Żałoba narodowa po handlowej niedzieli

Wrzesień 20, 2009

„Mnie nie trzeba za wiele,
taki jestem od lat:
trochę słońca w niedzielę,
żeby słońce i wiatr;

lubię patrzeć z uśmiechem,
lubię w dal i na wprost,
lubię z mostu na rzekę,
lubię z rzeki na most:… „

Niedziela nad Wisłą- K.I. Gałczyński

Większość z nas tak jak Gałczyński nie chce wiele – poranna kawa, wiadomości, potem spacer czasem jakieś zakupy, kawiarnia… Dzień wolny, czasem jedyny w tygodniu, wypełnionym po brzegi pracą i innymi zajęciami, jak w piosence „Niedziela będzie dla nas” – prania, zebrania, dyżury i w końcu upragniona niedziela. Dzien, który każdy chciałby spędzać według własnych upodobań, do tego stopnia, że pamiętam wygrany proces Włocha i ogromne odszkodowanie za to, że w związku z awarią prądu nie mógł obejrzeć meczu, co jest jego podstawowym prawem obywatelskim. Co mogą Włosi nie dla nas, gdyż nasze wspaniałe państwo a ściślej rzecz biorąc rząd, chce nas uszczęśliwić na siłę. O ironio wolną niedzielą.

Niedzielą, w którą czynne będą wyłącznie stacje benzynowe, apteki, sklepy na lotniskach i na dworcach. Może i nie znam się na gospodarce, ale to co ma być korzyścią dla pracowników, których chce się obdarować wolnym dniem, który mają spędzić jak PiS i Kościół przykazał na mszy a potem na niedzielnym obiadku u teściowej, może się okazać niedźwiedzią przysługą. Rzeczony pracownik będzie mógł się już wkrótce cieszyć siedmioma dniami wolnymi. W końcu co zrobią właściciele kawiarni, które jedynie w niedzielę generują przyzwoite zyski albo butików z ubraniami. W końcu kto ma w tygodniu czas na buszowanie wśród wieszaków. Zabicie konsumpcji wydaje się służyć jedynie interesom Kościoła – jak ludzie stracą pracę, gdyż zabicie konsumpcji spowoduje lawinę kryzysu, który nas podobno omija, będą mieli więcej czasu na przesiadywanie w kościołach. Stanie się to jedyną rozrywką, dostępną niemal za darmo –  i muzyka i spotkanie ze znajomymi – full wypas. Na dodatek prezydentowi udało się już niemal zapanować nad treścią a przynajmniej charakterem nadawanych w telewizji i zamieszczanych na portalach treści. Niestety, ale prezydent dał się wpędzić w błędne koło ogłaszania żałób narodowych. Z ciekawości sprawdziłam – od 1997 roku do 2005 – żałoba była ogłaszana sześć razy, od czasów prezydentury Kaczyńskiego – sześć razy. Wystarczy zajrzeć na dowolne forum internetowe, aby zobaczyć czarno na białym, że Polacy mają już dosyć przybierania żałobnych szat po każdej większej i mniejszej katastrofie. Nie wierzę, że nikt tego prezydentowi nie powiedział, no chyba, że podziela opinię swego brata i się naszym zdaniem nie przejmuje, ale sedno sprawy leży gdzie indziej. W końcu skoro żałobę narodową ogłoszono po śmierci handlarzy gołębiami, górników, lotników, 3 przypadkowych Polek, które miały pecha być akurat w Londynie i pasażerów autokaru to każda grupa zawodowa wywiera teraz presję, aby i ich tragedię uznać za sprawę narodową. Czy 7 nauczycieli jest gorszych od 12 górników albo 8 lekarzy. Oni dostali a my to co ? Proponowałabym pójść dalej i ogłosić dniem żałoby każdy poniedziałek, z powodu kolejnych ofiar na drogach, wzmocnić nakaz postu piątkowego z niewielkim dodatkiem umartwiania a niedzielę jako dzień święty obwarować zakazami rodem z judaizmu, m.in. liczbą kroków jakie wolno zrobić. Co sobie będziemy żałować. Wówczas poeci dadzą w końcu spokój niedzieli i będą się zachwycać wtorkiem albo czwartkiem, spędzonymi bezpiecznie w pracy.

Korzystając z tego, że jeszcze mogę chyba powinnam udać się na zakupy, tak dla zasady, nie będzie polityk pluł mi w twarz ni zakupów mi zabraniał.

PS. A jak nam zabiorą zakupy w niedzielę to też ogłośmy żałobę narodową! W końcu będzie jakaś uzasadniona szczerym żalem narodu.




„Rarka” – ki diabeł ?!

Wrzesień 10, 2009

Reklama Plusa z tajemniczą rarką w treści zrobiła na mnie wrażenie raczej średnie. Przelotnie zastanowiłam się ki czort ta rarka, uznałam, że widocznie kolejne słowo ze slangu młodzieżowego, zaczerpnięte z angielskiego, mające dla mnie tyleż sensu co i niesłynna „slamerka” z reklam Orange i tyle.  Zarzekłam się jeszcze, że nie sprawdzę cóż to może być i nie dam satysfakcji agencji reklamowej a co a telefonu w sieci Plusa więcej nie kupię, bez względu na wysiłki Mumio i dałam sobie spokój.

A przynajmniej miałam zamiar, gdyż rarka okazała się wszędobylska. Do ponownej refleksji skłonił mnie artykuł w „Newsweeku”, w którym ni mniej ni więcej tylko „rarka” została okrzyknięta zagwozdką roku 2009 dla lingwistów, nie wiedzących cóż z owym dziwolągiem uczynić. Wiadomo iż język ewoluuje i powstają spontanicznie różne tworki i potworki, ale to…  Co innego naturalny neologizm, powstały gdy  kiedyś komuś zabrakło kilku liter w smsie, dając początek słowom takim jak „nara” czy „pozdro”  a co innego słowo, stworzone przez specjalistów od piaru, na potrzeby kampanii reklamowej. Duża szansa zatem, że się nie przyjmie. Taką kompletną klapę zanotowało na swoim koncie słowo „wyprz”, którego nie używają ani moi znajomi ani nawet przypadkowe osoby z internetu, zapytane przeze mnie w spontanicznej sondzie zorganizowanej na blipie.  Szczerze mówiąc rarce też nie wróżę wielkiej kariery. Nawet kiedy już wyjaśniono nam łopatologicznie, iż ma to być oznaczenie czegoś rzadkiego (lac. rarus, ang. rare), rarytasu, gratki to… Nawet  rzekomy celowy szok literacki „Rarka Plusa – Lalka Prusa” nie szokuje. Może dlatego, że podobną grą słowną od „gra półsłówek” jest „sra półgłówek”, co nawet odpowiada ostatecznemu rezultatowi. Wiele hałasu o nic i  zaśmiecony język na dokładkę.  No, jako plus da się odnotować to, że lingwiści mają jakieś zajęcie, gdyż inaczej ze względu na okrągłą rocznicę urodzin Julka S., próbowaliby po raz z setny ustalić czemu wielkim poetą był, na podstawie analizy artyzmu języka 😉

Koniec i bomba a kto czytał ten pomidor (nie kopytko!)


Już nie ma dzikich plaż…

Wrzesień 9, 2009

Tuskany2

Już nie ma dzikich plaż, na których zbierałam bursztyny… – śpiewała niegdyś Irena Santor.

Nie ma dzikich plaż, dzikich zakątków i niezbadanych wysepek. Cywilizacja już dawno w swoim niezaspokojonym dążeniu do odkrywania świata, dotarła do  większości dzikich zakątków, na każdą wysepkę, a nawet na bieguny. Nie ma już miejsca, którego nie opanowałyby „zdobycze” techniki lub chociażby ich pokłosie w postaci śmieci, foliowych torebek i pustych butelek.

Puste plaże Juraty, o których śpiewała p. Irena, są  marzeniem, coraz bardziej nierealnym. Trudniej z każdym rokiem uciec od innych ludzi i napawać się prawdziwym spokojem. Kumkanie żab i cykanie świerszczy zagłuszane są łomotem z radia, bez którego wiele osób nie potrafi obyć się nawet na urlopie. Wieczorami częściej słychać ogłuszający ryk motocykli niż odgłosów nocy, takich jak chociażby szum wiatru w gałęziach drzew.

Troszkę to smutne refleksje po urlopie, ale jednak… Nawet wśród wzgórz Toskanii, w wiejskim domu otoczonym drzewkami oliwnymi słychać było odgłosy z pobliskiej drogi czy hałaśliwych sąsiadów.  Pomiędzy szczepami szlachetnych winogron, używanych do produkcji klasycznego chianti widać słupy telegraficzne.  Szkoda, ale … Cóż zrobić, nie będziemy walczyć z przeznaczeniem. W końcu trudno się dziwić, że inni też chcą się nacieszyć wspaniałą toskańską przyrodą, jeśli nawet nie zbierając muszelek ani bursztynów to chłonąc słońce przy szklaneczce wina i nabierając energię na cały długi rok pracy…


%d blogerów lubi to: