Spodnie a feminizm

imagesŻycie w XXI wieku zobowiązuje. Tak mi się przynajmniej zdaje. W związku z czym z przyjemnością uprawiam fasolkę i pomidory na działce, bo są lepsze niż ze sklepu i jadam wędliny wędzone przez męża, ale na pewno nie wpadłabym na idiotyczny pomysł, aby upierać się przy porodzie w domu albo kwestionować prawo kobiet do posiadania podwójnego nazwiska lub noszenia spodni. Tak, tak. Jeśli podobnie jak ja obracacie się w środowisku ludzi normalnych, którzy nie modlą się przed seksem i nie uważają komputerów i Internetu za samo zło, możecie być naprawdę zaskoczeni faktem, że są jeszcze w Polsce ludzie, których mentalność albo zatrzymała się na poziomie XIX-wiecznym, albo urodzili się w złym miejscu , gdyż są kompletnie zmuzułmanieni, stalibieni albo… bo ja wiem?  Skretynieni?!

Kolega co jakiś czas podsyła mi linki do „ciekawszych” publikacji z portalu Fronda, którego ojcem-dyrektorem jest niejaki pan Terlikowski. Zdaje się, że próbował on prześcignąć Korwina-Mikke i Cejrowskiego i zostać naczelnym katolem RP, ale później żona go wsypała, że „grzeszył” przed ślubem, więc autorytecik nieco sklęsł. W każdym razie Fronda jest miejscem, w którym skupiają się niezadowoleni z życia frustraci, którzy nie mają życia osobistego.  Przynajmniej tak by się mogło zdawać, gdy przejrzy się tematy poruszane na blogach.

W spodniach czy w sukience

Mam wrażenie, że rewolucję kulturalną przeszliśmy już jakiś czas temu i w cywilizowanym kraju nie ma potrzeby spierania się o to, czy kobieta powinna chodzić w spodniach czy w sukience. Także dlatego, że dobra odpowiedź jest tylko jedna, a mianowicie – w tym, w czym lubi. Ewentualnie na co aktualnie ma nastrój albo na co pozwalają okoliczności. Tym niemniej niejaka pani MariaHelena postanowiła jeszcze raz wyważyć otwarte drzwi i zakwestionować moralność noszenia spodni. „Kobiece spodnie długo uważane były za strój niemoralny, a i dziś nad ich moralnością trzeba się głęboko zastanowić” pisze rzeczona niewiasta. Niestety, nie udało mi się znaleźć uzasadnienia poglądu o owej niemoralności, gdyż – jak to bywa w przypadku konserwatystów – nie zawracają sobie oni specjalnie głowy podobnymi drobiazgami.  Niemoralne i koniec. Chyba, że podciągniemy pod nie (uzasadnienie)opinię, że „krój kobiecych spodni jest zawsze niestosowny: zbyt szerokie upodabniają kobietę do mężczyzny, a zbyt obcisłe nader eksponują jej kształty.” Nie było także żadnego sensownego wytłumaczenia, dlaczego spódnice są takie niby przyzwoite.  Autorka nie miała czasu na poparcie swojej tezy jakimkolwiek dowodem, gdyż dla odmiany zaprzeczyła sama sobie, uznając że jednak nie wszystkie spódnice i nie zawsze, zależy.  A później płynnie przeszła do piętnowania sieci odzieżowych, które – jej zdaniem – posiadają w ofercie wyłącznie prowokacyjne miniówki. A jest to celowe działanie, gdyż „zdemoralizowana ubiorem dziewczyna stanie się potem klientką koncernów antykoncepcyjnych czy klinik aborcyjnych”. Śmiech pusty mnie ogarnął, a później ciekawość, gdzie też autorka uzupełnia swoją garderobę. Chyba wyłącznie w sex-shopach. We wszystkich pozostałych sklepach da się spokojnie kupić spódnicę dowolnej długości, często wręcz za długą, bo wszystkie ubrania są szyte na 170 cm wzrostu. Chyba dlatego mam tak mało nagannych i niemoralnych miniówek.

Tak… Zaledwie tydzień temu w Warszawie miał miejsce Marsz Szmat, w czasie którego kobiety usiłowały protestować przeciwko zrzucaniu na kobiety odpowiedzialności za poczynania gwałcicieli. Większość z nich ubrana była w spódnice, często mini, a nawet bardzo bardzo mini. Przeciwko takiemu ubiorowi zaprotestowała cała katolska Polska, z panią Pawłowicz na czele, twierdząc, że kobiety ubrane w krótkie spódniczki same wysyłają zaproszenie gwałcicielom. Skoro jednak spodnie są niemoralne, a spódnice zbyt seksowne, to co wolno kobietom nosić? Burka nasuwa się na myśl sama. I to natrętnie. Szczególnie, że kiecka do kostek i możliwie obszerna to jedyny strój, w którym każda kobieta może wyglądać lepiej niż spodnie – jak chce pani MariaHelena. W każdym innym wypadku – nie, o nie. Znam szczupłe i zgrabne dziewczyny, z imponującą talią i ładnym biustem, ale co z tego, kiedy ich nogi wyglądają jak solidne postumenty, na których można by wznieść dach altanki ogrodowej. I oczywiście wszystkie chodzą w nieśmiertelnych balerinach, które sprawiają, że ich stopy przybierają monstrualne rozmiary i rażą płaskostopiem. (Swoją drogą, ciekawe, czy obcasy też są niemoralne?!) Znam dziewczyny, które nie posiadają nawet centymetra wcięcia w kostce, mają monstrualnie tłuste kolana albo grube jak balony łydki. Umówmy się – żadna z nich nie wygląda dobrze w spódnicy, a przynajmniej nie krótszej niż do kostek.

Dwa nazwiska – podejrzana sprawa

 Jeszcze bardziej groteskowa, o ile to w ogóle możliwe, jest dywagacja na temat tego, jakież to  podejrzane motywy kierowały kobietą, która zdecydowała się na podwójne nazwisko po ślubie. Powołują się jeden z drugim na tradycję, oczywiście odwieczną i bredzą aż ziemia jęczy. Wcale nie tak dawno temu kobieta-szlachcianka, owszem, przyjmowała nazwisko męża, ale nie znaczy to, że wyłącznie tym nazwiskiem ją identyfikowano. Naprawdę myślą, że Zofia Kossak-Szczucka była feministką? Albo Ewa z Szelburgów Zarembina? Gdyby jeden z drugim niedouczek był taki mądry, jak mu się wydaje, wiedziałby, że we wszelkich dokumentach i korespondencji,  a także na nagrobku przez wieki  pisało się, np.  Maria Piłsudska de domo Koplewska, primo voto Juszkiewiczowa, secundo voto Piłsudska albo Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, de domo Kossak, primo voto Bzowska, secundo voto Pawlikowska, tertio voto Jasnorzewska. Czyli Maria Piłsudska, z domu Koplewska, po pierwszym mężu Januszkiewicz, po drugim Piłsudska. A zresztą łączenie nazwisk było bardzo powszechnym zwyczajem, jeśli łączyły się dwa znamienite klejnoty (czyli herby, baranki jedne). Taka Eliza Orzeszkowa na przykład pochodziła z rodziny Korwin-Piotrowskich, ergo kiedyś połączyły się dwa rody szlacheckie (no raczej nie przez związek partnerski dwóch mężczyzn, prawda?!) i cała rodzina, a nie tylko kobieta przyjęła podwójne nazwisko, co podkreślało splendor rodziny. Ewentualnie bogatsza rodzina adoptowała sierotę z rodu szlachetnego, a ubogiego i połączyła węzłem małżeńskim ze swoim potomkiem – bogatszym, ale z niższej szlachty. Ale, oczywiście, najlepiej nie wiedzieć i się wypowiadać. Powszechność przyjmowania nazwisk tylko i wyłącznie męża to zwyczaj stosunkowo nowy, a wprowadzili go bolszewicy, a krzewili komuniści, bo to oni najbardziej zaciekle zwalczali szlachtę. No, chyba że wszyscy wypowiadający się na Frondzie są rodem ze wsi, najlepiej zapadłej i głuchej. Tam, zgadza się, kobiety przyjmowały nie tylko nazwiska, ale i imiona mężów. Ale nawet wówczas ich niewiedza nie jest usprawiedliwiona.

Abstrahując nawet od „odwiecznej tradycji”, nadal nie wiem, co jednemu z drugim przeszkadza, jakie nazwisko ktoś nosi. Ba, nie tylko przeszkadza, ale wręcz budzi ich niepokój, do tego stopnia, że „włącza im się sygnał alarmowy”. Śpieszę z informacją, że większością kobiet przy wyborze – własne nazwisko, męża czy łączone, nie kieruje bynajmniej eee… „wpływ michniczo – judejskiej prasy kobiecej”, ale zwyczajne względy praktyczne i sentyment do nazwiska panieńskiego. Wiśniewska, której narzeczony ma na nazwisko Nowakowski, raczej wybierze nazwisko męża. Rzeczona Wiśniewska zaręczona z Kotem albo Bąkiem będzie już miała większy wybór, gdyż odpadnie ryzyko, że nie wystarczy jej kratek w formularzach. Pani Kutz zaręczona z Trznadlem raczej nie zdecyduje się na nazwisko łączone, gdyż żaden normalny człowiek nie da rady tego wymówić, Jabłczyńska przyjmie nazwisko Gruszczyńskiego, żeby nie wyszedł z tego kompot, a Nowak Kowala, bo razem to głupio brzmi. W pozostałych przypadkach jest już pełna dowolność i jeśli tylko połączone nazwiska nie brzmią wyjątkowo idiotycznie, np. Gwiazdecka-Chrzan albo Sączek-Mały, to naprawdę nie widzę powodu, dla którego kobieta miałaby nie mieć podwójnego nazwiska. Zdecydowanie niektórzy powinni trochę pomyśleć, zanim pójdą i obwieszczą radośnie pani  Korwin-Mikke, że jest feministką ;).

 To pisałam ja, gorliwa czytelniczka prasy judejsko-michnikowskiej, dwojga nazwisk. Ale przynajmniej w spódnicy. Chociaż nie, sądzę, że ołówkowa i z rozporkiem haniebnie i niemoralnie pokazującym kolana, jednak się nie liczy.

Reklamy

One Response to Spodnie a feminizm

  1. Anna pisze:

    Dobre, nic dodać, nic ująć. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: