Jak kipu…

Przyjaźń to jest taka dziwna rzecz, której się nie da zdefiniować. Właściwie to może się i da, ale chyba i nie ma potrzeby. Można by sobie wkleić kilka podniosło-patetycznych cytatów typu: Przyjaciel to ten, który zostaje, gdy inni odchodzą, lub Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać albo coś w tym duchu i stylu. Przyjaźń to po prostu „coś” więcej. To „coś”, które tak trudno jest zdefiniować, a które powoduje, że ktoś zajmuje szczególne miejsce w twojej pamięci. Od przyjaciela oczekujemy tego, co sami dla niego zrobilibyśmy.

„To jest prawdziwa przyjaźń – osłaniać innych nawet kosztem siebie.”

No właśnie… Tak przyjaźń można zdefiniować – jako szczególny związek oparty na porozumieniu, wzajemnym zaufaniu, chęci pomocy. Kiedy któregoś z tych elementów zabraknie, coś się nieodwracalnie zmienia. Niby nic się nie stało, ale jest jakiś cichy żal, że ktoś nie zdobył się względem nas na „coś więcej”. Ten malutki krok, który oddziela przyjaciela od zwykłego znajomego. Tego kroku zabrakło i zrobiło się przykro. Jeszcze bardziej przykro zrobiło się po uświadomieniu sobie, że ta osoba nie ma tej świadomości, że tego „czegoś” zabrakło. Zwłaszcza jeśli się tego oczekiwało a dana osoba miała możliwość zaoszczędzenia ci przykrości, pomocy, która ją samą nic nie kosztowała. A może i kosztowałaby, a nawet nie tyle kosztowała, co mogłaby spowodować, że sam nie osiągnie jakieś korzyści. Przykro…

Gdzieś czytałam, że z miłością i przyjaźnią jest tak jak z przecięciem nitki, którą można związać, ale supełek na zawsze zostanie. Z więzią łączącą przyjaciół podobnie, można o owym supełku nie pamiętać, ale jest i gdzieś na dnia duszy czy pamięci zostanie jakiś ślad, cień wątpliwości. Ślad, który może spowodować, że następnym razem tej osoby już zaufaniem nie obdarzymy a przynajmniej już nie takim jak kiedyś. Nie zwrócimy się już z prośbą o pomoc, bo gdzieś będzie ta zadra tkwiła, że nie warto.

Mówi się też, że „Nie wchodzi się dwa razy po tej samej rzeki”, niby tak, ale… Sama wchodziłam nie tylko drugi raz, ale po raz kolejny i po raz kolejny do tej samej rzeki z bardzo różnym rezultatem. Może nie chodzi o to, aby nitka była cała, ale aby supełki niczym inkaskie kipu przypominało nam o tym jak łatwo jest zerwać tę wątłą nić porozumienia. I by tym bardziej dbać o jej całość. Przypomina mi się jak w jednej powieści dla dorastających podlotków dziewczyna powiedziała do swojego chłopaka „Wiesz, chciałabym abyś miał już naderwane ucho„. Potem pokazała swojego ukochanego misia z dzieciństwa, z guziczkami zamiast oczu, naderwaną nogę, wyleniałym futerkiem. Brzydkiego, ale ukochanego, bo do takiego stanu doprowadziły go setki przytulań, przespanych razem nocy, pocałunków, wylanych łez. To trochę tak jak z twarzą staruszka, każda zmarszczka jest świadectwem uśmiechów, bólu, płaczu…

Niech więc nasza lina, będzie nawet pełna węzełków, supełków, postrzępiona, ale mocna, mocniejsza każdą wspólnie wygraną walką… Jak kipu.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: