Najkrótsze są te godziny, kiedy umiera się z cierpienia!

Listopad 25, 2008

Nie drwij, najkrótsze są te godziny, kiedy umiera się z cierpienia! (…) Jestem zupełnie złamany, jestem u kresu sił, ale to nic nie szkodzi, nie masz pojęcia jak ja kocham życie!…  (…) Jeżeli sądzisz, że stajesz się mocny unikając cierpienia i wyrzekając się popełniania głupstw, to grubo się mylisz! Jesteś po prostu naiwny, nic więcej!… (…) Zdechnąć, to zdechnąć  — ja wolę zdechnąć z namiętności niż z nudów!

E. Zola , Au bonheur des dames.

Reklamy

W moim magicznym miejscu

Listopad 23, 2008


„Tak w każdym miejscu i o każdej dobie

Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,

Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,

bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.”

Magiczne miejsce… Sama nie wiem dlaczego użyłam akurat tego określenia, które  stało się już tak bardzo spospolitowane, ale jednocześnie, przynajmniej jak dla mnie, jedyne odpowiednie. Być może już coś takiego jest, że niektóre miejsca, ludzie, przedmioty są właśnie takie, że nabierają dla nas szczególnego znaczenia, nawet wtedy gdy na razie są jeszcze marzeniem lub są już jedynie przebrzmiałym echem dawnych czasów. Po prostu magiczne.

Gdybym miała w końcu tę tablicę, której od kilku miesięcy nie mogę kupić, mogłabym się pobawić w coś podobnego do zabaw pedagogicznych: w chmurki tagów, połączone z mapką.  Na mapce umieściłabym może punkciki, może chorągiewki albo jakieś pamiątki związane z miejscem, osobą, marzeniem. Niektórzy mają swoje sekretne pudełka a ja swoją mapkę, na razie gdzieś głęboko w myślach i w sercu, upstrzoną punkcikami.

Tak wiele chciałabym tam zawrzeć. Pokazać miejsca o szczególnym dla mnie znaczeniu, tak wiele jeszcze dodać miast, krajów, w których jeszcze nie byłam. Najbliższe mi miejsca … Mam takich wiele i tak naprawdę trudno powiedzieć czasem, co jest w nich tak niezwykłego. Może nawet nie chcę z obawy, że ktoś nie zrozumie, wykpi… Takie np. Łazienki. Miejsce, które najbardziej kojarzy mi się z Warszawą, Warszawą jeszcze z czasów, gdy tu nie mieszkałam. Byłam w nich zaledwie tydzień temu i wszędzie czekały na mnie duchy przeszłości „gdziem z tobą bywał, gdziem się z tobą bawił” a jednocześnie były zupełnie inne. Ustrojone w jesienną szatę piękne, pełne życia z tymi drzewami w złotych i czerwonych koronach, ale jednocześnie czuło się coś majestatycznego, czego nie  było wiosną. Powiew historii może lodowate tchnienie zimy, czającej się tuż, tuż.  Tak trudno to ująć w słowa.

Przywołując wspomnienia przychodzi mi na myśl tyle miejsc. Barbakan i stare miasto, które tak pięknie wyglądają w nocy. I kazimierska Góra Trzech Krzyży oświetlona sztucznymi ogniami, na którą weszliśmy w Sylwestra, aby lepiej widzieć miasteczko nocą.  Święty Krzyż, na który wdrapałam się w szpilkach a wracając zgubiliśmy się w straszliwej mgle. Jak to zawsze ja, jak to prawie wszyscy ze mną.  Bieszczady…

Ale to nie wszystko, jest jeszcze tyle chorągiewek na mojej mapce. Przecież w tylu miejscach jeszcze nie zdążyłam być. Te chowam głęboko, aby nieopatrznym słowem nikt ich nie sprofanował, nie odebrał uroku, nawet nieświadomie.  Są też czarne plamki – miejsca do których nigdy nie wrócę lub nigdy nie pójdę, gdyż zbyt wiele wiąże się z nimi smutnych wspomnień. Ale i takie, które po prostu zupełnie mnie nie interesują. Stanowczo wykreślam nocne kluby, gdzie niczym krowa na targu trzeba poddać się selekcji. Wszystkie sushi bary po tym jak ostatnio skusiłam się na ten wątpliwy smakołyk i … i nie mogłam go przełknąć, więc żułam straszliwie długo, gdyż wrodzone dobre wychowanie nie pozwoliło mi go wypluć.  I wszędzie tam gdzie jest zimno… i…

Magiczne miejsca mają to do siebie, że nie da się racjonalnie wytłumaczyć komuś co dla ciebie znaczą. O ich znaczeniu nie decyduje żadna wartość obiektywna, lecz wspomnienia, czas, to „coś”, co sprawia, że jedynie czytając o jakimś miejscu mówimy sobie, że to koniecznie kiedyś muszę zobaczyć. Być może to kiedyś nigdy nie nastąpi, ale …

Magicznym miejscem jest dla mnie nawet ten blog. Niewiele na nim piszę, chcąc zachować jego charakter. Chcę, aby był miejscem, gdzie naprawdę piszę z potrzeby a nie dlatego, że kolejne cyferki na kalendarzu z prawej strony świecą niepokalaną bielą, świadczącą, że nic tego dnia nie dodałam. Dlatego tak wiele jest tu pustych miejsc, białych stron… Chciałabym po latach tu wrócić i przeczytać zapis swoich uczuć, przeżyć, myśli, którymi chciałam się podzielić, małych smuteczków i małych radości a nie relację ze wstawania z łóżka i obierania kartofli. Przeczytać to czym żyłam, co mnie cieszyło a co smuciło. Wrócić do  tekstów piosenek, które mogłyby być napisane przeze mnie i cytatów osób, które jakby czytając mi w myślach, już dawno wypowiedziały moje uczucia, czyniąc to daleko lepiej niż ja kiedykolwiek będę w stanie. Taki pamiętnik – nie pamiętnik.

Magiczne miejsca… Nawet jeśli wspomnienie powoduje, że niespodziewanie w oczach pojawią się łzy, warto je mieć i pielęgnować pamięć. Wszak one także są cząstką nas samych, „bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił”.


Home, sweet home…

Listopad 16, 2008

„Tam gdzie był mój rodzinny dom
W pustych ścianach wieje tylko wiatr(…)

To co masz, to suchej ziemi garść
Twój największy i jedyny skarb”

Home, nothing like home.. Powiedzenie to żyje zapewne w wielu językach. Nie ma jak w domu ?

Przyjeżdżając co jakiś czas do domu rodzinnego za każdym razem mam zupełnie inne uczucia. Za pierwszym razem wręcz strasznie nie chciałam wracać do stolicy. Miałam powody, dla których powinnam a nawet takie, dla których chciałam wrócić, ale z drugiej strony tak bardzo pragnęłam zostać. Zostać tutaj, gdzie znałam każdy kąt, wszystko i wszystkich. Gdzie umiałam bez żadnego problemu, szukania, pytania załatwić każdą sprawę i problem, który „na wygnaniu” wiązał się z wysiłkiem i trudnościami.Wyjeżdżałam ze łzami w oczach, przełamując się, z musu. Miałam przy tym poczucie, że po pierwsze nie mam wyboru, gdyż sama sobie wybrałam taką drogę i nie mam prawa się poddawać przy pierwszej okazji. Wyjeżdżałam ze świadomością, że tam nigdy nie będzie mój dom.

Kolejny pobyt w domu był już mniej traumatyczny. Nadal czułam się bardziej u siebie w rodzinnym miasteczku Tutaj przyjechałam załatwić ważne sprawy, tutaj miałam przyjaciół. Tym razem jednak wracałam bez smutków i żalów, wiedziałam, że jest ktoś, kto mnie przywita, że mam po co i dla kogo wracać. Miasto, do którego rzucił mnie przewrotny los, nie wydawało mi się już takie obce. Czułam się raczej jakbym wracała po trosze do siebie, na „swoje” po krótkiej wycieczce.

Na swoje albo i nie, gdyż nie wiedząc jak będzie wyglądała moja dalsza sytuacja w pracy zastanawiałam się często, o wiele częściej niż się do tego przyznawałam, nad swoją przyszłością w wielkim mieście. Z jednej strony samodzielne życie, niezależność finansowa bardzo mi się podobały… Z drugiej jednak strony… Gdy mój w miarę bezpieczny azyl, który z takim wysiłkiem budowałam, powoli rozsypywał się dzień po dniu i zużywałam wszystkie siły walcząc z przeciwnościami losu, podpierając walącą się budowlę, która osypywała się bezustannie i gdy tylko załatałam problem w pracy, natychmiast pojawiał się w życiu prywatnym i na odwrót. Wiedziałam wówczas, że jeśli okaże się to konieczne bez żalu wrócę do domu, zostawiając zgliszcza budowli, która miała szansę być piękna, a której nie dane mi było uratować. Wiedziałam, że tylko tam będę w zaciszu lizać rany i starać się odbudować poczucie własnej wartości.

Życie jak to zwykle bywa okazało się przewrotne. Gdy tylko udało mi się odbudować ściany mojego małego azylu, wpadła trąba powietrzna i zniszczyła wszystko co było w środku, pozostawiając po sobie na zgliszczach tylko garść muszelek „największy i jedyny skarb”. Poczułam wówczas jak bardzo nie chcę tam być i jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że tynkując pięknie ściany, zamknęłam sobie drogę powrotu. Przynajmniej na razie.

„Dobrze wiesz, trudno wolnym naprawdę być
Wolność to tylko złuda i miraż
Wiem, że
Lepszy czas  musi przyjść, musi przyjść”

Dziś, po raz kolejny jestem w rodzinnym domu i czuję to samo co za pierwszym razem. A być może teraz jest nawet gorzej. Tym razem czuję, że powinnam chcieć wracać, w końcu nie tylko ściany mam pięknie otynkowane, ale i udało mi się rozpocząć wznoszenie przybudówki. Zarazem jednak któż chciałby wracać do domu, za którego piękną fasadą nic nie ma, jest tak pusto, „w pustych ścianach wieje tylko wiatr”.  To takie proste – zostać w domu, zamknąć się w swoim pokoju i wyzwolić się z jarzma kapitalizmu. Móc wstawać kiedy chcę i nie wstawać kiedy będę wolała zostać w łóżku. Płakać do woli w poduszkę, bo nikt nie będzie patrzył rano na moje zapuchnięte oczy i czerwony nos. Rzucić o ścianę komórką i nie słuchać pytań co się stało. Móc być nareszcie sobą i …. I. zaczynać wszystko, z mozołem od początku.

Toczy koła czas… Zegar powoli odmierza minuty…

Lepszy czas musi przyjść ?



„Kiedy pomyślę sobie, że jutro będzie kolejny dzień taki sam jak dziś…”

Listopad 5, 2008

empty-hand

Pustka… Czytałam kiedyś o personifikacji pustki. Pustki, której nie można było zobaczyć, ale która gdy się pojawiała odbierała chęć do życia tym, którzy znaleźli się w jej strefie oddziaływania. Pokonywała ich wywoływaniem poczucia beznadziejności, odbierała chęć życia poprzez pokazywanie jego bezsensu, miałkości, wszystkiego co zniszczyliśmy, zaprzepaściliśmy, zostało nam odebrane. Czytaj resztę wpisu »


%d blogerów lubi to: