Kinematografia znaczy zyskologia stosowana

Czy wy też z trudem przypominacie sobie kiedy ostatnio byliście w kinie? Odkryłam dziś ze zdziwieniem, że ja tak. Dwa tygodnie temu, owszem, mała (i droga przyjemność urodzinowa), ale wcześniej?  Jakoś zimą? Ale w tym roku czy jeszcze w ubiegłym? I cóż to była za okazja?…

Jakieś 3 lata temu w kinie bywałam średnio raz w miesiącu. Nie wiem czy repertuar był lepszy czy to była zasługa 2 biletów w cenie jednego w ramach „śród z Orange”, czy bilety nie były jeszcze tak drogie, czy też to dlatego, że nie było jeszcze masowo produkowanych filmów z jedna sceną w 3D, która ma usprawiedliwiać wyciąganie dodatkowej kasy. Zapewne wszystkie te czynniki razem wzięte, bo ostatnimi czasy kino zupełnie mnie nie nęci, a każdą propozycję wypadu torpeduje połączenie beznadziejnego repertuaru i koszmarnych cen.

Doświadczyłam tego właśnie 2 tyg., temu, gdy próbowaliśmy wybrać cokolwiek, na co można iść do kina. Wybór między „Kochanie poznaj moich kumpli”, „Facetami w czerni 3D” i tym podobnymi produkcjami, nie był łatwy, podobnie jak wybór między kiłą a rzeżączką. „Prometeusza” jeszcze nie było (aczkolwiek, sądząc po opiniach znajomych, nie mam czego żałować), „Nietykalnych” zresztą świetnych, już widzieliśmy i ostatecznie chcąc nie chcąc poszliśmy na „Niesamowitego Spidermana”. Nie powiem, dałabym mu mocną 7 w 10-stopniowej skali, ale… Obejrzałam go dlatego, że chciałam iść do kina, a nie dlatego, zechciałam iść na Spidermana. Podobnie jak kilka innych filmów wcześniej, które wybrałam jako najbardziej nadające się do obejrzenia z dostępnego repertuaru. A to jak dla mnie różnica dość istotna. I powodująca, że liczba wyjść do kina z roku na rok maleje. Do chodzenia do kina zniechęcają mnie także  koszty takiej „przyjemności”. Proszę uprzejmie, podsumowanie ostatniego wypadu – 2 bilety 29 zł (2D) x 2 = 58 zł (w 2D) plus popcorn i cola 19,50 zł, co daje nam przeszło 75 zł. Może nie są to zabójcze kwoty, ale za dziesięć takich wypadów i można się wybrać z jakimś gruponem na tydzień nad polskie morze do przyzwoitego pensjonatu.

Zresztą, skoro już rozmawiamy o pieniądzach, to denerwuje mnie widoczne na każdym kroku wyciąganie kasy na prequelach, sequelach i preprequelach. Wiele ciekawych, odkrywczych, dobrych i trochę gorszych filmów zostało w ten sposób totalnie zmasakrowanych. Podobał mi się chociażby pomysł na „Rec” i co? Zdaje się, że jest już trzecia część, a za rok ma być kolejna, więc z góry wiadomo, że się jeszcze nie skończy. Tak samo słynna „Piła”. Pierwsza i druga część były świetne, trzecią dało się obejrzeć, ale konia z rzędem temu, kto po wyjściu części czwartej się nie wkurzył i nie uznał, że dalej nie ogląda. Aż sprawdziłam- było już 7 filmów, w tym jeden oczywiście w 3D. Zdaje się, że w tym roku albo przyszłym ma być „Piła 8” – już lecę, mało nóg nie pogubię. Z tego powodu nie pójdę też na Prometeusza, który według opinii kolegów, miłośników „Obcego”, jest tak zrobiony, by między niego i „Obcego” coś dało się jeszcze wcisnąć. Jak znam życie to wciśnie się ze 2 filmy, bo co sobie żałować, taka kasa piechotą nie chodzi.

Repertuar kin w ogóle jest dosyć kontrowersyjny. Króluje tania sensacja i wszystko co da się przerobić na 3D, czyli najlepiej s-f. Filmy obyczajowe i psychologiczne można obejrzeć tylko w mniejszych kinach, pokazujących produkcje francuskie, hiszpańskie i brytyjskie. Dobrej komedii już się nie uświadczy, nigdzie. Możemy co najwyżej udawać, że się śmiejemy z produkcji typu „Druhny”, „Drużbowie”, „Wieczór kawalerski 11”, „Kochanie, poznaj mojego brata/tatę/macochę/bliźniaka…”, wariacji na tle życia w akademikach, zemstach frajerów albo popisach rzygania na odległość.  Podajcie mi proszę tytuły 5 dobrych komedii z ostatnich 5 lat, ja takich nie znam!

O głupkowatych rodzimych produkcjach klasy „Ciacho” i  „Kac Vegas” nawet nie wspomnę. Zwykle wystarcza lektura  obsady i sprawdzenie nazwiska reżysera, by wiedzieć na co do kina nie iść w żadnym wypadku. Polskie komedie, nawet bardziej niż amerykańskie są obliczone wyłącznie na zarabianie kasy, na przyciąganiu widzów na lep słynnych nazwisk i dlatego też grają w nich wyłącznie najmodniejsi w danym czasie aktorzy. Była dekada Lindy i Pazury, potem Zakościelnego, Deląga i Więckowskiego, obecnie Kota, Szyca, Karolaka i Adamczyka. Okraszonych aktorami modnymi 30 lat temu, którzy powinni się wstydzić, że firmują swoimi nazwiskami filmy takie jak „To nie tak jak myślisz kotku” albo „Idealny facet dla mojej dziewczyny”. Przebiegłam w myślach kilka ostatnich lat i wyszło mi, że ostatnim polskim filmem, na którym byłam w kinie były „Galerianki”. Łatwo zatem policzyć, że od 4 lat, nie uznałam żadnej polskiej produkcji za wartej wydania chociażby złotówki. Za kilka lat będą pewnie w telewizji, zapewne w Walentynki, w ramach cyklu „Wieczór z żenadą, czyli pokaz polskich komedii ostatniego 10-lecia”, więc będę miała okazję nadrobić zaległości. Ale i wówczas nie obiecuję, że się skuszę, gdyż ten eksperyment wydaje mi się dosyć ryzykowny, skutkującymi poważnymi zaburzeniami.

Tak… Robienie filmów nigdy nie miało być działalnością charytatywną, ale żeby do tego stopnia chodziło tylko o kasę?! Ja protestuję, na razie nogami – nie chodząc do kina.

Reklamy

One Response to Kinematografia znaczy zyskologia stosowana

  1. G. pisze:

    Co to za Więckowski ? Nie znam…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: