Z pamiętnika początkującego biegacza: +100 do endorfin

1093834_fast_laneCo się odwlecze, to nie uciecze. Możliwe, ale im dłużej się odwleka, tym trudniej się zmobilizować. Tym niemniej minęła zima, święta, długi weekend i nareszcie – udało się, zaczęłam znowu biegać. Ból każdego możliwego mięśnia, kolka, pot i…  ta satysfakcja płynąca z przełamywania własnych słabości.

Zima w tym roku dała w kość nie tylko kierowcom, ale także, a może przede wszystkim, biegaczom i rowerzystom. Już od początku marca wyglądałam z utęsknieniem początków wiosny, zdając sobie doskonale sprawę z tego, że jeśli na pierwszym treningu zmarznę i zmoknę, to nie będzie takiej siły, która byłaby w stanie mnie zmusić do ponownego wyjścia z domu. Niejaki wpływ na moją decyzję mogła mieć też zgoła niepotrzebna lektura różnych mądrych poradników i artykułów na temat biegania, a zwłaszcza odzieży, w którą powinno się wyposażyć, jeśli ma się zamiar biegać zimą. Gdy przebrnęłam już przez specjalny biustonosz, bieliznę termoaktywną, spodnie narciarskie itp. uznałam, że chyba mnie jednak nie stać na bieganie. Przewidująco zaczęłam się jedynie przestawiać na nieco niższe obcasy, gdyż wiedziałam jak moje stopy reagują na płaskie buty. Pięta jest nie tu gdzie trzeba, łydki bolą, czuć każdy kamyczek… Oj, nie lubimy się – płaskie buty i ja! Szczęśliwie co jakiś czas dokupuję sobie nowy model Nike Air, które mają na tyle grubą podeszwę, że daje się w nich chodzić.

Ćwierćżywa, ale szczęśliwa?

Pierwsze swoje wyjście zaczęłam z przytupem. Przy dźwiękach energetycznych piosenek Michaela Jacksona ruszyłam wydłużonym krokiem,2013-05-10 12.06.22 jakbym miała zamiar biec do autobusu, a nie truchtać do oddalonego o ładny kawałek parku i na dodatek jeszcze wrócić. Płuc nie wypluwałam, umiejętność regulowania oddechu i własnego tempa zawsze była moją mocną stroną i lubiłam biegać czasówki, ale nogi… Już po dotarciu do parku, czyli po 20 minutach poczułam wszystkie możliwe mięśnie, zwłaszcza ud. Oczywiście wiedziałam, że osobom, które ostatnie 4 lata spędziły w fotelu, zaleca się zaczynanie od jakichś śmiesznych minimalnych ilości ruchu, typu 1 minuta biegu, 5 minut marszu, ale jak to? Ja nie dam rady? A poza tym nie lubię maszerować, wolę już biec, świńskim truchtem, ale zawsze. Plan treningowy wykonałam w mniej więcej 90%, a biorąc pod uwagę, że zakładał 60 minut biegu – chyba nie jest tak źle. O ile, oczywiście, truchtanie można nazwać biegiem. Ćwierćżywa dotarłam do domu…. Wierzcie mi, nie miałam ani grama siły na radość, może co najwyżej z tego, że mogę wejść do wanny.

+ 100 do endorfin

Następnego dnia w pracy raczej człapałam niż chodziłam, rozsądnie – i tym razem już zgodnie z zaleceniami – zrobiłam sobie dzień wolnego, a następnego dnia wybrałam godzinkę na rowerze, aby rozruszać mięśnie. Nadszedł kolejny dzień i wręcz ssało mnie do biegania. Aha, mnie może tak, ale mój organizm zaczął protestować, zanim jeszcze się porządnie oddaliłam od domu. Bolały mnie wszystkie mięśnie piszczelowe, przypiszczelowe czy jakoś tak. Ten trening był zdecydowanie mniej udany, biegłam, chwilę szłam, znowu biegłam. Pocieszało mnie to, że mijałam kolejnych ludzi, co znaczyło, że nie wlokę się aż tak bardzo. Dołował mnie widok w mijanych oknach wystawowych – sylwetka nie tak wyprostowana, jak bym chciała, przygarbiona głowa… Zaliczyłam kilka rundek po parku twardo obiecując sobie, że następnym razem przyjadę autobusem, bo kto to widział, żeby całą energię zużyć na obiegnięcie do parku, a potem nie mieć już siły… Wracając, już naprawdę na ostatnich nogach, obiecałam sobie, że aby się nie zamęczyć jedną piosenkę będę biegła, kolejną szła i tak na zmianę. Gdy niemal zaczęłam się modlić, abym miała siłę chociaż na tyle, zdarzyło się coś, co natychmiast podniosło mi poziom endorfin o +100.  Spotkałam zmierzającego w stronę parku, z którego ja właśnie wybiegałam, biegacza. Mężczyzna sadzący długie susy i biegnący z niesamowitą lekkością uśmiechnął się do mnie i uniósł rękę w geście pozdrowienia, jak gdyby zachęcając mnie do dalszego wysiłku i mówiąc „dasz radę”. Niby niewiele, ale naprawdę poczułam otuchę i przypływ energii. Osobiście wątpię, abym wzbudziła  szalone zainteresowanie jako kobieta – czerwona z wysiłku, w kucyku, z którego dawno uciekły włosy, ledwie powłócząca nogami… zatem gest nie był skierowany do kobiety, ale do koleżanki-biegaczki.

Pełna wiary i nowych sił przebiegłam jedną piosenkę, kolejną i za jakiś kilometr spotkałam kolejnego biegacza, który z równą sympatią mnie pozdrowił. I znowu poczułam, że mogę biec i biec, że przecież dam radę… I chyba dałam. Może nie byłam do końca z siebie zadowolona, ale wiedząc, że z przyjemnością zrezygnuję z wieczornego piwa, żeby znowu pójść pobiegać. Może tym razem przebiegnę w swoją godzinę nie 6-7km, ale trochę więcej. Albo chociaż będę mniej zmęczona.

Reklamy

One Response to Z pamiętnika początkującego biegacza: +100 do endorfin

  1. […] się jesień, a mokra koszulka przyklejona do pleców to zdecydowanie nie jest nic fajnego.  Czas było wrócić do informacji o termoaktywnej bieliźnie, kominach, oddychających kurtkach i ty….  Wybrałam się do Decathlonu, jak mi się zdawało nieźle przygotowana teoretycznie, ale to, co […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: