Polaku lecz się sam!

lekarz

– Polaku lecz się sam!- Zakrzyknąłby na wzór biblijny niejeden cudzoziemiec, w którego kraju służba zdrowia nieco mniej przypomina bieganie od Annasza do Kajfasza, „Szlachetne zdrowie! i tak dalej ” zawołałby inny wzorem Mistrza Jana lub wyrażając się nieco mniej literacko a bardziej dosadnie, acz jeszcze nie wulgarnie: „Co za cyrk! „.

Obdarzeni szczęściem niezmiernym w postaci Narodowego Funduszu Zdrowia staliśmy się ofiarami systemu, w którym nigdy nie wiadomo co, gdzie i czy na pewno przysługuje nam do wyleczenia za darmo. Źle, nie za darmo. Za pieniądze zdzierane z każdej pensji, pomimo czego i tak się okazuje, że za wizytę u lekarza musisz zapłacić, bo z twoich pieniędzy został zakupiony cudownej piękności papier toaletowy dla pracowników służby zdrowia albo jakąś równie szalenie-przydatną-i-niezbędną-rzecz, np. nowy budynek, bo stary był za mało okazały.

Gdybyś jeszcze wiedział na pewno o owych przeszkodach wszystko byłoby łatwiejsze, nie wikłając się w subtelności, poszedłbyś do prywatnej przychodni i wydarłszy z kieszeni ciężko zarobione pieniądze dostałbyś co chciał, łatwo, prosto i przyjemnie. Ale nie! Otóż płacisz i masz bezpłatną służbę zdrowia! Naprawdę! Taką opiekę stomatologiczną, np. No jak nie masz jak masz?! Możesz ZA DARMO wyleczyć całe 12 zębów, od jedynek do trójek i to i górnych i dolnych. Niby po co ci więcej ? Nie widać! Do specjalisty też możesz iść za darmo! Wystarczy, że w styczniu zarejestrujesz się, przewidując wszystkie choroby możliwe i prawdopodobne, możliwe do zaistnienia, niemożliwe do zaistnienia, ale na wszelki wypadek dołożysz, wypadki losowe, katastrofy komunikacyjne i jeszcze kilka opcji, wedle fantazji własnej i już! No, bo przecież nie będziesz wymagał, że jak cię zacznie boleć taka nerka w poniedziałek to w tym tygodniu jeszcze chciałbyś się dowiedzieć co to. A jak to przejściowe ? Ha! Albo co gorsza efekt przemarznięcia ? A ty byś chciał zawracać głowę lekarzowi. Akurat, poczekasz tych kilka miesięcy, a nuż samo przejdzie ? To nie jest wbrew pozorom niemożliwe. Tym niemniej… W rozgrywce pacjent vs. NFZ nieodmiennie zwycięża ten drugi. Z bardzo prostego powodu. Biedny znękany dolegliwością pacjent nie ma sił na użeranie się z urzędnikami, recepcjonistkami, itd., a po wyzdrowieniu musi nadrabiać zaległości w pracy i nie ma czasu na „niewinne rozrywki” ;-). Jak zatem walczyć o swoje, kiedy nawet nie wiadomo ile z tego tortu jest moje i gdzie się o stosowną porcję upominać (Zwycięstwo z machiną biurokratyczną próbowali odnieść jedynie bohaterowie Kafki i niekoniecznie na dobre im to wychodziło, nie upierałam się więc przy swoim nadmiernie).

Nic więc dziwnego, że człowiek, który ma się narazić na przedzieranie przez owe wądoły i zasieki, grubo omotane drutem kolczastym i straszące co krok wystawianymi rachunkami, od widoku sum, na których wielu zdecydowanie wolałoby uroczego kościotrupka w szafie a nawet i denata drugiej świeżości. Niestety, wyboru nikt nam nie dał i skoro na skorpiona ani nawet na malutkiego boa nie mamy co liczyć, trzeba zatem brnąć dalej w to bagienko, nazywane dalej szumnie polską służbą zdrowia. (Oczywiście najpierw wykorzystując wszystkie zasoby leków bez recepty i wszelakie sposoby znane medycynie ludowej z zamawianiem włącznie.)

Trafiwszy w końcu pod gabinet, po ciągnącej się w nieskończoność procedurze rejestracji (zwłaszcza jeśli nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności zdarzy ci się zachorować nie dość, że nie we własnym mieście to nawet nie we własnym województwie a do lekarza sprowadza cię ni mniej ni więcej tylko bezgłos, więc wymiana uprzejmości raczej nie jest możliwa 😉 o jakiejkolwiek komunikacji nie wspominając). Zapłaciwszy pomimo ubezpieczenia stosowny haracz (za co się pytam, za co ?) , zasiadasz wreszcie pod pokojem w błogim oczekiwaniu na nadejście upragnionego lekarza. I czekasz… czekasz… czekasz…

Pominąwszy litościwym milczeniem oczekiwanie na panią doktor, która spóźnia się bagatelka 25 min a potem bada 40 minut dwójkę dzieci (czy mi się zdaje, czy tyle to wyrostek wycinają ? ), zasiadasz wreszcie w gabinecie przed obliczem medyka, dramatycznym szeptem wydobywasz z siebie budzącą przerażenie informację, że nie możesz mówić, a pani doktor na to:

I to wszystko ?

Gdyby nie fakt, że już byłam niema to na takie dictum oniemiałabym z pewnością. Jeśli do tej pory udało ci się zachować resztki spokoju to jest to przysłowiowa kropla przepełniająca kielich goryczy. „I to wszystko ?” Grrr! Żadna normalna jednostka ludzka, która nie przeżyła bezgłosu nie wie nawet jak szalenie irytująca jest to przypadłość, zwłaszcza dla niewiasty, co to do milkliwych nie należy. Nie możesz normalnie pracować, nawet głupiego dziękuję odpowiedzieć, a ona się pyta czy to wszystko? . Koniec końców oglądnięta ze wszystkich stron (w jaki sposób badanie brzucha może mieć coś wspólnego z krtanią nie mam pojęcia a spytać nie bardzo mogłam ) dostałam antybiotyk i mogłam się udać do domku zdrowieć. Zahaczywszy jeszcze o aptekę, gdzie, żeby nie było, królowała klimatyzacja, co najmniej w 1/3 odpowiedzialna za mój stan. Ale i tak dziękowałam w duchu wszystkim siłom wyższym, które jeszcze się nie zniechęciły do niesfornej podopiecznej, że nie trafiłam na kolejną istotę ludzką, której misją życiową jest niesienie dobra światu i która z uporem godnym lepszej sprawy, dopytywała mnie biednej, goniącej resztką głosu, czy wolę lekarstwo w tabletkach czy rozpuszczalne, a szałwię z herbapolu czy niekoniecznie. Uciekłszy spod klimatyzacji, wróciłam do domu i w błogim poczuciu odniesienia cienia śladu zwycięstwa nad naszą służbą zdrowia, wykończona udałam się spać.

Koniec.

Mam nadzieję!

Reklamy

3 Responses to Polaku lecz się sam!

  1. Clovie pisze:

    i wyszło, że niepotrzebnie koledze głowę zawracałam pytaniami o załatwianie przychodni 😦

  2. IX_666 pisze:

    cynizm-mode: jak dobrze jest mieć przyjaciół, którzy z tobą podzielą każde doświadczenie, khy khy. 😀 Ale ja to chyba rzeczywiście się będę leczył sam, pójdę dopiero jak zacznę krwią spluwać jak Chopin. 😉 Ten ostatni jest autorem zabawnej wypowiedzi o kompetencjach lekarzy na Majorce, gdzie pojechał – o ironio – aby podreperować zdrowie: „Trzech doktorów z wyspy najsławniejszych: jeden wąchał, com pluł, drugi stukał, skądem pluł, trzeci macał i słuchał, jakem pluł. Jeden mówił, żem zdechł, drugi – że zdycham, trzeci – że zdechnę.” Przynajmniej jesteśmy ze swym cierpieniem w doborowym towarzystwie. 😉

  3. Martinez pisze:

    Humor jest chyba jedyną tarczą, broniącą nas przed wszechogarniającym absurdem. A nadmienić warto, że nawet w tym świecie absurdu, nasza przenajświętsza służba zdrowia (?) i tak znacząco się wyróżnia. Każdy ma chyba jakąś opowieść w zanadrzu i każdy jest chodzącą opowieścią. Ja mam jedną. Z Danii. Rozwaliłem sobie łeb, trzeba było szyć. Oczywista sam pojechałem do przychodni, aż tak się ze mnie nie lało! Wiecie ile czekałem w poczekalni? 5 godzin! Inna sprawa, że nikt się nawet nie spytał, czym ubezpieczony i w ogóle co mnie do nich sprowadza? Poza rozbitym łbem rzecz jasna. Ale u nas jest barwniej. Mama zapisała się do specjalisty w styczniu. Na listopad! POZDRAWIAM! ;>

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: