Siedem liter na tablicy z Warszawy

smieszneiobrazliwetabliDrogi Czytelniku, czy czytałeś kiedyś „Tablicę z Macondo” Barańczaka? Ten zbiór esejów, obdarzony wiele mówiącym podtytułem „Osiemnaście prób wytłumaczenia, po co i dlaczego się pisze”, przypomniał mi się wczoraj niespodziewanie, gdy zastanawialiśmy się z mężem, jaki jest sens płacenia za „vanity plates”, czyli spersonalizowane tablice rejestracyjne, aby napisać na nich swoje imię. Czy napis na indywidualnej tablicy rejestracyjnej może być przykładem poezji, porównywanej nawet do sonetu? I co, jeśli nie imię?

 Czy to na pewno poezja?

Stanisław Barańczak w swoim eseju wysnuł ciekawą teorię, zgodnie z którą napisy na tablicach można uznać za poezję, gdyż spełnia te same warunki, które musi spełniać chociażby rygorystyczny pod względem formy sonet. Taka tablica musi bowiem być oryginalna (nie może być dwóch identycznych tablic), nie może na niej widnieć wyraz powszechnie uznawany za wulgarny, nie może zawierać „polskich” liter, no i autor tablicy rejestracyjnej musi „wtłoczyć to, co chce światu za jej po­mocą powiedzieć, w żelazny (ściślej, aluminiowy) gorset sześciu wytłoczonych w blasze liter”. Sześciu w przypadku Massachusetts, siedmiu w Warszawie, gdzie dwie pierwsze lub ostatnie znaki mogą być liczbami.  Dalszych ograniczeń nie ma. Tylko nasza fantazja.

 Tylko co, jeśli nie imię?

„Poezja zaczyna się tam, gdzie chęć wypowiedzi zderza się z ograniczeniem” – mówi w swoim eseju Barańczak. „Ograniczeniem, które rodzi poezję, jest natomiast takie, które zmusza nas nie do rezygnacji z form wyrazu, lecz właśnie do poszerzania i wzbogacania form wyrazu.” Bardzo łatwo jest popaść w banał i dosłowność.

Gdy człowiek przymierzy się do tych siedmiu liter, okazuje się, że wcale nie jest to takie proste. Nawet jeśli sięgniemy po znacznie zwięźlejszy język angielski. Gdy odrzucimy już wszystkie banały – imiona i popularne skróty, np. MY CAR albo MAREK, robi się coraz trudniej.  No przecież nie PIJ PIWO, LEGIA… Okazuje się, że wcale nie jest tak łatwo zmusić język, by powiedział wszystko, co pomyśli głowa i to w max pięciu-siedmiu literach. NIUNIA, czyli pieszczotliwa i przewrotna w porównaniu do rozmiarów ksywka naszego autka, niby jest OK, ale zbyt dosłowna, za mało finezyjna. MALUTKA to już nie to samo.  Ciekawa mogłaby być OJ UWAGA albo UPSSS – nieco przewrotna, nieco dająca do myślenia. Na Tico albo innym Clio ciekawie wyglądałaby tablica z napisem NO PĘDZĘ, ale bez polskich liter nie byłoby to już tak zabawne. Oczywiście, taka tablica daje doskonałe świadectwo o kierowcy danego auta. Nie trzeba wypatrywać kierowców BMW, wystarczy, że na tablicy widnieje „DO GAROW” „DO BUZI” albo ‚WY BURAQ” (autentyki z polskich ulic) i już wiadomo z kim ma się do czynienia. Trzeba też uważać, aby nie przesadzić z gorliwością. Rejestracja „NIEBO” na tablicy zakładu pogrzebowego jest żenująca, a to niestety także autentyk.

Ostateczny projekt Barańczaka to ON JEST . Faktycznie otwiera szerokie możliwości interpretacji – kto jest, jaki jest, dlaczego i czy na pewno? Mój waha się gdzieś między BLANK a CO DALEJ. Pierwsze przewrotne – odnosi się i do idei „tabula rasa”, czyli czysta, niezapisana karta (w tym wypadku tablica),  a także do mojego własnego bloga. Drugie otwiera niemal nieskończoną liczbę różnych interpretacji – co dalej, znaczy co teraz zrobią, ale też co jest dalej, za następnym wzgórzem… Samo DALEJ też by się nadało: bo chcę iść coraz dalej – coraz głośniej śpiewać….

Nie trzeba dodawać, że podobnie jak w przypadku Barańczaka rzecz pozostaje w sferze projek­tów. Opłata za rejestrację a vanity plate jest po prostu trochę za wysoka. W Stanach jest to 40 dolarów rocznie za sześć liter, w Polsce jednorazowo 1000 złotych za 7 liter. Chyba trochę zbyt wysoka cena za podzielenie się myślą, którą niewiele osób zauważy, a jeszcze mniej zrozumie.

Reklamy

3 Responses to Siedem liter na tablicy z Warszawy

  1. ana pisze:

    A jak to jest z pierwszą literą/literami? Nie muszą pozostać oznakowania województwa, w którym auto jest rejestrowane? Znany mi olsztyński NO TIME takowe pozostawił 😉 Nie jest to też takie niezauważalne, może w wielkiej „stolycy” trudno to zauważyć, ale inne miasta mniejsze są, mniej ekstrawaganckie.
    Poza tym cennik nie wydaje mi się specjalnie wygórowany – Polacy jednorazowo wydają ok. 300-350 dolarów (taki chyba aktualnie mamy przelicznik), Amerykanie płacą co roku po 40 – pewnie więc na jedno wyjdzie.

  2. Joanna pisze:

    Faktycznie, z powodu mnogości rejestracji trudniej to wychwycić, a w przepisach jest, że rejestracja musi mieć do siedmiu znaków, co też jest mylące. Tym niemniej – część oznaczeń województw pozwala na dołączenie tych dwóch liter do napisu, część nie, więc tak naprawdę do dyspozycji ma się maksymalnie 5 lub 7 liter.

    PS. Jeśli sprzedajesz samochód, tablice również oddajesz, więc jesli nie masz zamiaru jeździć jednym samochodem 8 lat, to chyba jednak płacisz więcej.

    • ana pisze:

      Ale akurat Polacy aż tak często nie zmieniają samochodów. Przynajmniej ci statystyczni, których jest chyba jednak najwięcej w tym kraju. Ale i ci zwykle nie szaleją z indywidualnymi tablicami. A skoro to wydatek dla ekstrawaganckich, to za ekstrawagancję trzeba płacić. W Polsce zawsze słono – i nigdy chyba nie było inaczej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: