Bezsenność

Grudzień 27, 2008

No nic, przecież nic się nie stało
Znów nie spałaś, znów liczyłaś gwiazdy
I znów wyszło ci, że szczęścia jest zbyt mało
I że świat ma tylko szare barwy

* Autor: Agata Budzyńska, Nic się nie stało


Nowy rok, czyli o nadziei

Grudzień 20, 2008

Pamiętasz przecież, przyjacielu, te wszystkie dni, nadzieję tak wielką, że aż bolała, i zwątpienie, które korzystało z najmniejszego wyczerpania, żeby przyjść i zabić nadzieję.

— Halina Poświatowska Opowieść dla przyjaciela

Nowy rok, nowe ? No właśnie, co ? Plany, marzenia, porażki ? Wiele, chyba nawet zbyt wiele myślę ostatnio o zdarzeniach minionego roku i o tym, co przyniesie nowy. Chciałam ten rok jakoś uporządkować, ładnie zamknąć i odłożyć na półkę z pieczątką „Załatwiono”, ale nie potrafię. Niektóre zdarzenia wydają mi się tak odległe jak gdyby minęły już lata, inne bolą tak, jak gdyby zdarzyły się zaledwie wczoraj.

Próbowałam dokonać racjonalnego podsumowania i zdałam sobie sprawę z tego, że nie mogę. Każda ocena jest skażona aktualnym stanem ducha. Zadowolona z życia zapewne nawet straszliwe wpadki skwitowałabym z uśmiechem, mówiąc – zdarza się. Niestety w chwili obecnej cały ten rok wydaje mi się jednym, niekończącym się pasmem porażek a radości i osiągnięcia są zabarwione jakby posmakiem goryczy. Witanie Nowego Roku w wakacje ma jednak wbrew pozorom wiele sensu. Jak bowiem mieć nadzieję na to, że nowy rok przyniesie coś lepszego, w grudniu, gdy pogoda za oknem nie nastraja optymistycznie nawet osób względnie zadowolonych z życia, nie mówiąc już o tych, którzy nie mają zbyt wielu powodów do radości.
Są lata, które mijają spokojnie, bez wzruszeń i prawie się ich nie pamięta. W tym roku na mojej ścieżce wciąż pojawiały się zakręty i pagórki: pamiętne urodziny, egzamin, przeprowadzka do innego miasta, rozmowy kwalifikacyjne, kolejne zmiany miejsc pracy, śmierć przyjaciela, rozstanie, brutalne rozwianie nadziei na poegzystowanie sobie w ciepłym dołku we względnej stabilizacji, choroba mamy… Niby są także rzeczy, które mi się udały, ale o każdej z nich ja sama wiem i czuję, że to nie do końca to. Nie to co chciałam, nie tak jak chciałam. I nie poprawia tego uczucia świadomość, że wszyscy wokół powtarzają mi, że to może być dopiero początek, ładny wstęp do czegoś, co może być kiedyś fajne, ważne, stanowić sens życia. Kto wie, może. Może i mi uda się kiedyś mieć życie poukładane ładnie na półeczkach.

Z drugiej strony twierdzenie, że dokonywanie podsumowań jest równie zwodnicze jak wszelkie inne zestawienia nie przekonuje mnie do końca. W końcu wiadomo, że coś, co wydawało się nam największym osiągnięciem ubiegłego roku, jutro może się skończyć, obrócić przeciwko nam, zaboleć. A to co nas bolało przestanie mieć znaczenie, może coś się zmieni. Ale… Życie już takie jest – nieprzewidywalne, czasem nagrodzi, częściej kopnie lub zada cios w plecy. Gdyby zakładać, że coś nie ma sensu, bo jutro może być całkiem inaczej świat byłby straszny. Pozbawiony ludzi z pasją. Nikt nie uczyłby się języków, grania na instrumentach, nie próbował wynaleźć leku na wszystko. Ludzie by się nie wiązali ze sobą, nie kupowali mieszkań, samochodów, nie podróżowali. Jako uzasadnienie podając, a co jeśli za rok/dwa/pięć wszystko się zmieni, że to chyba nie będzie to; że nowy, wymarzony samochód się popsuje a w Indonezji na pewno są pijawki… Carpe diem. Po co komplikować sobie dodatkowo życie ?! Nie mamy wpływu na przyszłość, ale mamy na teraźniejszość. Cieszmy się tym, co mamy, aby dokonując podsumowania za rok móc powiedzieć, że się żyło nie wegetowało z obawy przed porażką lub licząc na to, że może coś się samo zmieni.

W ubiegłym roku przewrotnie oszukałam tradycję noworocznych postanowień, wykpiwszy się stwierdzeniem, że postanawiam postanowić coś w przyszłym roku. Zastanawiałam się uczciwie co mogłoby to być. Stworzyłam nawet ja i kilka innych osób nawet listę, która mogłaby być parodią tej z „Dziennika Bridget Jones”: rzucenie kawy, papierosów, zdrowe odżywianie się, odchudzenie o kilka kilo, nauka języka co najmniej godzinę dziennie… Czytam tę listę, śmiejąc się przez łzy i tak naprawdę wiem, że w tym roku będę miała tylko jedno postanowienie a w zasadzie dwa. Nie robić żadnych planów i nie żyć złudnymi nadziejami . No i móc powiedzieć za rok o tej samej porze, że tego roku nie zmarnowałam.


„Pozwól mi wejść”

Grudzień 17, 2008

wampir

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,
Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.

Po obejrzeniu filmu „Wpuść mnie” (åt den rätte komma in) od razu zaczęłam żałować, że nie znałam wcześniej książki. Wydaje mi się, na podstawie tego, co zobaczyłam, że aczkolwiek percepcja może być już trochę skażona wizją reżysera, to jednak warto poznać myśl pisarza. Poznać, przynajmniej na tyle, na ile pozwoli niedoskonałość wszelkich przekładów i skostnienie własnego umysłu, który mimo wszystko trudno czasem przyjmuje obrazy inne, niż te do których przywykł. Po raz kolejny okazało się, że przyjęcie podpowiedzi, sugestii, aby zapoznać się z czymś, co na pierwszy rzut oka wydaje się przereklamowane, pseudoambitne lub zwyczajnie nudne może okazać się pozytywnym zaskoczeniem.

Zafascynowana filmem i pewną wizją, która mi się nasunęła zaczęłam czytać recenzje, szukając niejako rozwinięcia lub potwierdzenia swojej tezy, czego w myśl przyjętego modus operandi nigdy nie robię przed obejrzeniem filmu. Jak się okazało słusznie, gdyż film, w kręgach znawców i tych którzy się za znawców uważają, zyskał sobie miano „ambitnego”, efektem czego były mniej lub bardziej koszmarne wywody mielące w nieskończoność pogląd jak to się kino europejskie różni od amerykańskiej papki. Co za tym idzie zaowocowało to licznymi recenzjami, niestety, mającymi niewiele wspólnego z tym, co mnie interesowało w filmie najbardziej.
Przyjaźń zastraszonego 12-letniego Oskara z Eli, która okazuje się być wampirem to przede wszystkim znamienne jako ilustracja tego jak bardzo potrzebujemy akceptacji. Samotny, niepewny siebie chłopiec rozpaczliwie pragnął czyjeś uwagi, chociażby zainteresowania, którego nie zaznał na co dzień. Dziewczynce, która w ogóle zwraca na niego uwagę, pożycza to, co ma najcenniejsze – kostkę rubika. Drobiazg niby, niewielki i nieistotny, ale nabiera symbolicznego wręcz znaczenia. Z czasem ofiarowuje tej jednej istocie, która go zaakceptowała takim, jakim jest swoją niedojrzałą jeszcze miłość, pierwsze uczucie. Uczucie tym silniejsze, że Eli dala mu bezcenny dar – wiarę w siebie, poczucie, że ktoś przy nim stoi, akceptuje go. To dało mu siłę by stawiać czoło okrutnej rzeczywistości. Dlatego Oskar wolał udać się z Eli na tułaczkę, dzieląc jej samotność niż ją stracić.

Elementem kluczowym jest jak dla mnie również tytuł, tłumaczony jako „wpuść mnie’ lub „pozwól mi wejść”. Prześladowany, samotny chłopiec, który na co dzień wszystkie emocje tłumi w sobie, w głębi duszy pragnie zemsty, rewanżu. Budzi się w nim instynkt mordercy, który chce by jego prześladowcy cierpieli, krzyczeli ze strachu przed nim. Przed chłopcem, który w szkole jest popychadłem. Eli, która jest wampirem, nie może wejść, jeżeli nie zostanie zaproszona. Grozi jej to śmiercią. Zło, które Eli uosabia, śmierć i samotność, nie mają dostępu do ludzkiej duszy i serca, jeżeli sami ich nie zaprosimy. Nieszczęście, upokorzenie, samotność możemy przezwyciężyć lub się im poddać. Być może następnym razem to Oskar poprosi Eli, aby pozwoliła mu wejść do jego świata, mrocznego, samotnego, wypełnionego śmiercią. Wszak dla osoby, która jest bezgranicznie samotna i nieszczęśliwa zło jest pociągające. Wydaje się łatwiejszą drogą, podobnie jak samobójstwo.

„Pozwól mi wejść” to film, pozwalający nam wejść głębiej w samych siebie i zrozumieć także nasze motywy postępowania. Większość osób, poza skrajnymi egocentrykami skupionymi wyłącznie na sobie, jest gotowych na wiele dla zdobycia przyjaźni lub chociażby uwagi innych. Chociażby jednej osoby, która przyjęłaby nas takimi, jakimi jesteśmy, nie próbując nas zmieniać. Ofiarowując symboliczną kostkę rubika, wyciągając rękę z tym, co mamy najcenniejsze – naszymi uczuciami, ofertą przyjaźni prosimy o akceptację. Bez słów prosząc: „Pozwól mi wejść”. Podobnie jak Eli stajemy się wówczas całkowicie bezbronni, bliscy śmierci, jeżeli nie dostaniemy zaproszenia, mając wówczas do wyboru – zginąć lub odejść, co nie zawsze stanowi dużą różnicę.
Pozwól mi wejść to słodko-gorzka opowieść to życiu, miłości i śmierci. Trzech najważniejszych sił, kierujących ludźmi. Ludźmi, którzy tak często wysyłają niemą prośbę „pozwól mi wejść”…


Zły dzień…

Grudzień 10, 2008

Zły dzień. Kontynuacja złego tygodnia. Kontynuacja złego miesiąca. Kontynuacja złego roku. Kontynuacja złego życia…

Martinez


%d blogerów lubi to: