Praga to nie adres, to stan umysłu

Prawobrzeżna Warszawa to dla mnie wciąż terra incognita. Rzadko zapuszczam się w tamte rejony.  W końcu lewy brzeg Warszawy jest całkowicie samowystarczalny, a prawy kojarzy się wyłącznie z obskurnymi kamieniczkami i krążą o nim złe opinie. Ostatnio jednak musiałam się tam wybrać, nomen-omen w sobotę wieczorem i miałam ochotę powtórzyć za Dostojewskim „Tu otwierał się inny, odrębny świat”. Bo Praga to nie adres, to stan umysłu.

Pani w autobusie, w czapce i z czytnikiem

Od zawsze lubiłam podróże komunikacją miejską. Podglądanie ludzi, dla których dojazdy do pracy są czymś tak zwyczajnym, że czują się w autobusie lub w metrze jak w domu. Wracając po spotkaniu, schowana za czytnikiem niczym dawny detektyw za gazetą, obserwowałam swoich współpasażerów. W większości zmierzających zapewne do centrum, do klubów, pubów itd. Od razu dało się odróżnić mieszkanki Pragi od osób, które podobnie jak ja, jedynie przypadkiem się tu znalazły.   Makijaż, ubranie, dłonie, głos – wszystko krzyczało „Jestem z Pragi”. Kilogram pudru w kolorze „opalony”, róż na policzkach, jaskrawa szminka, mocno podkreślone brwi i rzęsy, które zdawało się, że złamią się od nadmiaru tuszu. Włosy albo platynowy blond, albo granatowa czerń, oczywiście bez czapki. Zbyt lekkie płaszczyki, zbyt krzykliwe dodatki – kiczowata, ogromna biżuteria, złote rękawiczki, torebki z błyszczącej „ekoskóry”. I buty na tak wysokich obcasach, że nawet ja nie włożyłabym ich na taką pogodę. Panie prezentowały pełny przekrój wieku – od nastolatek, przez studentki, aż do podstarzałych pań około czterdziestki, u których liczba zmarszczek konkurowała z ilością ćwieków i neonowych dodatków.  W swoich zwyczajnych dżinsach, kozakach na wygodnych słupkach, z modną, ale nie ekstrawagancką torebką i w zimowej czapce czułam się jak… przybysz z innej planety. Planety, na którą nie dotarły cekiny i neonowe kopertówki wielkości teczki na dokumenty, które wyglądają dobrze tylko na blogach szafiarek.

„Szacunek za szacunek, chamstwo za chamstwo…”

Pragę się nie tylko widzi, ale i słyszy.  I nie chodzi mi tu o gwarę warszawskiej Pragi, którą wtłaczano nam do głów na studiach, ale o zasób słownictwa i poziom umysłowy wołający o pomstę do nieba. Pamiętam doskonale sytuację sprzed kilku lat, kiedy opowiadając koleżance z pracy o jakimś wydarzeniu, powiedziałam, że cała ta sytuacja była jakaś surrealistyczna. Dziewczę rodem z Pragi, zresztą proste do bólu, zareagowało w naprawdę zaskakujący dla mnie sposób, a mianowicie spytało się, co mam na myśli. Byłam autentycznie zaskoczona faktem, że ktokolwiek, kto ukończył szkołę średnią i zdał maturę, może nie wiedzieć, czym jest surrealizm. Tak bardzo, że nie zdziwiła mnie już nawet prośba, żebym mówiła „po polsku”. To samo dziewczę zresztą z przekonaniem twierdziło, że umarłoby, gdyby musiało nosić okulary, bo w nich wygląda się tak staro i brzydko. A te i podobne niezwykle taktowne wypowiedzi głosiło pełną piersią w rozmowie z dwiema okularnicami.

Niestety, osoby tego pokroju lubią pozować na głębokie i z przekonaniem wygłaszają frazesy, od których jęczy ziemia. W dialogach kilku istot z Pragi można zatem usłyszeć niezwykle ciekawe teksty. Pamiętnego wieczoru miałam okazję posłuchać mniej więcej takiego dialogu: blondi „Więc rozumiesz, mówię jej, nie mów mi „siemka”, jeśli za chwilę masz mi obrabiać dupę”, czarna „Proste. Szacunek za szacunek, chamstwo za chamstwo”, blondi „Jebać, kurwa, tych, co za plecami sieją ferment”, czarna „Bo trzeba być miłym, póki cię ktoś nie wkurwi”. I tak dalej w tym duchu i stylu. Równie pasjonującego i głębokiego dialogu nie słyszałam chyba od czasów piaskownicy. Brakowało tylko: „Nie bawimy się z Anią, bo ona jest niefajna”. Coś podobnego jest możliwe tylko w wyłącznie babskim towarzystwie, kiedy wyłazi z kobiet cała małostkowość i skłonność do piętnowania wszelkich przejawów indywidualizmu, np. posiadania własnego zdania odnośnie najnowszej mody.

Oskubane papugi

Autobus dotarł do celu.  Stłoczyliśmy się na przystanku. Gęste płatki śniegu padały nieprzerwanie okrywając nas grubą warstwą puchu. Prażanki zaczęły trząść się z zimna w swoich przykusych płaszczykach i eleganckich botkach, pokryte śniegiem fryzury przyklapły, a makijaż nie prezentował się już nienagannie. Wyglądały trochę jak oskubane papugi, a trochę jak zmokłe kury. Trochę śmiesznie, a trochę tragicznie. Ale jest sobota, trzeba imprezować. Ciągnęły więc dzielnie do pubów i klubów, obnosząc swoje mizerne atrybuty niczym przekupki jajka na targu, licząc na spotkanie księcia na białym koniu i z kilogramem żelu we włosach. I… mogę się mylić, ale zapewne tyleż co ja im, one współczuły mnie. W końcu zmierzałam do nudnego domu, zwyczajnego męża i grzanego wina, które piją tylko lamusy.

1358469593_q8aed5_600

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: