Skóra, w której żyję. Almodovar podejście pierwsze.

20 listopada, 2011

Z kulturą latynoamerykańską jakoś nigdy nie było mi po drodze. „Don Kichote” był dla mnie głupawy, dramaty Lope de Vegi i Calderona de la Barcy niczym mnie nie zachwyciły, a podczas gdy wszyscy zachwycali się Marquezem ja ziewałam nad „Sto lat samotności„, zastanawiając się czy wystarczy mi życia na przebrnięcie przez dzieje kolejnych Arcadiów, Aurelianów i Jose Arcadiów. Zdając sobie zatem sprawę z tego, że aczkolwiek nie jestem osobą o stałych upodobaniach to doskonale wiem czego nie lubię  za kino latynoskie w jakiejś większej ilości nawet się nie zabierałam. Szczególnie po tym jak sugerując się opiniami na filmwebie i nagrodą Goya dla najlepszego filmu hiszpańskojęzycznego obejrzałam „Rosario Tijeras„, o którym to filmie nie jestem w stanie napisać niczego pozytywnego, bo nawet nie był krótki ;).

Na film „Skóra, w której żyję” Almodovara trafiłam dosyć przypadkowo – wydawał się najlepszy na tle sieczki, serwowanej w kinie, z najnowszą polską „superprodukcją” pt. „Listy do M.” na czele.  Było warto. A najlepszą rekomendacją jak dla mnie jest to, że podobał mi się na tyle, że mam ochotę obejrzeć więcej.

Szczególną zaletą filmu – przynajmniej dla mnie – jest jego powściągliwość i oszczędność środków wyrazu. Na szczęście nie ma typowych dla Latynosów wybuchów emocji, płaczów, lamentów, śmiechów, kłótni, w czasie których oponenci mówią z prędkością karabinów maszynowych.  Czytaj resztę wpisu »


%d blogerów lubi to: