Rozbawił mnie „Rękopis Chancellora” Ludluma

Powieści Roberta Ludluma omijałam przez długie lata szerokim łukiem. Nie, żeby były jakieś szczególnie słabe, po prostu jako iż stały na półce u dziadka, wyobrażałam sobie, że to jakieś nudziarstwo dla emerytów.  Widziałam nawet filmy z cyklu o Jasonie Bournie, ale nie wiedziałam, że to ekranizacje książek. Przeczytałam w końcu, jakieś pół roku temu „Tożsamość Bourne’a”, która okazała się chyba gorsza niż film, gdyż nieszczególnie przepadam za akcją w stylu „zabili go i uciekł”.

Zapomniałam chyba o swoim niesmaku, gdyż postanowiłam dać Ludlumowi drugą szansę i na chybił-trafił wybrałam w bibliotece „Rękopis Chancellora”. No cóż… uczyłam się czytać w równym stopniu na czytankach, jak  na peerelowskich kryminałach milicyjnych, które zalegały w szafkach i jako takie były dla mnie łatwo dostępne, ale – wierzcie mi lub nie – to było gorsze!

Akcja książki zaczyna się cokolwiek nieprawdopodobnie.  A nawet całkowicie nieprawdopodobnie, nie wiem też jak można było oprzeć fabułę, liczącej dobrze ponad 300 stron książki na tym, że Peter Chancellor, przeciętny doktorant, opisuje w swojej dysertacji alternatywną ocenę rzeczywistości w III Rzeszy, wspieranej przez przemysłowców z USA. Aby zapobiec kompromitacji wielu osób, Inver Brass, tajne stowarzyszenie skupiające najbardziej wpływowych ludzi w USA, przekonuje go by opublikował swoją rozprawę jako powieść. Co ? Jak ? Dlaczego? Po co? Nie jestem w stanie uwierzyć, że jakakolwiek rozprawa naukowa początkującego naukowca, której zresztą nie udało się obronić, mogłaby im zaszkodzić.  Jak rozumiem miało to być jakieś uzasadnienie dalszych losów Chancellora.  Inver Brass, zabija bowiem J. Edgara Hoovera (nie muszę chyba dodawać, że to szef FBI?!),  by zawładnąć jego aktami, zawierającymi kompromitujące materiały. Akta  w tajemniczych okolicznościach giną, a Inver Brass postanawia „zaangażować” do ich znalezienia znanego już sobie naukowca, który potrafi z podanych mu przesłanek, wyciągnąć zaskakujące wnioski, których nie dostrzega nikt inny. Dalej leci już sztampowo. Zwyczajny człowiek wplątany w intrygę, której nie rozumie, spiski, zamachy. Niepewni sojusznicy, którzy okazują się zdrajcami i rzekomi wrogowie, którzy w najmniej spodziewanych okolicznościach ruszają z pomocą. Budzące grozę akta i tajemniczy głos w słuchawce, szantażujący pozornie szanownych obywateli. Są wybuchy, strzelaniny, GPSy, aparatura podsłuchowa, pościgi i wszystkie inne gadżety, bez których nie można się obejść w powieści sensacyjnej. Jest też romans, oczywiście, aczkolwiek bez scen erotycznych. Spotkałam się z opinią, że ta książka to nie jest typowa strzelanina spod szyldu „zabili go i uciekł”i niestety,  mogę się z tą opinią zgodzić, ale tylko przez jakieś 2/3 książki. Później na każdej kolejnej stronie wydarzenia stają się coraz mniej prawdopodobne, rzekomi nieboszczycy ożywają i wyskakują niczym diabeł z pudełka albo deus ex machina. Zgroza.

Naprawdę nie ma się czym zachwycać. A szkoda, bo członkowie Inver Brass mieli dość duży potencjał i to tak naprawdę ich charakter i przekonania stanowiły klucz do rozwiązania zagadki, której doprawdy nie dało się odgadnąć na podstawie przypiętych im etykietek „sędzia”, „bankier” itd.

Pomimo tych zasadniczych mankamentów lektura „Rękopisu Chancellora” nie była straszną męką, aczkolwiek gdyby pan Ludlum wiedział, że czytając niektóre sceny, płakałam ze śmiechu pewnie poczułby się urażony. Generalnie przedstawiona w powieści historia, choć nieszczególnie oryginalna, mimo wszystko jakoś tam wciąga, do tramwaju się nada.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: