Hula Kula i „proklienckie” podejście

Widząc kupony rabatowe na portalach typu gruper, kuppanbon albo coś w tym stylu, od razu zapalam sobie w głowie lampkę ostrzegawczą – aha, interesik nie idzie, trzeba uważać. Tym razem jednak zaciekawiła mnie oferta kręgielni Hula Kula, w której dawno nie byłam, a którą mam dość blisko domu. Kupon na nic by mi się nie przydał, gdyż miał obowiązywać dopiero za dwa tygodnie, ale postanowiłam odświeżyć przygodę z kręglami. To nie był mądry wybór!

Pierwsza niemiła niespodzianka spotkała mnie następnego dnia po rezerwacji stołu bilardowego i toru do kręgli, gdyż miła pani postanowiła spytać czy rezerwacja jest aktualna. Biorąc pod uwagę fakt, że rezerwacji dokonywałam z piątku na sobotę to raczej wiedziałam co robię, ale cóż… potwierdziłam. Druga nastąpiła tuż po niej, gdyż w momencie gdy chciałam potwierdzić cenę, okazało się, że Hula Kula za wejścia weekendowe domaga się jeszcze biletu wstępu (15 zł za osobę, 5 zł od studentów), bo podobno tam jakaś dyskoteka jest czy coś podobnego. Ekstra, nie dość, że muszę słuchać techno-łomotu to jeszcze za niego płacić.  Ciekawe, że o tym w czasie rezerwacji mnie nie uprzedzili, peeeewnie wypadło im z głowy. A, nie, nie spytałam o pełną cenę, mój błąd! ;P Jako, iż nie miałam czasu na szukanie czegoś innego postanowiłam przejść nad tym do porządku dziennego, mówi się trudno… Niestety, niemiłym niespodziankom nie było końca. Panie, które aż 2 telefonów potrzebowały, by wydusić z siebie informację o bilecie wstępu zapomniały nadmienić, że przy wejściu widnieje napis, iż do sali nie wolno wejść z żadnymi produktami spożywczymi (ciekawe czy jakbym dokonała rezerwacji z miesiąc wcześniej to udałoby mi się o tym dowiedzieć nie pod wejściem na salę). A ja miałam w torebce sporo staffu,  no, jak to kobieta. Jako żywo nie planowałam popijać spirytusu nad stołem bilardowym, zagryzając go batonikami, wanilią w laskach i popijając piwem, po prostu po drodze, na wystawie zobaczyłam promocję, a że dostałam orzechy na nalewkę, więc kupiłam składniki. Kazali mi to mało uprzejmie zostawić, traktując mnie co najmniej jak … a bo ja wiem – menela?! Pomimo podniesionego wybitnie ciśnienia  pewnie bym to uczyniła, ale nikt nie zadbał o żadne miejsce na depozyt. Na ogólnodostępnej ladzie stały sobie beztrosko butelki z do połowy wypitą fantą, jabłkami, jogurtami i tak dalej (pewnie HK by zbankrutowała, gdyby ktoś wniósł 0,5 l pepsi!!). Cudnie, pięknie, ale  jak to ?! Trochę te zakupy kosztowały, chyba ze 100 zł pękło. Spytałam ochroniarza czy jest tu jakaś szafka depozytowa lub czy wyda mi pokwitowanie, na co zareagował drwiącym śmiechem i miną w stylu „Chyba pani ma nie po kolei” i odparł jeszcze bardziej nieuprzejmie, wręcz chamsko, że „wszyscy zostawiają i nikt nie robi problemu” (w domyśle: poza mną). Powiedziałam, że ja także nie robię problemu, ale przyjechałam autobusem, a chcę mieć pewność odzyskania swoich rzeczy. Ochroniarz swoje, że mam zostawić gdzie wszyscy. Ja swoje, że tam są mało wartościowe przedmioty, a ja mam trochę cennych rzeczy, pan swoje, ja swoje, pan swoje. Nie wdając się już po trzeciej próbie w dalsze dyskusje z owym panem, którego postawa prokliencka aż biła w oczy, nie fatygując się nawet w rozmowę z kierownikiem, który nie mógł się legitymować jakąkolwiek wiedzą na temat obsługi klienta, skoro ów bramkarz nadal tam pracował, zażądałam zwrotu pieniędzy za bilety, które kupiliśmy, uznając słusznie, że to nie ja na tym stracę i decydując się na spędzenie wieczoru gdzie indziej. Tym samym spędziliśmy zresztą fantastyczny wieczór, po drodze do domu zaliczając mini maraton po barach na Nowym Świecie i kończąc go w klubie bilardowym Golden Wheat, przy Jana Pawła, który zresztą polecam, gdyż i bilard tańszy niż w HK i obsługa nieporównywalnie lepsza. Batoników nikt mi wyrzucić nie kazał!

Kończąc moje wywody, powiem, że Hula Kula może niedługo potrzebować nie tylko kuponów na gruponach, ale i zmiany managera, a przede wszystkim przełożonego swoich pracowników albo osoby odpowiedzialnej za rekrutację. Owszem, nie znając regulaminu kręgielni (litości, kto je czyta nim gdzieś pójdzie?!), miałam w torebce zakazane produkty spożywcze, ale zgodziłam się z tym, że muszę zawartość torebki zostawić poza salą. Niestety nie zostało mi udostępnione żadne miejsce, w którym mogłabym swoje rzeczy pozostawić tak, abym miała gwarancję odzyskania ich w całości i w stanie nienaruszonym. Żadna moja propozycja rozwiązania problemu nie została zaakceptowana, ochroniarz i sprzedający bilety jedynie tępo i nieuprzejmie, wręcz chamsko powtarzali to samo zdanie, nie wykazując się żadną inicjatywą i chęcią pomocy. Tym samym obsługa jasno pokazała gdzie ma klientów, którzy mają zamiar zostawić u nich sporo pieniędzy (przy ich cenach mało zostawić się nie da ;)). Mała strata, a żal krótki i nie mój, a do znajomych i w eter popłynie opinia, że Hula Kula zasługuje jedynie na omijanie jej szerokim łukiem.

Reklamy

3 Responses to Hula Kula i „proklienckie” podejście

  1. Jaśmin pisze:

    Troche dziwne. Na kreglach byłem kilka razy i było ok. NA imprezach, zwłaszcza tych czwartkowych ejstem kiedy tylko mogę i jest rewelacyjnie. Więc może to tylko mała wtopa?

  2. Kent pisze:

    Też siedziwie, w Huli bywam regularnie i nigdy nei natrafiłęm na niefajne zachwoanie obsługi

  3. Cyryl pisze:

    Nie za bardzo rozumiem. W h-k bywam od lat i pierwsze słyszę o takic hsytuacjach

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: