Przerażające „Miasteczko Nonstead”?

Ktoś kiedyś powiedział „Historia musi się uleżeć”. Ja tę zasadę stosuję w odniesieniu do książek i pominąwszy literaturę faktu, niezmiernie rzadko czytam nowości. Nie orientuję się w literaturze współczesnej do tego stopnia, że nie umiałabym wymienić ostatnich noblistów lub laureatów nagród literackich, np. Nike. Siłą rzeczy nie mogę powiedzieć, abym miała jakiś szczególny powód dla przeczytania „Miasteczka Nonstead” Marcina Mortki. Najzwyczajniej w świecie wpadła mi w ręce…

To cholerne miasto kryje w sobie coś, co niszczy ludzi.

Jednego po drugim.

Tak zaczyna się opis książki, widniejący na tylnej okładce. I jak cała powieść zaczyna się nieźle, kończy trochę gorzej. Szczęśliwie „perełki” z opisu typu „Myślicie, że w naszym świecie na wcielone Zło nie ma już miejsca? To tak jakby sądzić, że lew śpi, bo nie ryczy.” czy „Ci których dotknęło Zło, nie zamieniają się w krwawe bestie. Nie mordują zatracając się w krwawym szale. Po prostu znikają, tak jakby coś się nimi żywiło. Ich jaźń zapada się w siebie niczym strawiona. A zły tymczasem zanosi się strasznym, obłąkanym śmiechem szaleńca, który właśnie zgasił kolejne życie.” przeczytałam już po skończeniu ksiażki, gdyż inaczej pewnie nigdy bym tej powie nawet nie zaczęła. Nie wiem kto to puścił, ale powinien się poważnie zastanowić. Gdybym wertowała pozycje w ksiegarni na pewno nie kupiłabym niczego z podobnym opisem.

Wracając jednak do samej książki. Akcja rozpoczyna się banalnie, niczym w amerykanskim horrorze klasy B. Młody, spełniony pisarz, autor powieści grozy, która okazała się bestsellerem, przybywa do małego miasteczka, w którym spełnił niegdyś szczęśliwe chwile, by zapomnieć o kobiecie (co ciekawe, przybywa do miasteczka, w którym właśnie z ową kobietą dobrze się bawił i wiele miejsc mu o tym przypomina, ale kto by się przejmował logiką). Szybko zauważa, że miasteczko okazuje się wcale nie takie sielskie, anielskie jakim je zapamiętał. Dzieje się w nim coś złego, w powietrzu unosi się strach, a mieszkańcy konsekwentnie udają, że nic się nie stało.

Nathaniel McCarnish znajduje się nagle w samym centrum wydarzeń dość przypadkowo – rozpoznaje go ze zdjęć w prasie Anna, matka dziewczynki, która rozmawia z KIMŚ (demonem, szatanem) i uznawszy za specjalistę od zjawisk paranormalnych prosi o pomoc. Ciągu dalszego fabuły nie będę zdradzać. Jak można łatwo się domyślić pisarz początkowo nie chce się angażować, ale z czasem ma do czynienia z coraz dziwniejszymi zdarzeniami, które skłaniają go do podjęcia wysiłku wyjaśnienia sytuacji. Zyskuje także nieoczekiwanego sprzymierzeńca, okazuje się, że trafił do miasteczka nie bez powodu… Wiadomo.

Paradoksalnie, pomimo naprawdę ogranej fabuły i schematycznych postaci, książka do pewnego momentu wciąga, aczkolwiek nie mogę powiedzieć, aby udzieliła mi się jej atmosfera, jak zwykle bywa gdy czytam Mastertoona albo Kinga.  Niestety, przewidywalność rozwiązania, powoduje, że mniej więcej od połowy czytałam ją tylko po to by się utwierdzić w przekonaniu. Autorowi zabrakło umiejętności zaskoczenia czytelnika. Zakończenie okazało się nie tylko przewidywalne, ale i skonstruowane tak, aby nic nie zostało powiedziane wprost i do końca, by pozostawić sobie furtkę (a nawet całą bramę) do kontynuacji. To powszechna ostatnio praktyka, ale mogło być chociaż odrobinę mniej tendencyjne.

Generalnie nie mogę powiedzieć, abym była zachwycona „Miasteczkiem” – przeczytać można, ale bez nastawiania się na niesamowite przeżycia. Zawiązanie akcji jest oparte na zdarzeniach nielogicznych lub nieprawdopodobnych, postaci średnie. Szczególnie irytuje mnie to, że nie tylko Anna rozpoznaje w bohaterze, który postanowił zachować incognito znanego pisarza. Cóż, musiał być co najmniej celebrytą. Nie wiem czy rozpoznałabym z twarzy jakiegokolwiek pisarza, może poza Grocholą, która bodaj tańczyła, śpiewała albo jeździła na łyżwach z gwiazdami. A co gorsza ani na chwilę nie zapomniałam, że czytam książkę, co – jak dla mnie – jest grzechem śmiertelnym tego rodzaju powieści.

Z ciekawostek – natknęłam się na recenzję „Miasteczka” na jakimś blogu i przeczytałam ją z niezmiernym zainteresowaniem, głównie dlatego, że miałam wrażenie, że traktuje o zupełnie innej książce. Autor tejże recenzji dopatrzył się w powieści Marcina Mortki, m.in. dramatu, czarnej komedii i satyry socjospołecznej, co mnie szczerze zdziwiło, ale fakt – otrzymał egzemplarz recenzencki. Owszem, bohaterów spotykają liczne nieszczęścia m.in. porzucenie przez dziewczynę, samotne rodzicielstwo, nieszczęśliwe małżeństwa, śmierć najbliższych, ale gdyby kierować się tym kryterium, do dramatów trzeba by zaliczyć powieści Danielle Steal lub L.M.Montgomery.  Co do satyry socjospołecznej – Żmichowska w grobie się przewraca, że o Molierze nie wspomnę.

Nie śmiem polemizować z odbiorem książki, gdyż jak wiadomo jest to kwestia subiektywna, ale … Albo ja jestem już zbyt zblazowana albo ów pan jest bardziej podatny, bo serce mi nie biło, wyobraźnia pracowała na normalnych obrotach, nie poczułam także żadnego dreszczu. Może gdybym czytała ją w burzliwy, jesienny wieczór przy blasku świecy…

Podsumowując – wypis do tej pozycji mógłby brzmieć „Mało straszny thriller. Można poczytać lub poczekać na ciąg dalszy”.

Reklamy

One Response to Przerażające „Miasteczko Nonstead”?

  1. […] 2. M. Mortka, Miasteczko Nonstead Książkę recenzowałam na blogu TUTAJ […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: