„Porwanie” Chmielewskiej mnie nie porwało!

Listopad 29, 2009

Czytelniczką książek Joanny Chmielewskiej jestem długoletnią, aczkolwiek mało systematyczną i kolejne pozycje pochłaniam w dużej mierze zrywami, w zależności od tego, czy aktualnie przeczytana pozycja wydała mi się interesująca czy nie. „Porwanie” wyjątkowo kupiłam już w dzień po premierze. Nie byłam jakoś szczególnie na nią napalona, ale miałam nadzieję na lekturę poprawiającą nastrój, nabyłam i…  nie zawiodłam się tylko dlatego, że nie oczekiwałam zbyt wiele w momencie, gdy zobaczyłam, że główną bohaterką jest Joanna. Czytaj resztę wpisu »

Reklamy

Galerianki. O potrzebie akceptacji i konsumpcjonizmie…

Listopad 23, 2009

Wychodząc z kina po obejrzeniu galerianek usłyszałam rozmowę telefoniczną, mniej więcej tej treści: „Byłam właśnie na Galeriankach. No wiesz… ten film w którym dziewczyna zaczęła się puszczać, żeby mieć na modną komórkę i wkupić się do łask innych dziewczyn”. Mimo spłycenia i skrótowości posuniętej do granic możliwości w wypowiedzi oddane jest to, co moim zdaniem stanowi clue filmu – działaniem ludzi kieruje potrzeba akceptacji. Czytaj resztę wpisu »


Dobrymi chęciami [nie tylko] piekło wybrukowane

Listopad 16, 2009

schody

Zdawałoby się, że dobre chęci to niekwestionowana zaleta, niekiedy jednak jest to także źródło kłopotów a przynajmniej niesnasek, nieporozumień, pretensji i ogólnej katastrofy. Trudno zliczyć ile razy przy okazji udaje się oberwać po głowie. Z niezrozumiałych dla mnie względów zawsze, ale to zawsze dobre chęci obracają się przeciwko próbującemu pomóc a wszystko przynosi skutek odwrotny do zamierzonego.

Przychodzisz z sercem na dłoni, wyciągasz tę dłoń razem z ramieniem a ktoś ci na nią pluje. Niekiedy dodając też mało subtelnego kopniaka w niewymienną część ciała, nie pozwalając tym samym na żadne wątpliwości co do swojej opinii. Wysłuchujesz cierpliwie wynurzeń przyjaciółki na temat chłopaka, przytakując, że jest głupi, beznadziejny i w dodatku związkofob, niestrudzenie ocierając łzy i topiąc smutki w butelce wina by po ich powrocie do siebie dowiedzieć się, że jesteś zazdrosna o ich szczęście. Pomagasz, podpowiadasz, załatwiasz i … można się już chyba domyślić rezultatu.

Zaangażowanie nie przychodzi z czasem już tak łatwo, poprzedza je zastanowienie, rozważenie wszystkich za i przeciw i… próbujesz znowu. Chęć pomagania jest trochę jak pchanie kamienia pod górkę, niczym Syzyf wiedząc, że znowu ci się wyśliźnie pchasz go z uporem, bo a nuż ? Jeszcze pewnie nie raz spadnie ci na stopę i nadal będziesz mieć pod górkę, ale w ostatecznym rozrachunku – najważniejsze to chcieć. Na pewno łatwiej jest dać za wygraną albo w ogóle nawet nie podjąć próby. Ten kto nie próbuje nigdy niczego nie stworzy, nie osiągnie, będzie tylko pracowitą szarą mrówką, taką o której powie się „prochu nie wymyśli”. Jak mawiał Nietzche ustami Zaratustry: Chęć wyzwala, albowiem chcieć, to tworzyć: tak nauczam.

Trzeba się zatem piąć mozolnie po schodach, brukowanych owymi dobrymi chęciami, nie wiedząc czy to schody do nieba bram czy też highway to hell…


O ściąganiu z nostalgią…

Listopad 16, 2009

Ściąganie, ściagania, o ściąganiu… Nie, nie próbuję udowodnić, że potrafię omieniać rzeczowniki przez przypadki a jedynie daję wyraz swojej irytacji na cały ten szum medialny o ściaganie muzyki i innych plików z internetu.

Nie pamiętam ile lat ma Kazik i szczerze mówiąc nie chce mi się tego sprawdzać, ale nie sądzę, aby czasy w których dorastał były łatwiejsze pod względem dostępu do muzyki i innych dóbr kultury niż moje. Kiedy ja zaczynałam się interesować muzyką, jako sześcioletni berbeć, ukształtowany w dużej mierze przez strasze rodzeństwo cioteczne mieliśmy właśnie wspaniały, przełomowy rok 1989. Kilka lat później kiedy zaczęłam być już bardziej świadoma na listach przebojów królowały wybitne utwory muzyczne typu radosna twórczość Dr Albana i 2 Unlimited, w Polsce święcił triumf Varius Manx a ja po kryjomu słuchałam pierwszych albumów Piersi, Iry czy Big Cyca, na które byłam jeszcze stanowczo za młoda i tym sposobem poznałam wiele nieodpowiednich słów. Wtedy też pod kuratelą starszych braci i sióstr chodziłam na pierwsze wiejskie dyskoteki. Repertuar stanowił zbitek disco, rocka i czego sie dało z przyniesionych przez nas samych kaset. Kaset, których jakość wołała o pomstę do nieba, wielokrotnie przegrywanych, kopii kopii z szumami, trzaskami. Ciągle się rwących i sklejanych pieczołowicie taśmą klejącą. Z braku odpowiedniej ilości sprzętu przewijanych na ołówku, aby dotrzec do odpowiedniej piosenki, którą akurat chciało się puścić. Ten kto miał wówczas magnetofon dwukasetowy ten był gwiazdą towarzystwa i generalnie debeściakiem. Ja sama wybłagałam taki u chrzestnego na komunię, nakichawszy na proponowany mi rower (przypominam, ze cyfrówek i komputerów nikt wówczas nie dostawał, bo ich zwyczajnie nie było w obiegu, o modzie nie mówiąc). Do tej pory w pudełku, które zostawiłam u rodziców w domu mam relikty tamtych czasów i nieliczne oryginalne kasety, o które primo było trudno, secundo – stanowiły poważny wydatek na ówczesne czasy. Nikt nikomu nie żałował, pożyczało się kasety, kopiowało, pożyczało kopie innym. I co dziwne nikt jakoś wówczas nie mówił o okradaniu kogokolwiek a nie sądzę, aby artyści nie zdawali sobie sprawy z tego, ze tak się właśnie dzieje. Nie sądzę też, aby sami robili inaczej i nigdy nie pożyczali niczego od znajomych, pomimo iż tak dumnie obnoszą się z tym, że oni nie kradną. Nic mi nie wiadomo także, abym wychowywała się w środowiskach patologicznych, gdyż znajomi z innych miast mają podobne wspomnienia z tego okresu. To samo dotyczyło filmów na kasetach vhs, tak straszliwym zabytku, że osoby poniżej 18 lat mają prawo nie wiedzieć co to za dziw.

I proszę, wystarczyło jakieś kilkanaście lat i zmiana nośnika, aby nagle dzielenie się muzyką i filmami zaczęło być nazywane kradzieżą. Niewątpliwie teraz jest łatwiej, szybciej i dzielimy się nie tylko ze znajomymi, ale czy to zmienia aż tak wiele ? Czy wszystkie ukochane kasety mam wyrzucić na śmietnik ? Chyba nie o to w tym wszystkim chodzi…


%d blogerów lubi to: