Jest sposób, na bank!

Styczeń 13, 2011

Można powiedzieć, że finanse osobiste to mój konik. Regularna lektura bloga pana Macieja Samcika sprawiła, że analizując wszystkie „darmowe” karty kredytowe, korzystne kredyty i lokaty o wyjątkowym oprocentowaniu, zawsze szukam ukrytego haczyka. Przy czym zwykle jest nie tylko haczyk, ale cały hak, na którym można by powiesić słonia.

Niestety, nawet znajomość regulaminów i czytanie umów nie jest w stanie uchronić przeciętnego klienta przed absurdami w polskiej bankowości. Jak bowiem inaczej nazwać sytuację, kiedy zmieniając dane osobowe w oddziale banku, w moim przypadku nazwisko po wyjściu za mąż, nie mogę w tym samym oddziale, u przysłowiowej pani w okienku, zamówić karty debetowej na nowe nazwisko? Nie mogę  i już, pani nie ma takich uprawnień i muszę zadzwonić na mLinię. Bardziej uciążliwą procedurą od dodzwonienia się tamże jest chyba tylko próba wydobycia jakichkolwiek informacji z KRS albo Urzędu Skarbowego. Najpierw zażądają od ciebie podania numeru klienta ( jedyne 7 cyfr), potem telekodu (tu nie wystarczy znać wszystkie 6 cyfr, trzeba je jeszcze podawać w wymaganej kolejności), potem   baaaaardzooo woooolnoooo zostaną ci przedstawione opcje rozmowy i po ok. 5 minutach słuchania melodyjki w końcu rozmawiasz z człowiekie, tak mi się przynajmniej wydaje.  A jak się rozmawia z mBankiem to wie, m.in. Wojciech Cejrowski, dodam, że rozmowa odbyła się już jakiś czas temu i nic się od tego czasu nie zmieniło.

Nic więc dziwnego, że unikam rozmów z mLinią jak diabeł wody święconej, a nawet bardziej . Chciałam skontaktować się z mBankiem w banalnej sprawie, sprawdzić czy aby na pewno została dla mnie zamówiona karta debetowa, gdyż nie widziałam tego w systemie. Karta do rachunku euro jest, zwykłej nie ma. Niesamowita uprzejmość mBanku sprawia, że po zalogowaniu nie trzeba wracać na stronę główną, kontakt mam na samym dole podglądu konta. Do wyboru aż trzy opcje: czat, telefon i formularz internetowy (ufff, nie muszę do nich dzwonić).  Napisałam więc swoje wątpliwości mailem, pewna, że dostanę odpowiedź błyskawicznie, w końcu chodziło jedynie o napisanie ‚Tak, została zamówiona”, „Nie, już ją zamawiam dla Pani”. Ale nie. Nie ma tak łatwo. Otrzymałam odpowiedź z prośbą o kontakt z mLinią, gdyż mailowo nie mogą mi udzielić wyjaśnień. Wysłałam maila ponownie, pytając o przyczynę takiej odpowiedzi. W końcu wysłałam  to pytanie za pośrednictwem swojego konta internetowego, z podaniem maila kontaktowego, który mają w swojej bazie.

Odpowiedź jaką dostałam od konsultantki sprawiła, że nie wiedziałam kto zgłupiał, czy ja czy oni, albowiem  brzmiała (ze skrótami) „W nawiązaniu do przesłanej przez Panią wiadomości uprzejmie informuję, że drogą elektroniczna możemy udzielać informacji ogólnych na temat oferty i funkcjonowania naszego Banku, zatem poprzez wiadomość email nie mam możliwości zrealizowania Pani dyspozycji.”  Hmm… zalogowałam się ponownie na swoje konto, wybrałam znowu opcję kontaktu mailowego, a tak jak byk napisane:  „W ten sposób możesz nam przesłać swoje uwagi, pytania i komentarze.”  Niech im będzie, że mailowo nie wyjaśniają niczego, ale czy mWuj nie powinien przypadkiem UCZCIWIE dopisać, że uwagi i komentarze powinny dotyczyć oferty banku. W końcu przeszłam do tego okienka z poziomu własnego konta, zatem najprawdopodobniej mam jakiś problem i chcę go wyjaśnić. Na pewno ta niewielka doza uczciwości zamiast marketingowej gadki byłaby to z korzyścią dla klienta, gdyż z powodu nierzetelnej informacji straciłam 2 dni czekając na odpowiedź, a na dodatek i tak musiałam zadzwonić do mLinii.

Liczba klientów nabitych w mBank wzrosła tym sposobem o jeszcze jednego, gdyż w banku „internetowym” nie da się przez internet załatwić niczego. Byłoby miło gdyby bank „internetowy” wykorzystywał swoją korespondencję wewnętrzną nie do wysyłania spamu, ale do kontaktu z klientem, co doskonale działa, np. w Eurobanku. Można ?!

Staruszka z Wielkiej Brytanii znalazła sposób na bank, my Polacy wcale nie musimy być gorsi. Poza głosowaniem nogami, też możemy uprzykrzyć życie bankowi, wcale nie gorzej niż owa staruszka. Bez przerwy do nas wydzwaniają, oferując a to kredyt, a to kartę, a to inny badziew, oczywiście przygotowany „specjalnie dla nas”. W końcu czemu tylko my mamy być identyfikowani, sprawdzani i nagrywani.  Ja już zaczynam tworzyć listę pytań, która będzie się zaczynała od szczegółowych pytań, żądania wyliczeń dla konkretnych kwot, cytowania umowy i jej omawiania punkt po punkcie. Mogła staruszka możemy i my. A jeśli nie, zawsze jest opcja znalezienia banku, który jest internetowy nie tylko z nazwy.

Edit. Swoją frustracją podzieliłam się nie tylko z blogiem, ale i portalem Jakość Obsługi , gdzie mBank ma zaskakująco wysoką opinię. I proszę, nie minęło nawet 24 godz. a mWuj się objawił, pokajał i obiecał, że będzie lepiej: „Zgadzam się z Panią, że informacja, o której pisze Pani w swojej wypowiedzi powinna znaleźć się w formularzu, przez który zadała Pani pytanie pracownikowi Banku, analogicznie do informacji zamieszczonej w takim formularzu na stronie głównej pod adresem http://www.mbank.pl/o_nas/kontakt.html. Dodam również, że informacja udzielona Pani poprzez Pracownika była jak najbardziej zgodna z zasadami bezpieczeństwa obowiązującymi w obsłudze Klientów naszego Banku. Bardzo dziękuję za zwrócenie uwagi na ten fakt – sprawa zostanie przekazana do osób upoważnionych w celu wprowadzenia stosownych zmian.” Zobaczymy.


Spróbuj zapalić maleńką świeczkę zamiast przeklinać ciemność.

Styczeń 3, 2011

Nowy Rok. Czas podsumowań, oceny tego, co się nam zdarzyło, szukania przyczyn i zastanawiania się, co mogliśmy zmienić i dlaczego się to nie udało. Czas marzeń. Mamy nowe nadzieje, wielkie plany, stanowcze postanowienia. Zwykle banalne, codzienne. Jak co roku próbujemy się zmierzyć z tym, co nie udało się w poprzednim. I często po raz kolejny planujemy, że schudniemy, że będziemy mniej/więcej pracować, uczyć się języków, zdobywać nowe kwalifikacje, że zadbamy o kondycję fizyczną i nauczymy się haftować ściegiem krzyżykowym ;-).

Do tej pory uważałam, że to bezcelowe. Nawet gdy w ubiegłym roku zastąpiłam postanowienia noworoczne listą refleksji, którymi miałam zamiar się kierować, nieczęsto zaglądałam na ten spis, zapominając o tym w natłoku codziennych spraw. Ale cóż, jak większość z nas w tym roku ponownie mam zamiar coś postanowić i trzymać się tego, ale tym razem postanowienie będzie prostsze, dzięki czemu, a nuż… może się uda ? Zatem, niech moim motto na 2011 rok będą słowa Konfucjusza: Spróbuj zapalić maleńką świeczkę zamiast przeklinać ciemność.  W każdej sytuacji szukajmy pozytywnych stron, jeśli się nie da to nie całkiem negatywnych aspektów lub chociaż szans na pozytywne zakończenia. A jeśli i tego się nie da to wniosków na przyszłość.

I nie bój się cieni. One świadczą o tym, że gdzieś znajduje sie światło…


%d blogerów lubi to: