Długa i monotonna „Droga do Nidaros” Pilipiuka

Nie wiem jak to jest, że rzadko kiedy twórczość pisarzy, parających się fantastyką, zaczynam jak bozia przykazała – od początku lub od dzieł najlepszych, kultowych. U Sapkowskiego całkowicie pominęłam opowiadania, zaczynając od sagi o Wiedźminie, a mało brakowało bym zaczęła od „Narrenturm”.  U Tolkiena zlekceważyłam „Hobbita” i przeszłam od razu do „Władcy pierścieni” i tak dalej. 

Nikogo też zapewne nie zdziwi, że i Pilipiuka zaczęłam bynajmniej nie od przygód słynnego podobno Jakuba Wędrowycza, ale od najnowszego cyklu „Oko Jelenia”. Co ciekawe o wyborze zadecydowała okładka. Nie podobała mi się ta z „Homo Bimbrownikus” i zdecydowałam się na „Drogę do Nidaros”. To był listopad… Książkę, w końcu przeznaczyłam na prezent, bo uznałam, że i tak jej nie przeczytam, ale i tak do mnie wróciła. Kilka tygodni przeleżała, czekając na lepsze czasy, ale gdy już nie miałam czego czytać w tramwaju … Tyle tytułem przydługiego wstępu, przejdźmy do rzeczy.

Słów kilka o fabule…

Zaczęło się zgodnie z opisem dystrybutora jak u Hitchcocka. Od mającej nastąpić za kilka godzin zagłady ziemi, kilku osób, uśmierconych w obronie własnej przez noszącego nie wiadomo z jakiej racji broń, nauczyciela informatyki Marka, ratującego życie maturzyście. Obaj  ze strachu przed zagładą dość  dobrowolnie poddają się w niewolę kosmitom, którzy mają zamiar rąbnąć gmach Biblioteki Narodowej wraz z zawartością. Po co kosmitom biblioteka ? Nie wiem, ale gdybym miała gwarancję, że pozwolą mi tych kilka milionów książek przeczytać kto wie czy sama nie zdecydowałabym się zostać niewolnicą. 😉 Równolegle rozwija się drugi wątek, związany z Hanzą, dla mnie nawet bardziej interesujący, gdyż historia powszechna średniowiecza, zawsze mnie interesowała. Niezależnie jednak od moich prywatnych upodobań, dzięki temu wątkowi nawet bez informacji autora, można się zorientować, w jakich czasach będzie rozgrywała się powieść.  Nie od dziś przecież wiadomo, że strzelba, która w pierwszym akcie wisi na ścianie w ostatnim akcie musi wypalić.

I faktycznie – bohaterowie lądując w średniowiecznej Norwegii. Do znanej już dwójki dołącza Helena, szlachcianka spod XIX-wiecznego Lublina (nie wiem jak dystrybutora uczyli historii, ale jak dla mnie powstanie styczniowe to jest XIX wiek, nie XVIII). Jej i nauczycielowi informatyki (nastolatek dołączy później) mechaniczna (?)  łasica, powstała w wyniku czegoś bardziej zaawansowanej zimnej fuzji (taki bardziej doskonały terminator, jak mi się zdaje), zleca udanie się do Nidaros celem odnalezienie bliżej nie znanemu nikomu Alchemika Sebastiana i oka jelenia, które nie wiadomo czym jest (spojlerów nie będzie)).  Nad przygodami bohaterów nie będę się specjalnie rozwodziła. Fabuła jest dosyć ciekawa, chociaż miejscami trochę nadmiernie „wydumana”, ale przynajmniej zachęca do sprawdzenia „co będzie dalej”.

… i o bohaterach

Sam świat przedstawiony pokazany jest nieźle. Realia średniowiecznej Norwegii wydają mi się dość dobrze nakreślone, tak samo sytuacja religijna i zwyczaje. Dialogi nie są porywające, miejscami trochę sztywne i chropowate, ale ujdą. Znacznie gorzej natomiast jest z postaciami, szczególnie pierwszoplanowymi.
Postaci wydają mi się nierzeczywiste, ich wiedza i umiejętności mało prawdopodobne, a postępowanie nie jest odpowiednio uzasadnione charakterologicznie. Przede wszystkim razi mnie postać Heleny.  Niby szlachcianka, która zginęła w XIX w., która na pensji nauczyła się zapewne głównie haftu i tańców salonowych, domagająca się mówienia jej per „pani”, a operuje pojęciami z zakresu fizyki, których nie mogła znać. Przyznam szczerze, że ja nie bardzo nadążam za wywodami technicznymi Marka, chociażby odnośnie telewizji, więc dziewczyna musiałaby dysponować inteligencją Einsteina, aby zrozumieć zasady działania, powstawania rzeczy, których nawet nie widziała, nie używała. Mocno uproszczony jest sposób jej zachowania w niewoli u kata –  typowy schemat: bunt, pozory uległości, uległość, ale szukanie drogi ucieczki. Nic odkrywczego, ale może to lepsze niż to jak „twórczo” zostało potraktowany stosunek Heleny do utraconego w wyniku gwałtu dziewictwie i do kolejnych gwałtów. Moim zdaniem pan Pilipiuk nie popisał się tutaj znajomością psychiki kobiecej, a szczególnie podejścia kobiety do gwałtu. Początkowo, owszem, jest nieźle. Helena, jak przyzwoitej szlachciance przystało, po gwałcie odbiera sobie życie, przy okazji posyłając na tamten świat kilku napastników. Ale już po przywróceniu do życia i dostaniu się w niewolę kata(doczytacie w jakich okolicznościach), który chce ją nauczyć zawodu prostytutki gwałtem i biciem. A słodka Helenka stojąc w obliczu kolejnego gwałtu, myśli sobie, parafrazuję: „Co z tego, że mnie zgwałci, dziewictwa mi drugi raz nie odbierze”. Litości!! To mają być myśli XIX-wiecznej szlachcianki, wychowywanej w cnocie i pobożności na idealną żonę i matkę?!  Tak pomyślałoby może kilka procent kobiet, żyjących współcześnie! Może kilka procent, bo nawet w to szczerze wątpię. A i to chyba na zasadzie chwilowego przebłysku wisielczego humoru, a nie rzeczywistych poglądów. Żadna ze znanych mi kobiet nie odniosłaby się tak lekceważąco do gwałtu, bez względu na jego okoliczności i to czy można by mu zapobiec czy nie.  Do postaci męskich nie mam już większych zastrzeżeń, chociaż maturzysta jest denerwująco infantylny i przesadnie optymistyczny, a Marek do granic niemożliwości wszechstronny i wszystko, cokolwiek kiedykolwiek przeczytał lub zobaczył, mu się przydaje. Z postaci drugoplanowych znowu muszę wspomnieć o wszechwiedzy- członkowie hanzy mają wizje wynalazków niczym da Vinci, a chłopi są dziwie domyślni, wydawać by się mogło, że sami geniusze żyją na tym świecie … Zastrzeżenia mogłabym pewnie mnożyć, ale to są chyba te główne.

Konkluzja

Generalnie radzę poważnie się zastanowić nim się sięgnie po tę pozycję. Przede wszystkim dlatego, że cały cykl liczy sobie 5 tomów, niby niedużo, ale jeśli nie należycie do szczególnie wytrwałych wielbicieli twórczości Pilipiuka może zabraknąć wam samozaparcia i w końcu i tak nie dowiecie się czy oko jelenia zostało odnalezione, a Marek i Helena będą żyli długo i szczęśliwie. 😉 Jeśli się dowiecie możecie mi napisać, bo ja się raczej nie dowiem ;).

A po Wędrowycza jednak sięgnę. Sprawdziłam już nawet, od czego powinnam zacząć, żeby nie było 😉

Reklamy

3 Responses to Długa i monotonna „Droga do Nidaros” Pilipiuka

  1. Anonim pisze:

    „Bozia” piszemy wielką literą…

  2. Joanna pisze:

    Tylko jesli się w nią wierzy 😉

  3. next pisze:

    litości w XVI wieku średniowiecza nie było od dobrych 200 lat.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: