Trylogia „Dzieje Elenium” Davida Eddingsa

2350_diamentowy-tron-400David Eddings i jego twórczość były mi do te pory zupełnie nieznane.  Kropla drąży skałę nie siłą, ale częstym spadaniem (Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo) jak głosi łacińska sentencja bodajże Owidiusza. Nieustanne zachwyty kolegi zrobiły swoje i zdecydowałam się spróbować – na pierwszy ogień poszła trylogia fantasy „Dzieje Elenium”, na którą składają się „Diamentowy tron”, „Rubinowy rycerz”  i „Szafirowa róża”. Przeczytałam i… mam na wyraz mieszane odczucia.

Do przeczytania książek zachęcił mnie przede wszystkim fakt, że powieści Eddingsa mieszczą się w literaturze fantasy w jej klasycznym wydaniu, który pokochałam dzięki genialnemu Sapkowskiemu. Srodze zawiedzie się ten, który szukałby w jego powieściach elfów, krasnoludów i czarodziejów – Eddings tworzy własny, kompletny świat. Ale po kolei.

Minimalistyczna do bólu fabuła…

Należy otwarcie, uczciwie i na samym początku powiedzieć, że tworzenie wciągającej fabuły, z licznymi punktami kulminacyjnymi i zwrotami akcji nie jest mocną stroną autora. Owszem, zawiązanie akcji jest na tyle ciekawe, aby zachęcić do przebrnięcia przez więcej niż kilkanaście stron, ale to już wszystko. Akcja zaczyna się w momencie, w którym Dzielny rycerz zakonu Pandionu wraca z wygnania i przekonuje się, że podczas jego nieobecności wszystko się zmieniło, i to na gorsze. Nieudolny, ale całkiem poczciwy król umarł, a tron objęła jego córka – królowa Ehlana, której służył od czasów, gdy była małą dziewczynką. Niestety, Ehlana zachorowała i została zamknięta w ogromnym diamencie, który utrzyma ją przy życiu tylko przez rok. Dzięki wiernym przyjaciołom Sparhawk odkrywa, że za chorobą królowej stoi chciwy prymas Annias, który chce w ten sposób zawładnąć królestwem Eosii i zdobyć tiarę arcyprałata. Sparhawk i jego wierni towarzysze wyruszają na poszukiwanie lekarstwa, a po drodze czeka ich wiele ciekawych przygód. Muszą się śpieszyć, gdyż zostało im mniej niż rok. Jak widać – fabuła nie jest specjalnie odkrywcza, a zakończenie łatwo przewidzieć. To, jednak czego brakuje fabule, z nawiązką rekompensują bohaterowie.

…cała galeria barwnych, interesujących postaci

Eddings ma zdecydowany talent do tworzenia barwnych, wielowymiarowych postaci o bardzo zdecydowanych charakterach. W „Dziejach elenium” mamy ich całą paletę – kobiet i mężczyzn, starych i młodych, mądrych i szalonych. Każda z postaci ma swoje wady i zalety, a ich mnogość powoduje, że każdy czytelnik może się z nimi utożsamiać.

Mamy zatem Sparhawka – rycerza bez skazy, ale za to ze złamanym nosem, którego wiernym towarzyszem jest kapryśny i narowisty koń Faran –prawdziwie złośliwa bestia oraz wierny giermek Kurik, który sypie z rękawa różnymi fortelami (coś jakby skrzyżowanie Soroki z Zagłobą), a w międzyczasie ubolewa nad stanem zbroi Sparhawka. Najbliższym przyjacielem Sparhawka jest inny pandonita – Kalten (który zresztą jest odpowiedzialny za złamany noc Sparhawka),miłośnik jedzenia, wina i wszelkich możliwych awantur. W drodze towarzyszy im styricka czarodziejka Sephrenia – która, gdy nie uczy magii młodych pandonitów i nie ubolewa nad zapachem ich zbroi, z upodobaniem pija herbatę (bez względu na okoliczności). Bohaterów jest naprawdę sporo, a każdy ma swoje charakterystyczne cechy, dzięki którym nawet ja (a mam gigantyczne problemy z zapamiętywaniem imion), nie myliłam ich z innymi. Pobożny pan Bevier, wesołek Tynian, złodziej Talen odbierający ciężką szkołę życia od Berita – wolno myślącego, ale poczciwego nowicjusza z zakonu Pandonitów, niezależna i kapryśna Flecik, która okazuje się być niezwykłą postacią… Mniej barwne są jedynie postaci przeciwników – prymas Annias (czy trochę nie zbyt oczywiste nawiązanie do Annasza?) jest chciwy i żądny władzy za wszelką cenę, Martel to typowy uczeń czarnoksiężnika, który posunął się za daleko w stosowaniu magii, a jego śmierdzącego i wiecznie pijanego pomagiera Eddings powielił -przynajmniej częściowo – w Belgariadzie.

… i baaaaardzo rozwleczona akcja

Może ja się nie znam, ale jak dla mnie proza Eddingsa ma jedną poważną wadę – autor zupełnie nie panuje nad tempem akcji i najwidoczniej zapomniał już, że czasy, kiedy opowieści o bohaterach powtarzano z pamięci dawno minęły, więc nie ma potrzeby powtarzania tych samych elementów w nieskończoność. Słowo daję, że spokojnie można było wyciąć z 1/3 treści, i to z korzyścią dla cyklu. Ciekawy jest tylko pierwszy tom, w którym poznajemy większość postaci i świat książki, i pod koniec którego dowiadujemy się, że uzdrowić Ehlanę może jedynie Bhelliom, zwany też Szafirową Różą – stworzony wieki temu klejnot, który może wszystko. Drugi tom upływa na poszukiwaniach klejnotu i próbach przeszkodzenia Anniasowi w zdobyciu trony arcyprałata, co dałoby mu niewyobrażalną władzę, a trzeci na próbach dotarcia do krainy Zemochu, gdzie ukrywa się zły bóg Azash, który jest spiritus movens wszystkich zdarzeń. Zadaniem Sparhawka i Bhelliomu jest zniszczenie go i zapobieżenie zniszczeniu świata w dotychczas znanej formie.

Poszukiwania i podróż do siedziby Azasha zajmują tyle czasu, że mam wrażenie, że w całej książce co najmniej połowę czasu spędzają w siodle. To ciągłe wdziewanie zbroi, czyszczenie ich, naprawianie oraz kłótnie o to, kto ma przyrządzić kolację stają się po pewnym czasie nudne. Wątek Talena jest bardzo ciekawy, a sam bohater ujmujący, ale odbieranie mu łupów co kilka stron robi się nudne.  Podobnie jak przekomarzanie się Sparhawka z Aphrael, kłótnie starego mistrza z Sephrenia, kto ma nosić miecze, będące ich brzemieniem itd. Do pasji zaś doprowadziły mnie dwie sceny –  milionowe czterdzieste liczenie głosów potrzebnych do tego, aby zablokować zdobycie przez Anniasa tytułu arcyprałata oraz scena niszczenia przez Sparhawka posągu Azasha, która wlecze się przez niezliczoną ilość stron. Doprawdy! Ilu stron potrzeba, aby opisać, że bohater podchodzi do posągu, przykłada kamień i go niszczy?! Gorsza była chyba tylko scena z Iliady, kiedy śmiertelnie ranny bohater, bredzi przez dobrych dziesięć stron i uprzejmie umiera, gdy skończy swoją tyradę.

Trochę plusów, trochę minusów

Na korzyść trylogii zaliczyłabym jeszcze wyjątkowo rozbudowany świat – zarówno opis ludów zamieszkujących kontynent, jak i ich wierzeń. Różnorodność jest naprawdę spora, ale o ile w przypadku bohaterów, autorowi udało się utrzymać względną równowagę, między cechami charakterystycznymi, a prawdopodobieństwem charakterologicznym, to w przypadku poszczególnych plemion, narodów nie było już tak różowo. Jak dla mnie są nadmiernie przerysowani, a przez to niewiarygodni. Można by na upartego doszukać się jakichś analogii do znanych narodowości, np. leniwych Greków, którym upał odbiera władze umysłowe albo do nawiedzonych religijnie Muzułmanów, ale… Nie jestem do końca zachwycona. Znacznie lepiej wyglądają postaci bogów – leniwy bóg Elenów, który niekiedy potrzebuje szturchańca od kapryśnej bogini-dziecka, prymitywni bogowie trolli, tajemniczy bogowie Styrików… Dialogi – hm… nie jest to mistrzostwo świata, zwłaszcza, gdy Eddingsowi wymykają się moralizatorskie wstawki, ale jest też kilka jaśniejszych punktów.

„Dzieje Elenium” nie są najlepszą pozycją fantasy, jaką czytałam i gdybym to właśnie od nich zaczynała, raczej nie zostałabym miłośniczką tego gatunku. Wydaje mi się, że aczkolwiek pomysły autor ma całkiem niezłe, to nie potrafi ich do końca wykorzystać. A wystarczyłoby wyciąć dłużyzny, podkręcić dialogi, dodać jakiś zwrot akcji i całość byłaby o wiele lepsza. Z drugiej jednak strony – nie miałam ochoty rozstawać się z Talenem, Kaltenem i spółką, więc sięgnęłam po kolejną trylogię, czyli „Dzieje Tamuli”, co świadczy o tym, że nie jest aż tak źle.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: