Społeczność i tradycja mówią, że to dobre…

PrzechwytywanieMówi się, że podróże kształcą, uczą tolerancji, otwierają oczy na wiele zjawisk kulturowych, które wcześniej uważało się za niezrozumiałe. Czy tak jest w istocie? Nie jestem do końca przekonana, ale mój kolejny wyjazd, tym razem do Londynu, sprawił, że na nowo zaczęłam przewartościowywać swój stosunek do religii, a dokładniej tradycji religijnej, różnic kulturowych, tożsamości narodowej, asymilacji.

Pamiętam do dziś, jak ogromne wrażenie zrobił na mnie „Meir Ezofowicz” Orzeszkowej. Nie mogłam uwierzyć, że drugie, trzecie i kolejne pokolenia Żydów potrafią żyć zupełnie obok spraw kraju, w którym mieszkają, zarabiają pieniądze, robią zakupy… Od czasu powstania tej powieści minęło około 150 lat, a w literaturze współczesnej można znaleźć przykłady na to, że sytuacja w ogóle się nie zmieniła. Czytając oparte na faktach relacje muzułmańskich kobiet – emigrantek mieszkających we Francji czy w Anglii, nie mogłam uwierzyć, że takie rzeczy nadal się dzieją. W końcu żyjemy w dobie szerokopasmowego Internetu, w globalnej wiosce, a jednak… Ludzie żyją całymi latami za granicą, a w ich życiu kompletnie nic się nie zmienia. Co najwyżej dywanik modlitweny rozwijają nie na suku w Algierii, ale na stacji Shella.

Przez wiele lat myślałam, że może to kwestia bariery językowej. To trochę naciągane, ale jeśli ktoś nie widzi potrzeby uczenia się języka… Traf chciał, że w czasie tygodniowego pobytu w Londynu zamieszkałam w małej, cichej dzielnicy, której życie kręci się wokół „shoping center”  – 200-metrowego ciągu sklepików, barów i punktów usługowych. Miałam więc okazję trochę lepiej niż zwykle poznać „tubylców”. Piłam piwo z Anglikami, świętując wraz z nimi zdobycie mistrzostwa kraju przez Manchester United, robiłam zakupy w tych samych sklepach co muzułmanki prawdopodobnie z Sudanu i okolic, czekałam z nimi w kolejce do kasy, jeździłam metrem z Arabami… Co mnie uderzyło? Nie to, że w irlandzkich pubach, przy Guinnessie, siedzą sobie dziadeczki, które ledwo tam przykuśtykały o lasce, a w których my zaniżaliśmy średnią wieku. Nie, najbardziej zdziwiło mnie to, że w dobie nieustannego zagrożenia terroryzmem, kilka dni po zamachu w Bostonie, wszyscy przejawiali rażącą obojętność w stosunku do problemu braku asymilacji muzułmanów z lokalnym społeczeństwem.

Całkowitym przypadkiem w czasie swojego pobytu natrafiłam na artykuł w lokalnej gazecie, według którego rząd brytyjski (chyba) wystąpił z propozycją, aby osoby przyjeżdżające z określonych, „potencjalnie niebezpiecznych” krajów płaciły rodzaj kaucji, która byłaby im zwracana przy wyjeździe. Miałby to być sposób na zminimalizowanie ryzyka terroryzmu albo coś w tym stylu. Nie doczytałam całego uzasadnienia, gdyż poraziła w mnie jego głupota i brak wizji dalekosiężnych skutków takiego połowicznego rozwiązania. A jasnym jest dla mnie, że dopóki nie rozwiąże się problemu pobłażania muzułmanom, to nie ma co mówić o jakiejkolwiek poprawie bezpieczeństwa na świecie. Mam tu na myśli przede wszystkim całkowitą swobodę interpretacji Koranu i prawa, przejawiającego się m.in. w prawie zezwalającym na śluby z dziećmi, kamieniowanie, dowolne karanie kobiet za rzekomą „nieskromność” i wszystko to, co przejawia się m.in. w konieczności hidżabu, nikabu.

Pakując się na pobyt w Tunezji, zdawałam sobie sprawę z tego, że będą miejsca, do których nie wpuszczą mnie, jeśli nie będę miała zakrytych ramion i kolan. Nie czułam się tym oburzona, podobnie jest przecież w Watykanie albo na placu cudów w Pizie. Nie spodziewałam się jednak tego, że mój ubiór może być problemem w Londynie – mieście, które zamieszkuje jakieś 20 milionów osób. Wiem, że żaden mężczyzna tego nie zrozumie, mojemu mężowi także chyba się to nie udało, ale naprawdę – gdy tylko zakładałam spódnicę (czyli prawie codziennie, zabrałam je, gdyż zajmują mniej miejsca niż spodnie), czułam na sobie nieustanne spojrzenia Arabów. Żadna z nich nie była jakoś nieprzyzwoicie krótka, jedna sięgała wręcz za kolano, panująca aura zmuszała do noszenia kryjących, matowych rajstop, a mimo to czułam się tak ostrzeliwana spojrzeniami, jakbym nosiła kiecki podobnej długości co Doda. Szybko przestałam się tym przejmować, ale… Pewien dyskomfort psychiczny pozostał.

Pomyślałam sobie wówczas, że to naprawdę jest ewidentny przykład głębokich różnic kulturowych. Tak głębokich, że absolutnie nie jestem w stanie zrozumieć dziewczyn, które wychodzą za mąż za muzułmanów, bez względu na to jak bardzo byliby oni zeuropeizowani. Wierzę i zgadzam się z tym, że można nie chcieć zapomnieć o swoich korzeniach, tradycjach, zwyczajach, ale… Nie mogę pojąć tego, że można zupełnie nie identyfikować się z krajem, który daje ci pracę i byt, nawet jeśli nie wszystko ci się w nim podoba. Co sprawia, że to właśnie muzułmanie są tak ortodoksyjni? W końcu przeciętny Niemiec, Francuz albo Norweg widząc na ulicy przeciętnie urodziwą niewiastę ubraną bez ekstrawagancji, nie poczułby raczej gwałtownej potrzeby ukarania jej za „niemoralne zachowanie się”. Najchętniej gwałtem, ale ukamienowanie też się nada. I żaden sędzia nie wydałby wyroku i kary chłosty za założenie spódnicy do kolan, która rzekomo jest „nieprzyzwoita” albo za to, że staruszka przyjęła pomoc w noszeniu zakupów. Naprawdę zastanawia mnie, co w ich genach lub wychowaniu sprawia, że mają tę nieustanną potrzebę kontrolowania każdego aspektu życia swoich kobiet, ciągłego ich upokarzania, karania, poniżania. Trudno mi uwierzyć w to, że wszyscy bez wyjątku są głupi i prymitywni, niczym polscy dewoci ze wsi. Z tych, co to piją, biją i płodzą „ad maiorem Dei gloriam”, i dla których prezerwatywa jest kamieniem milowym obrazy.

Muzułmanki w wywiadach twierdzą, że nie są nieszczęśliwe, niektóre twierdzą nawet, że nikab to ich własny wybór. Ale przyczyny tego wyboru są zwykle dwie – nakazy tradycji i chęć ukrycia się w tłumie, bycia niewidzialną. Tylko co to za wybór, jeśli alternatywą jest gwałt, chłosta, więzienie… Niekiedy śmierć, oczywiście „honorowa”. Większość z nich jednak w ogóle nie widzi innego wyjścia, mówią, że to nie wybór, to decyzja społeczeństwa.

Jak długo zachodnie społeczeństwa w imię źle pojętej tolerancji, będą tolerować wszystkie debilizmy popełniane „w imię nakazów religijnych”, takie jak burki i nikaby, że o obrzezaniu nie wspomnę, tak długo na świecie będą „zabójstwa honorowe”, obrzezanie kobiet i… niestety, ale terroryzm. Pozwalając muzułmanom na dyktowanie sobie prawa, Europa i świat pokazują, że są słabe i nie potrafią egzekwować swoich własnych zasad. Religia nie może stać ponad prawem. Tymczasem zaś jest tak, że my, Europejczycy, wsiadając na pokład samolotu jesteśmy dokładnie sprawdzani, każe się nam zdejmować paski, szaliki, kolczyki, a nawet buty. Kobieta w burce jest nietykalna… Tak… Materiały wybuchowe zapewne rosną na drzewach, a muzułmanie wcale nie wystawiają wciąż i wciąż dużego palca za granicę prawa, testując na ile mogą sobie jeszcze pozwolić, nim wreszcie nauczymy się, że religia nie może być pretekstem, aby przeforsować każdą bzdurę.

Ale to akurat problem, który dotyczy nie tylko islamu…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: