Czego uczą w poradniach przedmałżeńskich?

Czystym przypadkiem trafiłam na jednym z portali na wywiad, poświęcony tematowi poradni przedmałżeńskich. Jako iż ja i wiele moich znajomych mamy za sobą tę wątpliwą przyjemność, postanowiłam przeczytać i włos zjeżył mi się na głowie. To nie był żaden wywiad, ale raczej namiętna apologia poradni rodzinnych i przekazywanej przez nie „wiedzy”.

Jedynie słuszna racja

Od dawna mam pretensję do polskich dziennikarzy za ich ugodowość i wazeliniarstwo. Dziennikarzy,  którzy – zwłaszcza w kontaktach ze środowiskami ultrakatolickimi – mają mentalność majordomusów. Tak też było w przypadku tego wywiadu – dziennikarka łykała jak gęś każdą brednię wypowiadaną przez kobietę prowadzącą zajęcia w poradni małżeńskiej. Przede wszystkim ciekawi mnie to, dlaczego dziennikarka nie zadała podstawowego pytania, które mnie osobiście od dawna nęka, a mianowicie: „Dlaczego w tzw. poradniach małżeńskich porusza się wyłącznie problem seksu i płodności? Dlaczego Kościół uznaje, że to jedyna wiedza, w jaką należy uzbroić narzeczonych przed zawarciem małżeństwa? Dlaczego „poradnia rodzinna” ogranicza się do nauczania kalendarzyka?  A co ze sztuką kompromisu, negocjacji, rozwiązywaniu problemów? Problemem teściów, bałaganiarstwa, skarpetek pod fotelem i innych mniejszych lub większych konfliktów małżeńskich. Pani Wądołowska nie zadała sobie trudu zadawania jakichkolwiek pytań, które mogłyby podważyć jedynie słuszną tezę, że zła sława, jaką cieszą się te zajęcia, to wyssane z palca brednie.

Pani psycholog oznajmiła m.in. że wielokrotnie narzeczeni wychodzi z jej zajęć zaskoczeni, że było tak sympatycznie, zastrzegając się, że atmosfera to zasługa prowadzącego. Przyjęto, zapisano, koniec tematu. A mnie ciekawi, jak często się coś podobnego zdarzyło, a jak często było wprost przeciwnie – narzeczeni wychodzili z zajęć przekonani o tym, że prowadząca to nawiedzona kretynka i nie ma się co z nią sprzeczać. Jeszcze więcej zapewne było par, które wyszły z założenia, że im mniej będą się odzywać, tym szybciej pójdzie, i przesiedziały całe spotkanie z zaciśniętymi zębami, aby przypadkiem nie skomentować co większej bzdury. Tak zresztą było w naszym przypadku: prośbą i groźbą wymusiłam na mężu absolutne milczenie i niepodejmowanie żadnych działań, które mogłyby przedłużyć te męki chociaż o minutę.

Dziecko ze spiralą w głowie

Z drugiej strony, czego oczekiwać po osobie, która przytaczając opowieść o tym, że na spotkaniach poradni rodzinnej mówi się, że stosowanie spirali może skutkować tym, że dziecko urodzi się ze spiralą w głowie, od razu zastrzegła się, że to nieprawdopodobna historia. I która w absolutnie żaden sposób nie skomentowała tego, że pani prowadząca zarzekając się, iż ona podobnych historii nie opowiada, jednocześnie jasno dała do zrozumienia, że uważa taki scenariusz zdarzeń (dziecko ze spiralą w głowie) za absolutnie prawdopodobny.

Nad tym, co wygaduje pani „psycholog” o negatywnych aspektach stosowania antykoncepcji hormonalnej, nie będę się dłużej rozwodzić, gdyż każdy wie jak to wygląda. A i pod artykułem lekarz rozprawił się z tymi pseudoargumentami bezlitośnie. Dziwię się co najwyżej, że nie padło słynne porównanie do piwa w lodówce. A zupełnie nie dziwię się, że bardzo zręcznie prześlizgnięto się nad negatywnymi skutkami „metod obserwacyjnych”, czyli m.in. ograniczonym czasem, w którym można współżyć. Bo rzetelnym podejściem do tematu nie można nazwać krótkiej wzmianki o tym, że na zajęciach padają pytania o to, czy liczba dni w miesiącu, w których można współżyć nie jest zbyt ograniczona. Tyle. Koniec tematu. Że babranie się w śluzie jest nieestetyczne? No skąd! Cóż może być nieestetycznego we własnej fizjologii?! Ciekawa jestem, czy z równym zapałem, co swoim śluzem, owa pani bawi się swoją kupą? Albo moczem? Wymiocinami może? To przecież także fizjologia. Niestety, tutaj także nie było żadnego pytania. Nie padło również pytanie o to, jak owe pary radzą sobie z konfliktem między chcę a muszę. Mogę a nie chcę. Nareszcie można, ale jestem taaakaa zmęczona, głowa mnie boli i w ogóle nie mam ochoty. Ale muszę, bo zaraz znowu nie będę mogła, więc może jednak? Co z planowaniem wyjazdów, wakacji i życiem pod dyktando termometru… Nic, ani słowa.

Wnioski? Po pierwsze: po co w ogóle poruszać temat, skoro nie chce się go zgłębić? Z całego tego artykułu wyłania się obraz poradni przedmałżeńskich, z których pary wychodzą odmienione, odrzucając szkodliwą antykoncepcję na rzecz zdrowego, etycznego kalendarzyka. Co, zapewniam, nie do końca jest prawdą.

Po drugie: gdzie się podziali dziennikarze z prawdziwego zdarzenia, wraz z którymi zaginęła umiejętność krytycznego myślenia i sztuka zadawania dociekliwych pytań. Pozostało jedynie odczytywanie z listy ugrzecznionych pytań, starannie przebadanych pod kątem poprawności politycznej i zapewne uzgodnionych wcześniej odpowiedzi.

Reklamy

2 Responses to Czego uczą w poradniach przedmałżeńskich?

  1. Marcin pisze:

    Gdzie się podzieli dziennikarze z prawdziwego zdarzenia, wraz z którymi zaginęła umiejętność krytycznego myślenia i sztuka zadawania dociekliwych pytań? Są bezrobotni, albo zapomnieli, jak to się robi. Media od lat kreują rzeczywistość, zamiast ją opisywać. To przerażające, jak o tym pomyśleć w szerszej skali.

  2. […] cuda na kiju, wymyślone chyba przez jakiegoś skrajnego sadystę, a wpajane w czasie tzw. “nauk przedmałżeńskich“. Wstawanie co rano o tej samej porze, podziwianie śluzu i wtykanie sobie termometru w […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: