Wołanie przez ciszę…

Październik 15, 2008

„Nadwrażliwość jest jak bilet w jedną stronę stąd…”

Niejednokrotnie zastanawiałam się co kieruje ludźmi, którzy popełniają samobójstwo.

Nie tymi, dla których samobójstwo stanowi jedyne honorowe wyjście z sytuacji i tak naprawdę stanowi akt odwagi a nie tchórzostwa. Nie chciałabym także oceniać tych, którzy zostali tak straszliwie okaleczeni przez los, że nie umiały sobie z tym poradzić. Mam na myśli samobójstwa, o których codziennie czytamy w gazetach – młodych ludzi, którzy targnęli się na swoje życie, gdyż nie mieli już sił na dalszą walkę z przeciwnościami losu. Samobójstwa, na które nie zwrócimy uwagi, dopóki nie dowiemy się o śmierci kogoś bliskiego.

„To życie minie jak zły sen,
Jak tragifarsa, komediodramat…”

Zastanowiłam się nad tym na nowo, gdyż uświadomiłam sobie jak kruche jest życie każdego z nas. Wystarczy czasem nawet chwila, impuls, nagły zawód, zła wiadomość, zwłaszcza jeśli problemy się nawarstwiają, piętrzą od dłuższego czasu… Wystarczy czasem stanąć przy oknie, popatrzeć w dół, na ulicę i pomyśleć, że za chwilę to wszystko może się skończyć. Nie będzie problemów, zmartwień, szarpania się… Większość osób cofa się wówczas raptownie, zdając sobie sprawę z tego, że jeszcze kilka sekund namysłu i faktycznie mogłoby być po wszystkim. Tak łatwo nieodwracanie przerwać nić życia.

„Nie chcę się skarżyć na swój los…”

Depresja ciągle jest u nas lekceważona. Zbywana lekceważącym wzruszeniem ramion – to tylko nerwy, to przejściowe, nie ma co dramatyzować, ludzie mają większe problemy… Zbyt wiele razy osoby, które naprawdę potrzebują pomocy i pomimo wewnętrznych oporów próbują się przełamać, właśnie poskarżyć, uzyskać nawet nie radę, ale odrobinę zrozumienia, zainteresowania, świadomości, że druga osoba rozumie nasz problem i chociaż nie może nam pomóc to jest z nami i nas wspiera są odtrącane i pozostawiane samym sobie a ich problemy lekceważone. A przecież coś, co dla nas jest niewarte nawet miejsca w pamięci, dla innych może być życiowym dramatem. Z chwilą gdy tego wsparcia, kilku słów zabraknie pozostaje pustka, wołanie przez ciszę.

Ciebie wołam, ale cisza i pustka dookoła….”

Samobójstwo często jest wołaniem o pomoc. Wołaniem, które zbyt często zostało usłyszane zbyt późno. Wołaniem, którego nie chcieliśmy słyszeć lub zbagatelizowaliśmy, myśląc, że to nic takiego. Usprawiedliwiając siebie samych, że myśleliśmy, że lepiej będzie się nie wtrącać, że zawsze sobie dawał radę, więc i tym razem będzie tak samo. Wołaniem, którego nie chcieliśmy słyszeć zajęci swoimi sprawami, wypełnieni swoimi problemami, mniej lub bardziej wyimaginowanymi potrzebami. Wołaniem, które wówczas, gdy znajdziemy wreszcie czas, aby odpowiedzieć, okaże się tylko echem, odbijającym się od pustych ścian.

Ty, Panie tyle czasu masz,
Mieszkanie w chmurach i błękicie,
A ja na głowie mnóstwo spraw
I na to wszystko jedno życie.
A skoro wszystko lepiej wiesz,
Bo patrzysz na nas z lotu ptaka,
To powiedz czemu tak mi jest,
Że czasem tylko siąść i płakać.
Ja się nie skarżę na swój los,
Potulna jestem jak baranek
I tylko mam nadzieję że,
Że chyba wiesz co robić Panie?

Ile mam grzechów, któż to wie,
A do liczenia nie mam głowy,
Wszystkie darujesz mi i tak,
Nie jesteś przecież drobiazgowy.
Lecz czemu mnie do niebios bram,
Prowadzisz drogą taką krętą
I czemu wciąż doświadczasz tak,
Jak gdybyś chciał uczynić świętą ….
Nie chcę się skarżyć na swój los,
Nie proszę więcej niż dać możesz
I ciągle mam nadzieję, że,
Że chyba wiesz co robisz Boże?

To życie minie jak zły sen,
Jak tragifarsa, komediodramat,
A gdy się zbudzę, westchnę cóż,
To wszystko było chyba zamiast…
Lecz póki co w zamęcie trwam,
Liczę na palcach lata szare
I tylko czasem przemknie myśl,
Przecież nie jestem (? ) tu za karę.
Dziś czuje się jak mrówka,
Gdy jakiś but tratuje jej mrowisko.
Czemu mi dałeś wiarę w cud
A potem odebrałeś wszystko ?!
Nie chcę się skarżyć na swój los,
Choć wiem jak będzie jutro rano,
Tyle powiedzieć chciałam Ci,
Zamiast pacierza na dobranoc.


Błędy…

Październik 13, 2008

Nigdy się nie zastanawiam, dlaczego popełniłam tak wiele błędów; ledwie zdołałabym to pojąć, natychmiast zdobyłabym się na odwagę albo znalazłabym powód, by znów zrobić to samo.

Aurore Dudevant (George Sand)


Zakazany owoc…, czyli jak przypadkiem wypromować „gwiazdkę”

Październik 4, 2008

Eve Tempted, Apple & Hand

Zakazany owoc ciągle krąży mi nad głową… śpiewał kiedyś młody Krzyś Antkowiak. Krąży, krąży i nie tylko nad moją głową. Zakazany owoc kusi i nęci i pobudza ciekawość. Nie ma chyba lepszej metody zachęcenia do czegoś niż powiedzenie, że tego absolutnie i w ogóle nie wolno. Tak, wiem, truizm. Prawda, z której zdają sobie sprawę wszyscy zdroworozsądkowo myślący ludzie. Niektórzy najwidoczniej jednak albo nie myślą logicznie albo są zbyt zacietrzewieni albo poczucie misji działające jak klapki na oczach.

Media z misją, podległe różnym organizacjom, partiom, kościołom, z uporem godnym lepszej sprawy odsadzają od czci i wiary wszystko co wydaje im się niemoralne, naganne, nieetyczne i zgoła godne potępienia. Tym to sposobem rzucając gromy na każdego artystę, który ośmieli się poruszyć kontrowersyjny temat, żyć w sposób odbiegający od powszechnie przyjętych norm dostarczają nam gotowej ściągawki, na co warto zwrócić uwagę. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można domniemywać, iż wszystko co oskarżyli o obsceniczność, wulgaryzmy i skandalizowanie, za którym broń Allahu i wszystkie inne bóstwa, nie idzie w żadnym wypadku jakikolwiek poziom artystyczny okazuje się jeśli nie wartościowe to przynajmniej interesujące. W tym momencie owe media strzelają sobie samobója, gdyż zupełnie niechcący promują nowe gwiazdy zwiększając im liczbę odbiorców, gdyż przynajmniej część osób nie potrafi się oprzeć takiemu zaproszeniu.

Taka Maria Peszek na przykład… Zaledwie jakiś tydzień temu została przez Nasz Dziennik zmieszana z błotem i oskarżona o to, że swoje beztalencie pokrywa kreowaniem się na postępową piosenkarkę, budującą swoją popularność na skandalach. Nie minął tydzień i jej najnowsza płyta jest najlepiej sprzedającym się albumem w Polsce. Przekora Polaków ? Zapewne też, ale nie tylko. Sama na kupno płyty się nie skusiłam, gdyż twórczość pani Peszek nie leży w kręgu moich upodobań muzycznych, ale obejrzałam kilka teledysków. Nastawiona na to, że będzie to faktycznie ramota w stylu jakiejś pseudogwiazdki wywodzącej się z Big Brothera, która chce się wybić za wszelką cenę, przyjemnie się rozczarowałam. Aczkolwiek sama płyta muzycznie nie rzuciła mnie na kolana to teksty, które tak bardzo oburzyły redaktora Naszego Dziennika okazały się naprawdę niezłe.

Maria Peszek dokonała w swoich tekstach kilku ciekawych zabiegów lingwistycznych, udanie lawirując między znaczeniem dosłownym i przenośnym. Wykorzystała przy tym szerokie możliwości słowotwórcze, m.in. fonetyczne, wykorzystując także grę znaczeń między językiem polskim a angielskim, co dało interesujące efekty. Na przykład ciekawa gra znaczeń i skojarzeń – fukać się, fuckać, wykorzystanie dwuznaczności wyrazów, np. pukać, nie zawsze widocznych na pierwszy rzut oka, dodaje posmaczku tym tekstom:

„Poliż mnie, I’m polish albo jeśli wolisz

Możesz mnie posolić albo wy… miętolić (…)

Pukam i fukam,

Fukam i fakam”

Nasz Dziennik upiera się, że piosenki artystki są obsceniczne i wulgarne. Jego prawo. Wszak mówienie o seksie w XXI wieku to coś strasznego. Ale mniejsza o to. Moim zdaniem o wiele bardziej przeraża ich fakt, że Peszek obnaża polskie stereotypy, czego przykładem jest chociażby Rosół. Być może w tym miejscu wyrażę się o piosenkarce nazbyt pochlebnie, ale mi osobiście utwór ten przypomina zabiegi stylistyczne stosowane przez Nową Falę, zwłaszcza przez Stanisława Barańczaka. Zastosowany został tu tzw. koncept frazeologiczny, polegający (bez wdawania się w naukowe wywody) na wykorzystaniu przestrzeni znaczeniowej, jaką niesie za sobą znany nam związek frazeologiczny z nietypowym, nieoczekiwanym rozwinięciem, zmieniającym jego treść. I tak, np. fragment „Lubię być kurą domową do pralki wrzucić problem wraz z głową” wywołuje skojarzenia z licznymi związkami frazeologicznymi: pejoratywnym określeniem kura domowa, praniem mózgu oraz szowinistycznym zwrotem, aby kobieta „nie zaprzątała sobie czymś ślicznej główki”, czyli wyrzuciła głowę, bo nie ona jest jej potrzebna. Nic więc dziwnego, że Nasz Dziennik, który stawia się na pozycji strażnika dawnego patriarchalno -kościelnego porządku jest zaniepokojony tym, że artystka ośmiela się śpiewać o tym, że kobiety, które decydują się zostać kurami domowymi były poddane wychowaniu porównywalnemu z praniem mózgu. Tym bardziej, że w kolejnej zwrotce ta dezaprobata Peszek jest widoczna jeszcze bardziej: „kura nioska”, „kura beztroska”, „znosić bajki”, „obierać się z głupich myśli”. Są to kolejne odniesienia do bezmyślności, kompletnego braku samodzielnego myślenia, wręcz odżegnywania się od jakichkolwiek własnych myśli oraz „znoszenia bajek” – w domyśle – wszelkich stereotypów kulturowych, na podstawie których kobietę się ubezwłasnowolnia i umiejscawia w kuchni, tam gdzie jej miejsce.

Porzucając jednakże zabawy w zgadywanie „co poeta myślał kiedy pisał”, gdyż na tym cała rzecz polega, aby każdy odbierał dany utwór po swojemu, wrócę do początku, bo nie tyle chodzi tu o samą Marią Peszek, która mimo wszystko nie jest wybitną osobistością na rynku, co o sam problem.

Takie próby cenzurowania treści pojawiających się w literaturze, sztuce czy internecie przypominają nie tylko walkę z wiatrakami. Mnie osobiście nasuwa się na myśl historyjka opisana bodaj w Pałubie Irzykowskiego. W Szkole Rycerskiej, jeśli się nie mylę, dodano Don Juana czy też Kandyda do programu szkolnego i zaistniała potrzeba wydania na nowo i ocenzurowania utworu, tak by nie wypaczyć młodych, niewinnych umysłów a zarazem aby wydanie było odpowiednie także dla dorosłych odbiorców. Usunięto więc wszystkie kontrowersyjne fragmenty, opatrzono miejsca, z których je wycięto stosownymi przypisami tak aby można było łatwo odnaleźć dane fragmenty, umieszczone na końcu książki w postaci suplementu. Tymże to sposobem młodzież nie trudząc się miała wszystko pod ręką w skondensowanej formie.

Redaktorzy Naszego Dziennika najwidoczniej tej historii nie czytali, gdyż ich artykuły pełnią dokładnie tę samą rolę co ów suplement. Ewentualnie chcą sobie zwiększyć nakład, gdyż jak się okazuje, lektura Dziennika ma -wbrew pozorom – jakiś sens.


%d blogerów lubi to: