Zakazany owoc i dojne krowy

krowaPrzypomniałam sobie ostatnio, dlaczego coraz rzadziej chodzę na mecze siatkówki.  Coraz bardziej się bowiem czuję nie jak kibic i osoba, która płaci i wymaga, ale jak potencjalny przestępca i dojna krowa. Przy czym na to odczucie nie ma wpływu poziom rozgrywek – tak samo traktuje się kibiców na meczach ligowych i spotkaniach Ligi Mistrzów.

Przyznam się bez bicia, że przy okazji nieźle się pod… znaczy tego, no… jakby tu subtelnie…., o, zdenerwowałam i wyraziłam swoje oburzenie. A rzecz cała zaczęła się wówczas, gdy ochroniarka najpierw uparła się, aby mnie obmacać (a strój mój nie stwarzał możliwości ukrycia kija bejsbolowego, zapewniam), następnie domagała się pokazania zawartości torebki (co zawsze uważam za nieco krępujące, zawartość torebki jest rzeczą prywatną), a na końcu  nie chciała mnie wpuścić na mecz Politechniki, dopóki nie wyrzucę bogu ducha winnego jabłka i serka wiejskiego. Nie są to jakieś szczególnie rarytasy, więc nie posądzam Pani, że była głodna i chciała się posilić, tym bardziej zatem zdziwiona dociekałam przyczyny. Cokolwiek mętnie pani się tłumaczyła, że „organizator sobie nie życzy”.  Nie zdradziła natomiast, gdzie mogę znaleźć takowe zarządzenie i cóż u licha je spowodowało. Nie wnosiłam inkryminowanego jabłka po to, aby w nim rzucać w siatkarzy Politechniki po kolejnym przegranym meczu, tylko zwyczajnie nie zdążyłam ich zjeść w pracy i nie wiedząc o durnym przepisie zabrałam po prostu wraz z całym majdanem, który przeciętne kobieta nosi w torebce.

Jeszcze bardziej o ile to możliwe zdenerwowała mnie usłyszana jednym uchem rozmowa innej pary podążającej na mecz, którym z kolei odebrali butelkę fanty albo czegoś podobnego. Tu już tłumaczenie było jakby bardziej szczere. Najpierw nieśmiertelne – „Organizator nie pozwala”. A potem:  „Ale napoje można kupić dalej, w sklepiku”.  Względy bezpieczeństwa! Prych! Też coś. Zwyczajnie chcą zarobić na biednym człowieku, który nie dość, że zapłacił wcale nie mało za bilet to jeszcze chcą z niego zedrzeć skórę jak mu się zachce pić i sprzedadzą buteleczkę 0,5 litra za 8 zeta.  Buteleczkę bez zakrętki, żeby nie było, ale to jest spotykane coraz częściej, więc zawsze, wybierając się na mecz, mam zapasową w torebce. Tak, tak wiem – nie podoba mi się nie muszę chodzić. I czyje podwórko ten ustala zasady, ale zdaje się, że jest jeszcze jakieś prawo w tym kraju. Prawo, które nie powinno pozwalać organizatorom na pokrywanie chęci zysku pitu-pitu o względach bezpieczeństwa.

No i skoro już odbierają ludziom jedzenie to mogliby chociaż oddawać to dla biednych dzieci , a nie kazać wyrzucać do wielkiego kartonowego pudła, służącego jako śmietnik. Szlag trafia na widok takiego marnowania jedzenia, gdy tyle dzieci nie dojada i trzeba organizować akcje dożywiania…  Ech, szkoda gadać…

Kończę swoje wywody apelem, aby panowie szlachta, znaczy organizatorzy, zobaczyli w nas kibiców, którzy chcą zobaczyć fajne widowisko, a nie dojne krowy ?! Czego nam wszystkim w nowym roku życzę.

Reklamy

One Response to Zakazany owoc i dojne krowy

  1. ana pisze:

    Korki, zakrętki – ok, bo przecież my, kibice, nie mamy co z nimi robić i będziemy rzucać w naszych idoli, coby na nas łaskawie spojrzeli, coby nam powietrza zabrakło z radości (ziew) albo też nękać nimi przeciwnika, coby łatwiej szło mu przegrywanie. Taaa… na pewno. Ale jabłko?! Serek?! Może w Olsztynie chadzałam do igloo, może tam bywało dziwnie, ale nie aż tak – nic dziwnego, że w stolicy jakoś poza piłką nożną sporty kiepsko stoją (choć niektóre poziom i emocje mają wyższe niż kopacze)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: