyscy od recepcjonistów po barmanów rozmawiali wyłącznie z mężczyznami. Co do „załatwiania”… Chyba mamy wyjątkowego pecha, bo co drugi pobyt przydzielano nam pokoje z pojedynczymi łóżkami. W Tunezji faktycznie wystarczył uśmiech i wzmianka o podróży poślubnej, w Bułgarii… o nie, nie. Najpierw obsługa udawała, że nie rozumie. Później twierdziła, że nie ma osoby odpowiedzialnej, a potem w ogóle nas olewali i mówili, że się nie da. Rezydent? Hmmm… To, co myślę o pracownikach biura podróży Delta Travel, nie nadaje się do powtórzenia w przyzwoitym towarzystwie, więc napiszę tylko tyle, że nie zrobił nic. Zapewne mogłam spróbować łapówki, ale jestem temu stanowczo przeciwna. Oczywiście poradziliśmy sobie, ale… Ale nie umywa się to do opieki, jaką zapewniło nam Millenium Travel w sytuacji, gdy  zaistniała potrzeba skorzystania z opieki lekarskiej. Nie była to może późna pora, ale też i nie w godzinach dyżuru rezydentki.

A jeszcze odnośnie awantur o pokój z widokiem na morze. Ja się może nie znam, ale nie spotkałam ani jednej normalnej osoby, która awanturowałaby się o brak pokoju z widokiem na morze. Miałam pokój z „częściowym widokiem na morze”, co oznaczało tabuny ludzi pod oknami przez całą noc, bo hotel był jakieś 50 m od plaży, więc jedni wracali z dyskotek nad morzem, a inni wybierali się na poranny spacer. Musiałabym być szalona, aby sobie coś takiego fundować i jeszcze za to dopłacać. Podobnie jak za pokój z widokiem na basen. Zresztą – w hotelach nie ma optymalnej lokalizacji pokoju, zawsze i wszędzie ktoś się kręci pod oknami i jedyną alternatywą jest maksymalnie wysokie piętro.

Jak oni się zachowują?

Z uwagami o zachowaniu Polaków w samolotach, autokarach itp. nie będę polemizować. Byłam, widziałam i za każdym razem modliłam się, aby jakieś towarzystwo jechało do innego hotelu niż nasz. Pijane bydło, któremu nie można zwrócić uwagi, bo „oni są na wakacjach”. Z uwagami o rodzicach i ich pociechach także. Spotkałam jednostki, których dzieci były grzeczne, ciche i dobrze wychowane. Dokładnie dwie – rodziców około rocznych bliźniaczek. O tym, że jadą z nami do hotelu dzieci, dowiedziałam się podczas wynoszenia wózka z autobusu, którym nas transferowano. A na miejscu zawsze z boczku, cicho, kulturalnie, CZYSTO. O reszcie nie chcę nawet wspominać, bo do tej pory dziwię się, że nie zamordowałam rodziców bachora, który uważał, że najfajniejszą zabawą na świecie jest łażenie po fotelach rodziców. Dziękować opatrzności, że lot do Rzymu był krótki i że nie podawano żadnych przekąsek – nie miałyby szans utrzymać się na stoliku. O ubieraniu się bądź nie w hotelowej restauracji, lobby albo w krajach muzułmańskich powiem tylko tyle, że to nie zależy od narodowości, ale od kultury. I sama ubierając się przyzwoicie, gdy wychodzę na arabski suk albo do kościoła we Włoszech, oczekiwałabym podobnej przyzwoitości od Muzułmanów za granicą. Jak do tej pory się nie doczekałam i aż żałuję, że nasza tradycja zapomniała już o kamieniowaniu.

Robakomachia pod Warną

O nie. I nikt mi nie wmówi, że powinnam godzić się na robactwo w hotelu. Żadnej kategorii. Mogę mieć na wyposażeniu łóżko i goły stolik, absolutnie nie potrzebuję telewizora, ale na pewno nie będę tolerować robaków ani sama z nimi walczyć. A na pewno nie w hotelu. Zdarzyło nam się to w Toskanii, że mieliśmy mrówki w łazience i sami spryskaliśmy ściany specyfikiem, ale to nie był hotel, tylko apartament w typowym włoskim gospodarstwie agroturystycznym pośród sadów oliwnych i uprawy winorośli. To trochę zmienia postać rzeczy, bo jakby nie patrzeć – byliśmy na wsi.  Wieczorami latały nietoperki, a na budynkach wygrzewały się jaszczurki. Zresztą – wystarczyło spryskać próg, mrówkom przestało się u nas podobać, więc nie była to jakaś dramatyczna walka.  Tym niemniej – w mieście, w hotelu co najmniej 4* (i nie czterosłoneczkowy, państwo Alfa Star), bo tylko do takich jeździmy, wymagam absolutnej czystości i braku robactwa. Koniec i kropka.

Jak się nie znasz, to się nie odzywaj

Oj, tę zasadę mogłabym zastosować także do wielu pracowników biur podróży. Słyszałam agentów, którzy dzwonili i pytali się, jak się nazywa ta czy owa kraina we Francji albo szukali czegoś tuż pod Florencją, ale nad morzem (odległość jedyne 100 km). Największy zaś ubaw miałam, gdy pracownica biura Travelplanet nie umiała mi powiedzieć niczego na temat ubezpieczenia podróżnego, a potem usiłowała mi oddać resztę z tytułu niewykorzystanej kwoty z wygranego vouchera, aczkolwiek było na nim napisane jak byk, że nie podlega ona zwrotowi. No cóż, wybaczcie mi, że nie próbowałam jej powstrzymać, byłam ciekawa, czy i kiedy się zorientuje, że nie powinna.

A reklamację możesz sobie włożyć w…

1369938966_tlslrr_600Buty, nie ma co się fatygować z jej wysyłaniem. Wysłałam reklamację dokładnie raz, opisując problemy zgłoszone jeszcze w czasie pobytu rezydentce – m.in. niesprawną klimatyzację i suszarkę oraz na błędnie podany czas transferu. Biuro podróży Delta Travel z Krakowa dokładnie się na mnie wypięło, odpisując, że nie mieli podobnych zgłoszeń, nic nie wiedzą, nikt się nie skarżył, nie mieli sygnałów i generalnie, abym ich cmoknęła w pompkę. Gdy nie odpuszczałam, zaproponowali mi jakiś śmieszny rabat, chyba 3%, na poczet przyszłej rezerwacji – czytaj „Odczep się, babo, jak chcesz, to idź do sądu. Ewentualnie daj nam zarobić jeszcze raz, ten rzucony ochłap nas nie zbawi”. No cóż, gdyby nie to, że wówczas wakacje były bardzo, bardzo last minute, nigdy bym tego biura nie wybrała, ale … człowiek całe życie uczy się na błędach.

Konkludując- jak Kuba Bogu… Biura podróży tak dokładnie oszukują i wypinają się na swoich klientów, cwaniakując na każdym kroku, że doprawdy nie wiem, jak ktokolwiek może się jeszcze dziwić, że klienci tak samo wypinają się na pracowników tychże biur. Jeśli człowiek zamiast przyjść, wybrać i zapłacić, przez miesiąc przekopuje polskie i zagraniczne strony, zdjęcia i opinie, a na miejscu się okaże, że pomimo całej jego ostrożności i tak został (przepraszam za wyrażenie) wydymany bez wazeliny, to jak można liczyć, że będzie wesoły niczym szczypiorek na wiosnę? Jeden to przyjmie w miarę spokojnie, inny odbije sobie brak szacunku wizytowaniem lobby w stroju kąpielowym i prosto z wody, inny będzie się najadał za ośmiu, żeby pobyt mu się zwrócił, skoro i tak nie może spać, a jeszcze inny będzie się awanturował. A winą za błędy biura obarczy wszystkich pracowników. Gdy biura podróży przestaną dymać swoich klientów na każdym kroku, to wtedy będą mogły mieć pretensje. Nie wcześniej.

Reklamy

One Response to Krótki, subiektywny przewodnik po grzechach i grzeszkach biur podróży, czyli jak nas kantują

  1. […] Prawda jedyna w tym artykule jest mianowicie taka, że faktycznie już od roku trudno o „prawdziwe last minute”. Sama w ubiegłym roku polowałam wytrwale, sprawdzając ceny codziennie przez miesiąc i o ile rok, dwa lata wcześniej w połowie sierpnia dawało się kupić Tunezję, 4*, all inclusive, 14 dni w cenie ok. 1800 za osobę, to rok temu nie było nawet co marzyć o podobnym szczęściu. Za 2 razy tyle – może. Na tydzień – może, na 14 dni – nie ma mowy. A jeśli nawet na 2 tygodnie to bez all inclusive, co w takim Egipcie zupełnie nie ma sensu. Żeby wyjechać w ogóle i nie zmarnować urlopu, zdecydowaliśmy się na ofertę nieznanego mi zupełnie biura podróży Delta Travel z Krakowa, co było pomyłką, porażką i żenadą po całości. W tym roku sytuacja na rynku jest podobna, ceny nie zachęcają do wyjazdów zagranicznych i przewiduję, że zamiast pchać się do gorszego komfortu w jakiejś Turcji wiele osób zdecyduje się na wypasione spa w Polsce albo wyjazd  własnym transportem nad Balaton, jakieś termy na Słowacji itp. Pogoda w kraju dopisuje i doprawdy nie ma powodu, by karmić pasibrzuchy z biur podróży swoją krwawicą. Szczególnie, że te nas oszukują, aż wióry lecą. […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: