Jaka powinna być matura z polskiego?

1 Co roku, w maju, tuż po ogłoszeniu tematów maturalnych rozpoczynają się spory, rozważania i debaty na temat tego, co sprawdza nowa matura, co powinna, a czego nie. Czy powinno być więcej literatury współczesnej, dlaczego znowu pozytywizm i romantyzm, czy uczniowie potrafią czytać ze zrozumieniem…  Śledzę to średnio uważnie, gdyż większość wypowiedzi jest idealnie sztampowa i da się bez pudła przewidzieć, co powie prawica, a co lewica, co profesorowie uniwersytetów, a co uczniowie. Okazuje się za to, że prawdziwym zaskoczeniem mogą okazać się wypowiedzi nauczycieli-polonistów.

Mną wstrząsnął wywiad z  polonistą z Łodzi, który powiedział m.in.: „ Tematy na maturze nie powinny być wzięte z kosmosu. Moglibyśmy pokazywać aktualne problemy, jak bezrobocie, kariera, posiadanie, zamożność, rodzina, a nie wiejskie rytuały z „Chłopów”. Być może okazałoby się, że uczniowie potrafią o tym pisać”.  Wypowiedź ta mnie co najmniej zszokowała. Przeczytałam ją drugi raz, w nadziei, że znajdę coś, co pozwoli mi zmienić zdanie na temat pana polonisty. Potem trzeci… Niestety – sens wypowiedzi jest wciąż ten sam – ponieważ uczniowie nie lubią czytać i nie potrafią pisać, damy im jakiś temat, który pozwoli im na otrzymanie lepszych ocen. Doprawdy przerażające. Dlaczego? Ponieważ obniżanie standardów nigdy nie jest dobrym pomysłem.

Z półgłówków róbmy jeszcze głupszych?

Dawno, dawno temu studiowałam polonistykę i w przypływie pesymizmu życiowego, który kazał mi przypuszczać, że może będę musiała kiedyś uczyć w szkole, zdecydowałam się na zrobienie specjalizacji nauczycielskiej. Miałam więc obowiązkowe praktyki w szkole – od podstawówki po liceum, prowadziłam także zajęcia ze studentami. I o ile jeszcze lekcje w podstawówce wyglądały sensownie, to im dalej w las, tym większe pobłażanie. Jeżeli uczniowie klasy II LO o profilu humanistycznym, pytają się mnie, dlaczego im nie podyktowałam notatki, bo ich nauczycielka zawsze to robi, to można tylko tłuc łbem o ścianę. Jeżeli uczniowie III klasy nie wiedzą kim był Wulkan, a przeczytanie „Zbrodni i kary” to wysiłek ponad ich siły, to czego można się spodziewać po ich wynikach z matury. Ale czy to znaczy, że mamy dalej obniżać wymagania, bo „oni na pewno tego nie dadzą rady przeczytać”,  „to jest dla nich za trudne”? Moim zdaniem wprost przeciwnie. Kiedy ja byłam w podstawówce, jeszcze tej normalnej 8-letniej, a potem w liceum,  nikomu nie przyszło na myśl, aby skracać lektury. A teraz? To we fragmencie, tamto we fragmencie, tu pierwszy tom, tam kawałek… Jak można wymagać od kogokolwiek sensownej znajomości literatury, pozwalającej na napisanie sensownej wypowiedzi, jeśli poznaje tę literaturę fragmentarycznie i wyrywkowo.

Zawodowo mam sporo do czynienia z szeroko rozumianymi tekstami. Tekstami marketingowymi, informacjami prasowymi, tłumaczeniami… Najczęściej są to teksty osób, które musiały zdawać nową maturę, ale jest też kilku szczęśliwców, którzy nie stali się ofiarami chorych reform w edukacji. I widzę, naprawdę widzę różnicę poziomu wypowiedzi i umiejętności posługiwania się językiem polskim. Ci, których ominęło gimnazjum, o wiele lepiej znają chociażby związki frazeologiczne i stałe połączenia wyrazowe, interpunkcję i mają większą „lekkość słowa”. Nie tworzą konstrukcji zdaniowych wołających o pomstę do nieba, w których nie wiadomo, o co chodzi i kto do kogo mówi. A już na pewno nie zdarza im się popełnianie błędów w tłumaczeniu, które ja pomimo nieznajomości danego wyrażenia albo idiomu, wyłapuję po prostu z kontekstu. Nie twierdzę, że jest to jedynie kwestia starej lub nowej matury. Nie wszyscy skończyli ten sam uniwersytet, nie wszyscy są równie oczytani, niektórzy ponad lekturę przedkładają gry komputerowe, ale daje się zauważyć wyraźny podział na roczniki, które pisały starą i nową maturę.

Jak powinna wyglądać nowa matura?

My, Polacy, niechętnie przyznajemy się do błędu, szczególnie jeśli za tym błędem poszły spore nakłady finansowe. Byłoby zatem szaleństwem myśleć, że rząd wycofa się z reform, zwłaszcza że nadmierna inteligencja obywateli nie jest na rękę naszej – powiedzmy sobie szczerze – żałosnej klasie politycznej. Nie wierzę zatem, że uda się wrócić do 8-klasowej podstawówki. Chciałabym za to, aby ktoś w końcu poszedł po rozum do głowy i naprawdę pomyślał nad poprawieniem matury. Moim zdaniem powinna przypominać formą egzamin, jaki zdaje się, aby zdobyć certyfikat językowy, ponieważ sprawdza on różne kompetencje językowe, a jest dość obiektywny.  Taki egzamin obejmowałby czytanie tekstu ze zrozumieniem (najchętniej czegoś z literatury faktu, np. Kapuścińskiego); znajomość związków frazeologicznych i powiedzeń oraz archetypów, oczywiście z podaniem źródła oraz nawiązań w literaturze i sztuce współczesnej; rozpoznawanie środków poetyckich na przykładzie poezji polskiej. Nie zaszkodziłoby sprawdzenie umiejętności napisania krótkiej wypowiedzi na dany temat w określonym stylu – np. urzędowym albo wypowiedzi stylizowanej na gwarę. A na osłodę – klasyczna wypowiedź na wybrany temat, najchętniej analizę wiersza. Może nawet być to, jak chce pan polonista z Łodzi, literatura współczesna, coś z Brulionu, Świetlików, ale naprawdę Szymborska albo Herbert jeszcze nikomu nie zaszkodzili. A jeśli to im nie odpowiada, może być literatura Nowej Fali – opór władzy, wyśmiewania konformizmu i ogólnie  – wybór między tym, co słuszne, a tym, co łatwe. Wierzę, że taka matura skutecznie zweryfikowałaby kto posiada szeroką wiedzę humanistyczną, kto potrafi napisać tekst użytkowy i wie, kim była Minerwa, a komu podszedł temat, bo zna 3 lektury – Antygonę, Ludzi Bezdomnych i Kordiana. A że maturę zdałoby wtedy 30% uczniów? Trudno! Znajomość języka ojczystego i ogólnie pojętej kultury jest zbyt ważna, aby można było zaniechać jej egzekwowania z powodu głupiego papierka.

Reklamy

8 Responses to Jaka powinna być matura z polskiego?

  1. Martinez pisze:

    Podpisuję się pod tekstem obiema rękami i jeszcze co najmniej jedną nogą! „Produkcja półgłówków” w polskich szkołach idzie pełną parą. Sęk w tym, że chyba nie da się podnieść poziomu samej matury, bez zmian w programie i podejściu do ucznia. Jestem za, aby każdy kto otrzyma ŚWIADECTWO dojrzałości umiał sprawnie posługiwać się językiem polskim i rozumiał co czyta i co się do niego mówi, niestety w chwili obecnej nie sądzę, aby nawet 30% abiturientów zdało taką sensowną maturę. A wtedy upada, jak domek z kart mit o tym, jak to Polacy wykształceni, bo te MOŻE 30% nie wystarczy by zapełnić sobą wszystkie „ośrodki edukacyjne” oferujące papierek z napisem „licencjat”, tudzież „magister” (zwykle od konserwacji powierzchni płaskich, bo do tego się nadają). System się zachwieje, a obecny obrazek wygląda tak pięknie, że aż dech zapiera! Co najwyżej może ktoś sobie włączy program „Matura to bzdura” i złapie się za głowę, bo choć zapewne jest to efekt montażu, to pokazuje pewną prawidłowość. Obecnie w szkole nie nauczą człowieka praktycznie niczego. Pozdrawiam!

  2. Kinga pisze:

    Z jednej strony zgadzam się z autorką, a z drugiej nie. Program języka polskiego jest przeładowany. Pewne treści uległy już dawno przedawnieniu. Jeśli nauczycielka omawia z uczniami komedię, i musi im zwracać uwagę, że to czy tamto miało być śmieszne, to nie dlatego, że oni tego nie rozumieją, ale dlatego, że to jest przedawnione. Uczą się nie o komedii, ale o tym jak zostać wróżką i przewidzieć klucz odpowiedzi. Nie uczą się analizować, uczą się konkretnych informacji na pamięć. Nie na zrozumienie. Bo nie wolno dziś pisać subiektywnie, trzeba być obiektywnym obserwatorem, badaczem, a własne wnioski mieć idealne z wnioskami CKE. Uczniów traktuje się jak dzieci, więc uczniowie zachowują się jak dzieci. Kto kiedyś nazwał 20- latkę małą dziewczynką? Kwestia lektur i czytania całych tekstów, nie wybiórczych fragmentów też nie jest taka jednoznaczna. Niedawno kończyłam liceum, pamiętam to więc jeszcze dobrze. Byłam jedną z tych osób, które same notowały, odrabiały prace domowe, uczyły się, czytały lektury. Co mogę powiedzieć… Szkoła odebrała mi przyjemność z czytania. Kocham książki, bardzo lubię czytać. Ale szkoła to praca 24/ dobę, jeśli chce się mieć dobre oceny, a nie prześlizgiwać z klasy do klasy. Książki, które mnie interesowały mogłam czytać tylko w wakacje, bo w roku szkolnym nie było czasu. Miałam 4 godziny polskiego w tygodniu i na każdą trzeba było przeczytać wiersz, biografię, esej czy coś innego, zaznajomić się z fragmentem czegoś. „Potop” omawialiśmy dwie lekcje(!), a do przeczytania mieliśmy może tydzień, jakoś bardzo mało. Kto się nauczy czegokolwiek o „Potopie” w 90 minut? Kto zrozumie przesłanie tekstu, z którego obowiązuje go tylko fragment? To jest dyktowanie, nauka na pamięć. W języku polskim na maturze jest mniejsze pole manewru niż na matematyce! Albo uczeń trafi w klucz, albo chybi. Dziś nikt nie odpytuje na lekcjach, bo nie ma na to czasu. Dziś się nie robi doświadczeń na chemii ani fizyce, dziś biegnie się z programem teorii i nic nie powtarza. Przynajmniej u mnie tak było. Liceum trwa za krótko jak na taki program edukacji. Każdy uczeń robi wszystko „tylko żeby”- na tępego, bez zrozumienia. Upchnęli program 4letni w trzy lata, pozamieniali podstawę: tego nie będzie, dodamy tamto i jakoś pójdzie. W gimnazjach powtarza się podstawówkę. Osobiście stworzyłabym 5 letnie liceum z porządnym programem ujednoliconym na wysokim poziomie (bez podstawy i rozszerzeń, żeby dać szansę każdemu na napisanie takiej samej matury. W tej chwili ludzie po gimnazjum muszą wiedzieć na jakie wybiorą się studia) i 7 letnią podstawówkę od 6 roku życia.

  3. Kinga pisze:

    I nie tyle ograniczałabym zdawalność matury, co starałabym się zmniejszyć ilość LO. Za mało jest techników i opluwanych zawodówek, za słabe mają one programy, za mało ciekawe i nowoczesne kierunki.

  4. Joanna pisze:

    Miałam to szczęście, że ukończyłam 4-letnie liceum, ale czy program był aż tak bardzo przeładowany? Nigdy nie uczyłam się po nocach, a miałam bardzo dobre oceny, czytałam wiele książek i nie tylko lektury. Fakt – czytam wyjątkowo szybko, choć nie byłam na żadnym kursie, więc może dlatego nie potrafię się postawić w sytuacji osoby, której przeczytanie 200-stronicowej książki zajmuje tydzień. Dla mnie to jeden wieczór, 2-3 godzinki…

    Zresztą, nie przesadzajmy – ile zajmuje przeczytanie wiersza, jeśli nie jest to Reduta Ordona? Choćbyś się wczytywała w każde słowo, to nie ma prawa zająć więcej niż kwadrans.

    I nie mogę się do końca zgodzić z tym, że ksiażki są przestarzałe, może pisane trudniejszym językiem, gdyż zawiera archaizmy, ale człowiek inteligentny wywnioskuje z kontekstu.

    • ana pisze:

      Nie każdy posiadł umiejętność czytania „Potopu” w jeden wieczór, a aktualny system nauczania kompletnie nie przykłada wagi do podstawowych umiejętności (choćby takich jak czytanie i pisanie – widziałam to doskonale po programie nauczania mojego najmłodszego rodzeństwa, które system, niestety, objął od pierwszych klas podstawówki). Czytanie wierszy na czytaniu też się nie kończy – trzeba przecież jeszcze umieć odczytać ich sens, przesłanie. Tu ważny jest dobry nauczyciel, a gdy Twój zamiast Cię poprowadzić, krzyczy nad głową, że nie o to chodzi w wierszu, że nie tak ma w kluczu – wątpię, byś kiedykolwiek czerpała przyjemność z lektury innych wierszy.
      Niestety, też zdawałam nową maturę, Miałam jednak szczęście w nieszczęściu, że byłam drugim rocznikiem w gimnazjum, jeszcze ta matura nie była taka udziwniona. Ale, niestety, wiem, jak się pisze wypracowanie, w którym nie możesz napisać, jakie wnioski po lekturze Ci się nasuwają. Nawet gdyby były najwłaściwsze, musisz myśleć tylko o tym, co mogłoby się znaleźć w kluczu. Zmieścić się w limicie znaków. Nie możesz napisać za mało, nie możesz napisać za dużo, nie możesz napisać inaczej, niż ktoś to sobie wymyślił. Dlatego uważam, że nowa matura zabiera coś cennego: subiektywne myślenie. Dlatego najlepiej podyktować notatkę i ją wkuć – tak masz większe szanse trafić w klucz. W przeciwieństwie do starej matury, która pozwalała SWOBODNIE myśleć. Byle na temat, ale swobodnie.
      Ja miałam to nieszczęście, że kończyłam 3-letnie liceum. Program był rzeczywiście przeładowany. Bo to, co Ty zrobiłaś w 4 lata, my musieliśmy opanować w trzy. Nic dziwnego, że wiele młodych osób nie znajduje teraz czasu na czytanie innych pozycji niż lektury (choć gdyby ograniczyły internet, pewnie czas by się znalazł).
      Natomiast co do przestarzałych tekstów – może to i lekka przesada, ale współczesna młodzież wielu rzeczy nie rozumie nie dlatego, że nie chce, ale dlatego, że nauczyciele nie potrafią im przekazać wiedzy. Albo nie maja na to czasu, bo muszą wyrobić się z programem. Aktualny stan rzeczy to naprawdę nie tylko wina lenistwa i systemu, ale i stanu wiedzy nauczycieli. Swego czasu to był modny kierunek i szli tam nie tylko ci, którzy mieli predyspozycje do zawodu. Tak, jak teraz jest z prawem czy psychologią.

      • Joanna pisze:

        Obawiam się, że masz przekonanie, które ostatnimi czasy pokutuje w szkolnictwie, że generalnie trzeba nieuka jednego z drugim przepuścić do kolejnej klasy, niech inni się z nim męczą. Jeśli ktoś nie posiadł podstawowych umiejętności czytania i pisania, to powinien nie wyjść z pierwszych klas podstawówki, a nie usprawiedliwiać tym fakt, że nie przeczytał „Potopu”. Naprawdę nie każdy musi mieć średnie wykształcenie ogólnokształcące.

        Ja miałam naprawdę fatalne nauczycielki polskiego – jedna się przekwalifikowywała, gdyż wcześniej była nauczycielką rosyjskiego, więc połowę czasu jej nie było, a gdy już była przerabiała z nami niemal wyłącznie literaturę II wojny światowej. Rozbioru gramatycznego i logicznego zdania uczyłam się sama. W liceum miałam nauczycielkę, która wierzyła tylko w to, co miała w kajeciku sprzed 20 lat i kropka. Każda inna interpretacja była zła. I czy ja się usprawiedliwiam, że nikt mnie nie nauczył, czym jest przydawka, a czym podmiot szeregowy? Zakasałam rękawy i się nauczyłam.

        Fakt posiadania 4 lat zamiast 3 na pewno był okolicznością sprzyjającą, ale per saldo, mieliśmy dokładnie tyle samo lat nauki, co SP + gimnazjum +LO, a rok mniej niż liceum profilowane, więc naprawdę nie demonizowałabym aż tak bardzo „przeładowanego programu”. Zresztą, miałam praktyki w szkole, w tym liceum i doprawdy – tylko ktoś, kto nie szedł starym programem, może mówić o przeładowaniu. Litości! 75% lektur w nowym programie jest we fragmentach. Z „Potopu” czyta się tylko pierwszy tom, z „Chłopów” tylko „Jesień” itd. Okrojona jest mitologia, zdaje się, że nawet „Pana Tadeusza” nie czyta się w całości. To naprawdę nie jest przeładowany program.

      • ana pisze:

        Zdecydowanie daleka jestem od przekonania, że trzeba kogokolwiek przepuszczać z klasy do klasy. To jest raczej przekonanie leniwych nauczycieli i kłótliwych rodziców, których dziecko jedynką skrzywdził nauczyciel. Natomiast kwestia nieprzeczytania „Potopu” to po części tylko efekt takiego przepuszczania nieuków. Bo z drugiej strony owe nieuki to efekt braku czasu nauczyciela i, co gorsze, rodzica dla ucznia, chęci pracy z nim. Trzeci punkt to lenistwo samego ucznia, zwłaszcza takiego, za którym zawsze wstawią się rodzice, „bo mu się krzywda dzieje, pani za dużo zadaje”. Nie muszę chyba mówić, ilu teraz jest takich rodziców.

        Kolejna sprawa – maturę zdaje się nie tylko w szkołach ogólnokształcących. TAKA SAMA matura jest w zawodówkach i technikach, gdzie materiał jest okrojony na rzecz nauki zawodu. Więc nie generalizujmy, że zawsze i wszędzie jest czas, bo czasem to nie brak czasu, a możliwości. Uczeń sam sięgnie tylko po to, co go interesuję – naprawdę uważasz, że każdego interesuje proza antycznym językiem pisana? Nawet mnie, humanistkę, bardziej interesował Sienkiewicz, gdy nie był w moim wykazie lektur. Niemniej faktycznie: nie każdy musi mieć maturę. Ale to nie znaczy, że winą za niezdaną maturę należy obarczać tylko maturzystę i to, że nie zakasał rękawów.

        To, że mieliśmy tyle samo lat nauki nie znaczy, że mieliśmy tyle samo czasu na ten sam materiał. Poważnej nauki my mieliśmy zawsze po 3 lata, a wy 5 i 4, a to jest jednak różnica przy rozkładaniu materiału. Bo zauważ, że w każdej szkole przerabiasz to samo, tylko na coraz bardziej zaawansowanym poziomie. Musisz jednak zawsze wyjść od podstawy: epoki, autora, lektury – nawet jeśli przerabiasz fragment. To zabiera czas, więc rozłożenie epok od starożytności do współczesności na 3 lata, to mimo wszystko nie to, co na 4.

        Za moich czasów i u moich nauczycieli nie było też mowy o fragmentach lektur, choć chyba faktycznie dwie lektury były okrojone – „Potop” i „Chłopi” właśnie. Ale nic poza tym. Patrząc jednak na materiał obecnych maturzystów – być może oni robią tylko fragmenty. Ale i – z tego, co wiem – mają mniej godzin polskiego niż my mieliśmy. Porównywanie więc nie ma tu sensu. Mówienie o przeładowanym programie może też jest tu nie na miejscu, ale tak samo ocenianie aktualnych maturzystów z perspektywy „starych”, a nawet pierwszych „nowych” . Zwłaszcza że idziemy w kierunku specjalizacji i choć język polski dobrze znać powinien każdy Polak, większość uczniów teraz skupia się tylko na wybranych przedmiotach, specjalizuję się od najmłodszych lat, ale przede wszystkim stawia na języki obce, a nie – niestety – na ojczysty.

  5. Martinez pisze:

    Problem można streścić w jednym słowie: edukacja. Niestety nie jest tym, czym być powinna, od podstawówki, aż po większość szkół wyższych programy są kompletnie do zmiany, ale jak się wezmą za to politycy, to lepiej już się przenieść na Marsa… Wspomniany wyżej klucz odpowiedzi to nic innego, jak oduczanie młodych ludzi myślenia i przyzwyczajenie, że ktoś już za nich pomyślał i ich zadanie polega teraz tylko na zapamiętaniu tego, mocno to „pachnie” Orwellem i Huxleyem. 100 lat temu ktoś, kto skończył szkołę wyższą to był KTOŚ, nie dość że zaznajomiony wybitnie ze swoją dziedziną, to także (zwykle) osoba wiedząca wiele o świecie i jego mechanizmach. Teraz to albo korpo-robot, zainteresowany tylko kasą i gadżetami, albo absolwent hotelarstwa czy innej architektury krajobrazu, który zdania poprawnie sklecić nie potrafi. No i mamy niezłych inżynierów. Jak ktoś chce mieć świadome, inteligentne dziecko musi i nie ma innego wyboru zająć się jego edukacją sam, lub też postawić na szkoły i instytucje prywatne. „Potop” czy ogólnie trylogia Sienkiewicza to nie tylko literatura „ku pokrzepieniu serc” jak widzą to niektórzy. Książka uczy rozróżniać dobro i zło, uczy patriotyzmu, uczy co to jest cześć i honor, a dowiedzieć się tego z „Tańca z gwiazdami” nie sposób, niestety po przeczytaniu po łebkach i omówieniu na 2 lekcjach raczej nic z tego nie zostanie w głowie i jako woda po gęsi spłynie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: