Eurowybory – nie było nawet kiełbasy

Czerwiec 9, 2009

Parafrazując znane powiedzenie ma się ochotę powiedzieć „wybory, wybory i po wyborach”.  Tyle tylko, że po świętach zostaje nam przynajmniej zwykle za dużo jedzenia, to po tych wyborach nie ma nawet skórki po kiełbasie. Wyborczej.

Jak daleko sięgnę pamięcią, do czasów gdy byłam już uświadomiona politycznie, chociaż nie mogłam jeszcze głosować, podczas każdych wyborów metaforyczny stół aż uginał się od wyborczej kiełbasy. Ci obiecywali rolnikom, tamci nauczycielom, „ukarzemy aferzystów”, „odbierzemy esbekom emerytury”, „rozliczymy prywatyzację„, itd. Ludzie wierzyli, nie wierzyli, ale mogli wybrać dowolną kiełbasę- ludową, lewicową, konserwatywną… W tym roku nawet kiełbasy nie było. Nikt nawet nie próbował udawać, że ma wizję, pomysł, chce się wykazać. Niewiele było nawet autoreklamy i zdjęć na tle rodziny, obowiązkowo wielopokoleniowej, włącznie z pradziadkiem; łanów zbóż; ludu pracującego miast i wsi… Za to mieliśmy wiele hałasu o nic a raczej o spoty wyborcze. Codziennie włączając telewizor można było się dowiedzieć o nowym spocie anty-PiS albo anty-PO. Kto kogo obraził, oszkalował, podebrał aktorów, naruszył wizerunek, przeplatanych nową konferencją Libertasu, Zawiszy, Ganleya albo chociaż ubolewań nad znikomą ilością tychże. Dowiedzieliśmy się gdzie kto ma rolników, o pozostałych grupach zawodowych jakoś nic się nie słyszało, może poza stoczniowcami, ktorzy ugrali dla siebie obchody rocznicowe. Braki można by wyliczać długo a zasadniczy jest jedne – nikt w tych wyborach nawet nie próbował udawać, że ma jakiś program. A jeśli go miał to starannie to ukrył, chyba na wszelki wypadek, aby sobie nie zaszkodzić. Wybijanie się ponad przeciętność jest źle widziane. Zawsze można w końcu pokazać nagą klatę, szczególnie po to aby ukryć brak języka  -obcego.

Wyborcy pokazali zatem, że kiełbasa im się należy i pomimo apeli do urn poszli wyjątkowo nielicznie. Chyba, ze ktoś uważa wynik 25 %-owy za osiągniecie, tylko dlatego, że poprzednio głosowało jeszcze mniej. A nawet jeśli Polacy mieli ochotę głosować to skutecznie im to utrudniono. Wiem, bo sama chciałam zagłosować poza miejscem zamieszkania. Panie w urzędzie podawały mi i innym nieszczęśnikom okres dopisania się do listy wyborczej od dni 100 do 7, w miejscu zameldowania lub zamieszkania  i kazały zabrać ze sobą dowód osobisty/kartę szczepień psa/karteczkę od spowiedzi i dzielnicowego, który potwierdzi, iż faktycznie mieszkam, gdzie twierdzę iż mieszkam. Pomocą posłużyło dopiero google i forum dla gejów, gdzie jasno i wyraźnie było napisane co, jak, gdzie i dlaczego. Zbrojna w wiedzę dopisałam się do listy bez większych problemów, przez co aż do momentu głosowania nie wierzyłam, że niczego nie popsuto i na liście będę. Tak, ciekawy sposób zachęcenia do wyborów. Niewidomych i niepełnosprawnych na przykład się zachęca.  Tych samych, którzy podczas kolejnych wyborów upominają się o ułatwienia i co wybory sprawa odkładana jest do lamusa do kolejnego głosowania.  O ilości informacji o lokalizacji lokalu wyborczego nie wspomnę z czystej litości i aby nie kompromitować stolicy przed innymi miastami, gdyż wyraźnie przyjęła strategię ” Chcesz głosować ? Sprawdź se sam”. W internecie, byle nie w urzędzie, bo panie też nie będą wiedziały.

Zadziwiające, że aż 1/4 Polaków przez te kolczaste zasieki chciało się przedzierać. Szczerze mówiąc sama sobie się dziwię…

Wybory przeszły, życie toczy się dalej i nie widać ani kiełbasy ani nawet „energii dla Warszawy”. Nawet takiej, która spowodowałaby zniknięcie szpecących wszystko plakatów wyborczych. Cel osiagniety, reszta jest milczeniem…

Reklamy

ESD i chłopak na monocyklu

Czerwiec 6, 2009

505

Szaro, brzydko… zmęczona po pracy… Sama nie wiem dlaczego przypomniał mi się chłopak na monocyklu. Być może dlatego, że ten zabawny epizod, rozjaśnił szarość poniedziałkowego poranka. Trudno to nawet nazwać epizodem, ot kilka minut, tyle ile trwa czerwone swiatło na przeciętnym skrzyżowaniu. Jechałam jak co dzień do pracy autobusem, stalismy na skrzyżowaniu a z naprzeciwka nadjechał chłopak na monocyklu… Pozazdrościłam mu swobody, gdyż wyraźnie nie tylko nigdzie się nie śpieszył, ale i nie musiał stać w korku a nade wszystko promieniowała z niego jakaś radość życia. Nieświadomie chyba uśmiechnęlam się przez wielką szybę, on pojechał… Na tym powinno się skonczyć w tym smutnym kraju, ale nie. Za chwilkę zobaczylam, że jedzie tyłem, wyraźnie na mnie zerkając. Roześmiałam się już pełną buzią i śmiałam się te dwie czy trzy minuty, kiedy paradował przede mną wydurniając się. Autobus ruszył… Pomachaliśmy sobie na pożegnanie i już.  Uśmiechałam się jeszcze ładnych kilka minut, nawet dni, kiedy stałam na skrzyżowaniach i przypominała mi się ta scenka. Ów chłopak pewnie do tej pory o tym zapomniał….

Ja pewnie też bym zapomniała, gdyby nie to, że  przypomniała mi się książka(jakby inaczej) dla podlotków, bodaj Małgorzaty Musierowicz, za której twórczością, zdecydowanie przesłodzoną, raczej nie przepadałam i nie myślałam, ze nagle pojawią się z jakichś zakamarków pamieci. Ale akurat nie wiem czemu przypomniało mi się jak w jednej z książek bohaterowie przesyłali ESD – Eksperymentalny Sygnał Dobra, uśmiechając się do ludzi. Dzielili skutkami. Morałem był wniosek, że tylko szczery prawdziwy uśmiech działa i powoduje, że ludzie też się uśmiechają. Szkoda tylko, że częściej patrzą się jak na wariatkę.

Dlaczego o tym piszę ? Jechałam dzisiaj autobusem z pracy, wsród ludzi okutanych w kurtki, z parasolkami i żałowałam, że nie ma żadnego chłopaka na monocyklu…  Jeszcze bardziej żałuję, że większosć osób nie jest w stanie zrozumieć sensu, takiego epizodu. Ci, którym  opowiedziałam tę historię zwykle nie potrafili… Trudno, ich strata. Ja wolę jak w piosence Dżemu „iść własną drogą i uśmiechać się do ludzi”…


Zawód

Czerwiec 1, 2009

Stanę się zgorzkniały i stracę zaufanie do ludzi, bo zawiódł mnie jeden człowiek.

P. Coelho


%d blogerów lubi to: