Debilizm w sieci…

Wrzesień 23, 2008

„Dopóki nie skorzystałem z Internetu, nie wiedziałem, że na świecie jest tylu idiotów.”

Stanisław Lem

Debilizm w sieci…

Prawie jak samotność i równie często, jeśli nie częściej spotykany. Na pewnym forum zainspirowana trochę wypowiedzią kolegi, poruszyłam już ten temat a przynajmniej zaczęłam, ale uznałam, że można by a nawet trzeba ten problem trochę rozwinąć. Co prawda jest to temat rzeka i nie ma chyba dnia by nie pojawiła się podobna krytyka, ale na szanującym się blogu nie może zabraknąć narzekania na polską rzeczywistość wirtualną. 😉

Nie będę się w rozwodziła przesadnie nad blogami, prezentującymi cały wachlarz możliwości pokazania własnego debilizmu. Mamy tu przekrój: od rozmemłanych pamiętników emo i innych dzieci neo, poprzez tzw. blogi z dodatkami, gdzie głównym zajęciem 12-latek jest oddawanie komci pod nociami za reklamki, nie wspominając już o pseudofilozowicznych, przeintelektualizowanych rozważaniach (;-)) i blogach typu super gry, Wentworth Miller jest cudny czy Wszystko o perfumach xx . Nie mam też zamiaru pisać  o wszelkiej maści trollach, noobie, osobach w dobrej wierze rozsyłających łańcuszki, zmuszając nas do działań mniej lub bardziej drastycznych celem uświadomienia i pozbycia się powiadomień o albańskich wirusach i tym podobnych rewelacji, zaśmiecających skrzynkę mailową i archiwum.

Rzecz będzie o debilizmie na forach i serwisach społecznościowych a uściślając –  o ich użytkownikach. Internet daje możliwość anonimowości i to m.in. powoduje, że odkrywamy takie cechy swojego charakteru, których normalnie może nie ujawnilibyśmy. Pod pseudonimem, który broń Allahu i wszystkie dobre duchy, nie wskazuje na nas i w żadnym wypadku nie da się danej osoby z nami połączyć, możemy wreszcie dać upust fascynacji czymś, do czego wstydzimy się przyznać a nawet więcej – publicznie drwimy, aby przypadkiem nikt nie odkrył, że tak naprawdę nas to fascynuje. Obawa przed wyszydzeniem ? Niepewność własnych pragnień ? Przed tym, że drwina a nawet niewinna uwaga osoby, która to odkryje coś zniszczy? Nawet jeśli to tylko (a może aż ) fascynacja meteorytami lub haftem krzyżykowym. Takich osób wbrew pozorom jest wiele. W gruncie rzeczy jednakże, internet, owszem, daje możliwość ukrycia, jest wytchnieniem dla osób niepewnych siebie, ale i polem do popisu dla zwykłych napinaczy internetowych, którzy anonimowo próbują sobie podleczyć kompleksy obrażaniem innych lub zakłócaniem dyskusji. Pieniacze (słowo staropolskie ale jakże adekwatne) są osobnym rozdziałem i tak szczerze mówiąc niespecjalnie jest się nad czym rozwodzić, gdyż jedyną skuteczną radą jest unikać takich, bo szkoda nerwów i czasów na obcowanie z … (tu, w zależności od upodobań, wpisać dowolne słowo na określenie osoby mało uprzejmej).

O wiele bardziej (lub też mniej) śmieszną i zarazem żenującą rzeczą jest podbudowywanie mniemania o sobie, częstokroć i tak już mocno przerośniętego przez użytkowników serwisów społecznościowych. Możliwości pokazania sie jest wiele – liczba znajomych oscylująca w granicach tysiąca (patrzcie jaki jestem bywały), różne gwiazdki, kolorki, prezenty – oferowane przez portale, które po wykupieniu świecą obok naszych nicków, świadcząc o tym, iż właśnie zostaliśmy mianowani super bratem albo najnajlapsiejszą psiapsiółką. Osobną kwestią zdjęcia. Interesujące jest zamieszczanie, np. fotek tuz po powrocie z zagranicznych wojaży, podczas gdy poprzednio nie odwiedzało się forum przez pół roku albo rok. Cały dowcip polega na tym, że natura ludzka pod tym względem się nie zmieniła, tyle tylko, ze internet daje szersze pole do popisu. Jeszcze w czasach dzieciństwa rozśmieszyła mnie uwaga jednej z bohaterek jakiegoś PRL-owskiego powieścidła albo jakieś powieści dla dorastających panienek o tego rodzaju praktykach:„Jak tak to nie odzywają się latami, ale wystarczy aby pojechały gdzieś za granicę i od razu dostaję pocztówkę <Pozdrowienia z Czechosłowacji>”. Teraz jest podobnie i możemy podziwiać sobie fotki pod Big Benem, piramidami, wieżą Eiffle’a… Albo przez 3 tygodnie oglądać status „Powrót z Egiptu/Francji/Innego szpanerskiego miejsca”. Przez te 3 tygodnie ogarniają nas kolejno różne uczucia, w tym nieodparcie nasuwające się pytanie czy przypadkiem dana osoba nie wraca pieszo, boso, tyłem i na czworakach i nie jest to rozpaczliwa prośba o wsparcie. Może pieniążków na samolot nie wystarczyło. 😉

Wspomniane przeze mnie na Loży Szyderców kolekcjonowanie znajomości również daje efekt tyleż humorystyczny, co powodujący niekiedy zgrzytanie płacz i zębów. Wszak posiadanie +500 znajomych to wielki cymes i zdarzenie niebywale nobilitujące. Nie wiedzieć tylko czemu 11-letnie i młodsze okazy naszej „przyszłości narodu” za punkt honoru co najmniej, stawiają sobie zaproszenie każdego, kto chodził do tej samej szkoły co oni (co jeszcze od biedy jest zrozumiałe) i każdego innego biednego osobnika, który znalazł się w polu widzenia. Nie pomagają ostrzegawcze komunikaty w profilu, zapewne z tego prostego powodu, iż nikt ich nie czyta. Po co ? Szybciej kliknąć zaproszenie i już. A ty z grymasem na twarzy No i oczywiście kolekcjonowanie „trofeów”. Kiedyś ludzie zbierali walentynki, różne tam takie a teraz znajomych typu „super hiper cool ziomki”, „najpiękniejsze dziewczyny z XYZ”, „właścicielki pięknych oczu”, „najzaje*** kolesie”, „umięśnieni”, itepede. Zapewne w wierze, że przyjęcie zaproszenie od „przystojniaków” sprawi, ze takim się staniesz. Co z tego, że oceniającym mże być twój pryszczaty sąsiad z ławki albo nieatrakcyjna szara myszka z 6 językowej. Liczy się fakt! Mam w znajomych więc jestem zajefajny i już.

Jednakże prawdziwą zmorą serwisów społecznościowych są rankingi. Rankingi, z powodu których mamy w sieci coraz więcej zdjęć półnagich gimnazjalistek, których największym pragnieniem jest nie dobra ocena w szkole, ale kolejna 10-tka w profilu. Największym zmartwieniem zaś jedynka albo to, że koleżanka ja przegoniła.  To jest już nie tyle debilizm, co tragedia. W końcu jeśli 13-latka pokazuje swoje nagie zdjęcia w internecie to co będzie robiła w wieku lat 15, 20…  Wystawi swoje dziewictwo na aukcji w internecie, jak jej zagraniczne koleżanki? Osobnym pytaniem jest to czy jeszcze je ma. O ile zabawa zdjęciami, itp. jest niemądra, ale i nieszkodliwa, to tutaj robi się problem. Nie wróży to społeczeństwu świetlanej przyszłości i zamienienia nas w drugą Irlandię.

Cóż się jednak dziwić internautom. Wszak przykład idzie z góry. Od szanownych adminów różnch portali, od czytania wiadomości od których, marszczy się człowiekowi wątroba. Nawet nie wypowiedzi z supportu, które brzmią tak, jakbyś rozmawiał z botem 1 generacji, w dodatku zacinającym się i odpowiadającym z częstotliwością raz na 2 tygodnie. Mam na myśli oficjalne komunikaty adminów o zmianach, nowościach, aktualnościach. To dopiero są cuda- wianki. Tu człowiek przeczyta, np.  o imponującym działaniu służb bezpieczeństwa jednego z portali, dzięki którym to aż 10 lat grozi podłemu nastoletniemu spamerowi. Super. Tylko na tym samym serwisie, klikając byle gdzie widzimy pornografię i fałszywe profile ośmieszające nauczycieli, gwiazdy i gwiazdeczki. Miło by było gdyby równie gorliwie co spam zwalczali np. pedofilię, aczkolwiek jak mówi boleśnie prawdziwy dowcip „W Polsce karą za pedofilię jest przeniesienie do innej parafii”. Możemy przeczytać też wysokich lotów wieść  o przerwie konserwacyjnej, która może u ciebie wywołać uczucie niezadowolenia (no raczej!), ale jednocześnie możesz zdać sobie sprawę, iż ulepszy ona serwis. Nie mówiąc już o rzeczywistości Gombowiczowskiej, którą nieustannie przerabiamy na jednym z większych serwisów społecznościowych, wciąż dowiadując się, iż pomimo naszych protestów i głosów sprzeciwu, każda kolejna opcja nas zachwyca nawet jeśli nie zachwyca. Rekordy zaś wszelkie biją arcydzieła, tj. komunikaty i inne obwieszczenia do ludu pracującego, tworzone przez niewydarzonych specjalistów od marketingu, których efektem są takie potworki jakich świat nie widział a przynajmniej oglądać nie powinien, typu widocznie łącząca was więź była zbyt słaba, gdyż Iksiński właśnie usunął cię z listy znajomych. Na samo wspomnienie mam dreszcze.

Konkludując… No dobrze, internet to fajna zabawka i każdemu od czasu do czasu może wpaść do głowy głupi pomysł. Część osób z tego wyrasta… Cześć co jakiś czas się zapomina ;-)… Innym by dorośli trzeba nieco pomóc…. Pozostałym  – odciąć neostradę ;-).

Reklamy

Chcieliśmy dobrze a wyszło jak zawsze, czyli kronika z lektury Kronik socjopaty.

Wrzesień 10, 2008

Gdyby moja lektura utworu Daniela Koziarskiego miała przybrać postać kroniki zapewne miałaby postać szachownicy, wypełnionej na przemian czarnymi kratkami wypełnionymi lekturą i białymi kiedy to zniecierpliwiona rzucałam książką i co najmniej na kilka dni zostawiałam ją odłogiem. Po zakończeniu lektury podobnie – kilka dni kiedy leżała na półce i znowu sięgnęłam po nią celem przeczytania jeszcze raz kilku co ciekawszych fragmentów. Kroniki mają w sobie coś co nęci i denerwuje zarazem.

Kroniki socjopaty z tradycyjną kroniką mają tyle wspólnego, iż powieść jest podzielona na małe rozdziałki, z których każdy jest relacją z jednego, kolejnego wydarzenia. Zdarzają się także przytoczenia, relacje innych bohaterów, co również ma swoje korzenie w tym gatunku. Różnicą, niekoniecznie in minus, jest jedynie brak datowania, nawet przybliżonego. Trudno powiedzieć czy utwór rozgrywa się w ciągu roku, dwóch czy więcej. Nie ma wskaźników pór roku. Wszystko to powoduje, iż mamy wrażenie jakiegoś bezczasu, tak charakterystycznego dla literatury XX wieku, m.in. Kafki. Oddala nas to od gatunku kroniki, ale nadaje powieści wymiar bardziej uniwersalny. Skojarzenie z twórczością Kafki nasuwa również postać głównego bohatera: 30latek Tomasz Płachta, kawaler, pracujący, średnio zamożny. W znoszonym garniturze, przedwcześnie siwiejący – przeciętny Polak, niczym nie wyróżnia się spośród dziesiątek innych, mijanych obojętnie każdego dnia. Everyman. Każdy.

I tu w zasadzie kończy się część pochlebna recenzji, gdyż zamiar najwidoczniej przerósł autora, któremu nie udało się wyzyskać możliwość jakie niosła za sobą zarówno postać bohatera, jak i aluzja do kronik. Autor za bardzo chyba skupił się na części anegdotycznej, co powoduje, iż utwór czyta się „łatwo i przyjemnie” i pierwsza fraza tytułu: kłopoty to moja specjalność wydaje się być adekwatny, ale chyba niezupełnie o to chodziło. Aczkolwiek nie przepadam za literaturą postmodernstyczną, postpostmodernistyczną czy zgoła hipermodernistyczną, gdyż trudno właściwie obecnie zorientować się co kto pisze i do jakiego nurtu zależy to zabrakło mi nadania utworowi jakiegoś szerszego wymiaru, jakiegoś odautorskiego komentarza, kilku słów, pociągnięcia dalej kreski na rysunku, kilku zdecydowanych ruchów ołówka, tak by pogłębić cienie, wydobyć blaski.

Weźmy chociażby postać głównego bohatera, która wydaje się być tragicznie dwuwymiarowa. Znamy wygląd, znamy rodzinę, niektóre szczegóły z dzieciństwa. Tymczasem niewiele czynów Tomasza wynika z przesłanek głębszych niż tylko emocje, zbieg koliczności czy kilka szczególnych cech charakteru jak skąpstwo. Tytułowego bohatera autor określa mianem socjopaty. I faktycznie taki brak pogłębionej charakterystyki i znajomości powodów kierujących Tomaszem pasuje tutaj. Wszak socjopaci w niewielkim stopniu biorą pod uwagę potrzeby i sygnały otoczenie, do tego stopnia wypełnienie sobą, swymi fobiami i potrzebami, z których większość jest co najmniej dyskusyjna. Taki

brak przystosowania do życia w społeczeństwie, nie respektowanie norm moralnych, wzorców zachowań jest zgodny z definicją socjopaty.

I tu trochę się zaczynają schody. Co prawda do miana psychiatry nie pretenduję, ale nie wydaje mi się by Koziarskiemu udało się w osobie Tomasza Płachty naszkicować wiarygodną postać socjopaty. O ile bowiem „prawdziwy” socjopata ma problemy z dostosowaniem się, zrozumieniem norm moralnych o tyle problemem bohatera jest nawet nie obsesyjne sprawdzanie tego czy ma zapięty rozporek ile skąpstwo i charakterystyczna dla sporej liczby osób niewrażliwość na komunikaty wysyłane przez otoczenie. Zatem jego problem z dostosowaniem się wynika w dużej mierze z przypadku: banknot zagubiony w kieszeni spodni, nieszczęsne dotknięcie rozporka w niewłaściwym momencie, krzywo wiszący obraz. Obsesyjne sprawdzanie przez Tomasza Płachtę czy rozporek przypadkiem mu się nie rozpiął faktycznie zakrawa na zachowanie ocierające się o zachowania psychopatyczne. W końcu o seryjnych mordercach mówi się, iż swoisty rytuał, który przeważnie powtarzają (ułożenie ofiary, narzędzie zbrodni, itp.) to efekt swoistego zespołu natręctw – dana osoba wierzy, iż jeśli czegoś nie zrobi zdarzy się nieszczęście lub też co jakiś czas musi powtarzać te same czynności. Tyle tylko, że większość osób na miejscu Tomasza zwyczajnie sięgnie do rozporka, nawet demonstracyjnie i sprawdzi a nie będzie wykonywało masaż, podchody i co tam jeszcze. Tu ujawniają się już rysy faktycznie świadczące o obsesji.

Trudniejszym zagadnieniem jest jego skąpstwo. Tutaj w zasadzie wiele można usprawiedliwić sytuacją rodzinną, najwidoczniej rodzina Tomasza jest średnio zamożna, co mogło się przyczynić do tego, iż uważniej kontroluje swoje wydatki, wręcz mają naturę chomików – lubią mieć i nie wydawać. Z drugiej strony – osoba naprawdę skąpa nie kupowałaby pisemek typu swierszczyk i płyt kolekcjonerskich. Jest to więc kolejna niespójność, celowa, mając nam ukazać Tomasza jako obsesjonata. Maniakiem zapewne trochę jest, ale chyba autor nieco zbyt wyraźnie to akcentuje, jak gdyby obawiał się, iż ktoś móglby nie zauważyć.

Moim zdaniem główny problem Tomasza to tzw. aspołeczność. I nie mam tu na myśli tego, iż powinien oddawać pensję na domy samotnych matek, ale to, iż wydaje się, że Tomasz tak naprawdę nie potrzebuje innych ludzi. Nie tyle jest wypełniony sobą, bo takie osoby jeśli krzywdzą swoich bliskich to zwykle nieświadomie, ale brakuje mu ludzkich uczuć i hamulców, gdy chce tym, co nim wzgardzili, obrazili, itp. Odpłacić pięknym za nadobne. U większości osób skończy się na czarownych planach, u Tomasza nie. I to jest chyba kwintesencja jego aspołeczności – zrobi każde świństwo o jakim inni tylko marzą. (Ma ktoś numer do niego? 😉 )

Nie będę już znęcała się nad resztą utworu, gdyż tak naprawdę postaci są raczej papierowe, wydarzenia  nieprawdopodobne a całość tworzy misz-masz, przyprawiając niekiedy o zgrzytanie zębów. W zasadzie to w tym momencie powinnam być na siebie zła, gdyż opisałam w ponad 850 słowach coś, co powinnam zmieścić w jednym zdaniu – ot, takie czytadło do metra, zajmujące, ale bez większych ambicji.Czyli chcieliśmy dobrze a wyszło jak zawsze ;-).

Koniec.


Tylko zrozumcie kiedy zechcę znowu sobą być …

Wrzesień 5, 2008

Czasami wolę być zupełnie sam
niezdarnie tańczyć na granicy zła
i nawet stoczyć się na samo dno
czasami wolę to niż czułość waszych obcych rąk …
Posiadam wiarę w niemożliwą moc,
potrafię jeśli chcę rozświetlić mrok,
mogę poruszyć was na kilka chwil…
Tylko zrozumcie kiedy zechcę znowu sobą być …

Na pewno czułeś kiedyś wielki strach,
że oto mija twój najlepszy czas,
bezradność zniosła cię na drugi plan,
czekanie sprawia że gorzknieje cała słodycz w nas…
Ogromny zgrzyt znieczula nas na szept
tak trudno znaleźć drogę w ciepły sen
słowa zlewają się w fałszywy ton
gdy nadwrażliwość jest jak bilet w jedną stronę stąd


Okłamali mnie z nadzieją że
uwierzyłem i przestanę chcieć
muszę leczyć się na ból i strach
gdzie jest człowiek który z siebie sam pokaże mi jak …
kto pokaże mi jak?

Czasami wolę być zupełnie sam
niezdarnie tańczyć na granicy zła
i nawet stoczyć się na samo dno
czasami wolę to niż czułość waszych obcych rąk !
Posiadam wiarę w niemożliwą moc
potrafię jeśli chcę rozświetlić mrok
mogę poruszyć was na kilka chwil
tylko zrozumcie kiedy zechcę znowu z sobą być
znowu z sobą być…

Na pewno czułeś kiedyś wielki strach
że oto mija twój najlepszy czas
bezradność zniosła cię na drugi plan
czekanie sprawia że gorzknieje cała słodycz w nas
ogromny zgrzyt znieczula nas na szept
tak trudno znaleźć drogę w ciepły sen
słowa zlewają się w fałszywy ton
gdy nadwrażliwość jest jak bilet
w jedną stronę stąd

niczego nie będzie żal…

Okłamali mnie z nadzieją że
uwierzyłem i przestanę chcieć
muszę leczyć się na ból i strach
gdzie jest człowiek który…

…niczego nie będzie żal


Bezsenność…

Wrzesień 3, 2008

Nocy, które przespaliśmy, jakby nigdy nie było; pozostają nam w pamięci tylko te, w które cierpieliśmy, nie mogliśmy zmrużyć oka. Stąd suma naszych nocy jest sumą naszych bezsenności.


Niepewność

Wrzesień 2, 2008

Spośród wielu trudnych rzeczy z jakimi spotykamy się w życiu jedną z najtrudniejszych jest chyba niepewność. Przynajmniej dla mnie. Nigdy jakoś specjalnie nie lubiłam sytuacji stresujących, kiedy to przyszłość, szczęście wisi na włosku i tak naprawdę nic nie można zrobić, nic nie zależy od nas. Kiedy  nawet mało znacząca rzecz jak np. sposób spędzenia wieczoru urasta do rangi problemu lub kiedy ów wieczór zakłóca nagłe ukucie niepewności, bezradności.

Przypomina mi się w tym momencie jedna z książek Joanny Chmielewskiej, którą przeczytałam jeszcze jako nastolatka. Słowa te utkwiły mi mocno w pamięci i zawsze przywołuję je w chwili gdy nie wiem co mam dalej robić: „Na zmianę wpadałam w czarną rozpacz albo w radosną nadzieję, ale radosna nadzieja błyskawicznie gasła, a czarna rozpacz trwała…”

Niepewność co do własnej przyszłości ma bowiem to do siebie, że skutecznie odbiera nie tyle radość, co … trudno nawet nazwać co. Może spokój. Spokój ducha. Życie w nieustannym zawieszeniu, kiedy wciąż nie mamy pewności co będzie jutro, pojutrze, za tydzień jest o tyle niełatwe, że trudno robić jakiekolwiek plany na dalszą przyszłość. Wciąż masz w pamięci to, że nie wiesz gdzie znajdziesz się za tydzień, miesiąc, dwa. Rozmawiasz z kimś przez telefon, układacie scenariusz spotkania, imprezy, umawiasz na jakiś wspólny wypad, cokolwiek i… w pewnym momencie uświadamiasz sobie, że nie, nie możesz się umówić, dać odpowiedzi, bo … po prostu nie wiesz jaka ona będzie. Jakoś nigdy nie czułam gdy stałam na rozdrożu dreszczyku podniecenia i radosnego oczekiwania na kolejny dzień, który być może przyniesie odpowiedź.

Niektórzy uważają, że robienie planów jest najprzyjemniejsze i nawet jeśli nie uda się ich zrealizować to i tak samo robienie planów jest przyjemne. Możliwe, ale jakoś nigdy nie dane mi było tego doświadczyć. Zawsze albo wyobrażam sobie, że będzie cudownie po czym wszystko kompletnie się wali albo obawiam się tego co będzie i wszystko tak i tak dokumentnie się wali.

Niektórych niepewność mobilizuje, dodaje zachętę do większych starań, pokazania się z jak najlepszej strony. Innych, którzy odbierają to jako sytuację stresogenną paraliżuje, powodując, że nie są w stanie zaprezentować swoich zalet. Nie zaliczam się chyba do żadnej z tych grup. Lubię sytuacje jasne i klarowne. Mnie niepewność obezwładnia, powoduje jakiś dziwny stan apatii. Nie umiem walczyć. Zbyt łatwo się poddaję, obawiając się, że jeśli rzucę na szalę wszystko a potem przegram to stracę całą wiarę w siebie. To takie miotanie się między chęcią działania a poczuciem rezygnacji, stosowanie półśrodków. Czasami myślę sobie czy wolałabym aby wszystko było wiadome od początku do końca, bez potrzeby zadręczania się i łapię się na tym, że jeśli spodziewam się negatywnej odpowiedzi to z trudem przychodzi mi zadanie pytania, które rozwieje jakąś kwestię ostatecznie, zastanawiam się czy nie tego nie odwlec nie zaniechać, czy tak naprawdę jestem gotowa na to aby to znieść. Czy nie będę żałować, że poznałam prawdę, czy się nią nie udławię. A pomimo to pytam. I dławiłam się już wiele razy i pewnie jeszcze nie raz zadławię, klnąc w duchu, iż tak wielka była we mnie dociekliwość. A mimo to nadal wierzę w słowa „poznasz prawdę a ona cię wyzwoli”, najprawdziwsze chyba z całej Księgi.. Kłamstwa zdarzają się każdemu, ale na nich nie wolno budować swojego świata, bo tym samym zwiększamy tylko niepewność czy pewnego dnia nie rozpadnie się w proch, niczym domek z kart.

Niepewność jest męcząca. Ciężka.To straszny banał i truizm, ale każdy potrzebuje jakiegoś stałego punktu w życiu, jakiejś ostoi. Gdy się jej nie ma to z biegiem czasu coraz trudniej przychodzi ci znosić jej ciężar, dzieje się wówczas jak w przytoczonym cytacie – nadzieja błyskawicznie gaśnie a czarna rozpacz trwa. Trwa i powoduje, że z każdym dniem trudniej walczyć o utrzymanie się na powierzchni i mieć nadzieję na lepsze jutro. A w końcu jak żyć bez nadziei ? Zwłaszcza wtedy gdy jutro czeka cię kolejny dzień pełen zmagań i niepewności. Taki sam jak dziś, wczoraj, tydzień temu. Kiedy tak trudno wierzyć w zwycięstwo. Kończę. Czas na sen. Sen o victorii…

O victorio, moja victorio
Dlaczego mam cię tylko w snach
Wolności moja ty victorio
Opanuj w końcu cały świat

Ot, gdyby tak wszyscy ludzie
Mogli przeżyć taki jeden dzień
Gdy wolność wszystkich, wszystkich zbudzi
I powie: „idźcie tańczyć, to nie sen”


%d blogerów lubi to: