Saga aż za dobrze napisana, czyli „Pieśń Lodu i Ognia”

gra-o-tronGdy rok temu mniej więcej, zaczęłam oglądać pierwszy sezon serialu „Gra o tron”, napaliłam się na niego, niczym szczerbaty na suchary. Oczywiście musiałam przeczytać wszystkie książki. Oczywiście jednym ciągiem i najlepiej w jeden wieczór. Przeczytałam, może nie w jeden wieczór, ale  dość szybko, aczkolwiek z każdym tomem coraz wolniej i wolniej, gdyż książki zmieniały się w coraz krwawszy melanż z trupem ścielącym się gęściej niż w greckiej tragedii. Minął pewien czas i nabrałam nawet ochoty na obejrzenie trzeciego sezonu serialu. Z głupiego pomysłu wyleczyłam się w jeden wieczór, dokładnie wczoraj, gdy na HBO trafiłam akurat na ostatni odcinek trzeciego sezonu, co nie sprawiało mi różnicy, gdyż i tak wiedziałam, co się stanie. 10 minut serialu i przypomniało mi się dokładnie i ze wszystkimi detalami, dlaczego jest mało prawdopodobne, abym specjalnie śpieszyła się i rychło skończyła czytanie „Pieśni Lodu i Ognia”, nawet jeśli George R. R. Martin wreszcie dokończy tę sagę.

Być może, gdybym czytała wolniej, nie zrobiłoby mi to większej różnicy… Niestety, uparłam się i przeczytałam wszystko chyba w mniej niż miesiąc, dzięki czemu zafundowałam sobie porcję co najmniej niestrawną.

Owszem, książka jest napisana fantastycznie.  Widać, że całość jest starannie przemyślana – od fabuły, poprzez postaci, aż po bogate tło. Widać staranność, z jaką autor kreślił chociażby sylwetki bohaterów – od pojedynczych postaci pierwszo-i drugoplanowych, poprzez całe rody, ich herby i zawołania, aż po poszczególne narody zamieszkujące Siedem Królestw. Nie sposób nie czuć sympatii do Syrio Forela – pierwszego miecza  Braavos (first sword of Daavos does not run), zadziornej Aryi, gapowatego, prosiakowatego Sama, do wiernego Joraha Mormonta. Nie sposób nie nienawidzić Joffrey’a, czuć politowania pomieszanego ze zgrozą wobec tego, co niekiedy wyprawia Daenerys, czuć odrazy, a potem współczucia do Theona…  Że nie wspomnę o genialnym Tyrionie, który zasługuje na osobną epopeję.  Niesamowite są także dialogi, aż skrzące inteligencją, dowcipem, subtelnymi przytykami i kąśliwą ironią.

Bardzo ciekawy jest chociażby opis wierzeń – niemal każda kraina ma swoje własne bóstwa, obrzędy itp. Ciekawa i przemyślana jest akcja. Każde najmniejsze wydarzenie będzie miało znaczenie w przyszłości, każde spotkanie, każdy zwrot akcji jeszcze kiedyś okażą się trafne i zamierzone, choć niekiedy do bólu przewidywalne. I rozciągnięte do granic możliwości. Gdy już bowiem wydaje się, że udało się ogarnąć świat, postaci i generalnie wie się „kto jest kim na wyspie Cobra” (aż sprawdziłam – cytat, który się mnie uczepił jest komiksu G.I. Joe z 1992 roku, czyli czytałam go dobre 20 lat temu), okazuje się, że postaci i rody drugoplanowe są nie mniej ważne i solidnie zamieszają w akcji, co potęguje tylko uczucie zagubienia wywołane niekiedy wielowątkowością akcji.  Akcji, która bardzo średnio wpisuje się w klimat fantasy. Jedna wiedźma, jedna czerwona czarodziejka i kilka smoków wiosny nie czynią.

Popularność sagi nie jest dziełem przypadku,  jest po prostu doskonale napisana.  Aż za dobrze. Nie wiem jak inni, ale ja czytając, po prostu czułam to widmo wojen, katastrof, nieszczęść nieustannie wiszące nad całym światem. Śledząc dzieje Jona, czułam nieomal lodowate wichry zwiastujące zbliżającą się zimę i armię Dzikich Ludzi. Bałam się razem z Aryą, czułam strach Sansy zmuszonej do obcowania z socjopatą… I gdy tak brnęłam przez kolejne dziesiątki i setki stron, przez trupy, nieszczęścia, niepowodzenia, trudności, prześladowania,  wszechogarniający strach i ciągły głód… Brrrr… Naprawdę się wczułam. Znikąd ratunku, znikąd nadziei, tylko smutek, rozpacz i przygnębienie. Uff… Nikt nigdy nie grał mi na emocjach tak dobrze jak autor sagi. I z jednej strony szkoda, że się skończyło, gdyż po kilku tysiącach stron nie chce się opuszczać bohaterów, ale też przyjemnie uwolnić się ze świata, w którym na bohaterach nieustannie ciąży ponure fatum, a śmierć jest lepsza niż jej alternatywa- uwięzienie przez socjopatę, pranie mózgu, tortury, ciągła ucieczka, głód, strach, poniżenie…

„Pieśń Lodu i Ognia” to saga, po którą po prostu warto sięgnąć i wyrobić sobie własną opinię. I jeden tom na pewno nie wystarczy, warto przeczytać chociaż połowę.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: