Archiwum kategorii ‘Recenzje’

“Wszystkie jesteście niewierne” – o obyczajach, religii i prawach kobiet. Recenzja.

grudzień 28, 2009

Okres świąteczny to dla mnie czas, kiedy dopadam wszystkich książek, które od dawna miałam przeczytać lub kupuję coś nowego, czasem odbiegającego od moich zwykłych upodobań.  Wczoraj w Empiku wpadło mi w rękę kilka książek z zakresu literatury faktu czy wręcz mini-reportaży, których swego czasu czytałam sporo i postanowiłam wrócić do tego gatunku.

Opis książki zamieszczony przez wydawnictwo zainteresował mnie, ale był na tyle lakoniczny, że dopiero w trakcie  zorientowałam się, że już to czytałam i to tuż po wydaniu książki, czyli mniej więcej w 2001 roku.  Ponowna lektura z takiej perspektywy czasu, pozwoliła mi nie tylko spojrzeć inaczej i dojrzalej na historię afgańskiej nastolatki, żyjącej najpierw w okupowanym kraju a później w obozie dla uchodźców. Zdałam sobie sprawę także z tego, że po tych wszystkich latach nic się w Afganistanie nie zmieniło i wątpliwe czy Zoi udało się spełnić chociaż jedno z jej marzeń o powrocie do kraju, małżeństwie, życiu takim jak przed wybuchem wojny.

Przyznam, że pomimo dwukrotnej nawet lektury książki i regularnego oglądania wiadomości telewizyjnych nie umiem tak naprawdę odtworzyć spójnego przebiegu współczesnej historii Afganistanu ani stwierdzić do jakiego stopnia udało się znieść zbrodniczy reżim talibów. Wszyscy sprawozdawcy koncentrują się na bitwach, bombach, ofiarach a tak naprawdę nie wiemy nic o codziennym życiu w kraju ogarniętym wojną. tym codziennym życiu, które tak doskonale, choć prosto opisała Zoja. Nie wiemy czy kobieta nadal nie może iść ulicą samotnie, bez towarzystwa krewnego i w obowiązkowej burce, czy może skorzystać z pomocy lekarza-mężczyzny bez grożących jej za to sankcji i czy nadal jedyną dozwoloną a nawet propagowaną rozrywką jest oglądanie egzekucji… Czy dzieci znowu puszczają latawce a noszenie białych skarpetek nie jest już równoznaczne z deptaniem flagi talibów… Jakie nastąpiły zmiany obyczajowe, prawne…

Tak naprawdę bowiem, jednym z największych walorów “Niewiernych” jest próba pokazania pozycji, praw kobiet w Afganistanie, jej genezy i tego jak subtelnie trzeba działać, aby cokolwiek udało się zmienić. Historia przybranej babki Zoi, która uświadamia sobie, że usankcjonowane prawnie i zwyczajowo bicie ją przez męża jest złe, że w przyszłości powinno się to zmienić, aby choć dla niej jest za późno, ochronić następne pokolenia jest przykładem jak trudno zmienić mentalność ludzką. Kobiety nawet wykształcone i w teorii świadome swych praw poddają się tradycji, która jest silniejsza niż litera prawa i konstytucja. Dowodzi tego koleżanka Zoi, która wydana zgodnie z tradycją za zupełnie nieznanego jej mężczyznę, nie kontynuuje nauki, gdyż mąż jej nie pozwala. Dowodzi tego rodzina uchodźców, która zapożycza się na wielkie tradycyjne wesele a potem nie ma za co kupić lekarstw i butów dla dzieci.  Ulegają presji społecznej i silnemu, nie oszukujmy się także u nas, strachowi przed tym “co ludzie powiedzą”. Ulegają dyktatowi religii, która jak mi się wydaje, nie powinna tak dalece rzutować na życie codzienne ani swoich wyznawców ani tym bardziej ludzi innego wyznania. Wszystko to w dodatku opisane bez żadnego zadęcia, bez peror -  w formie prostego życzenia o coś, co dla wielu z nas wydaje się oczywiste. Szczególnie uderzyło mnie marzenie o poślubieniu mężczyzny, który będzie szanował ją i to co robi – wydawałoby się tak bardzo skromne a dla wielu kobiet nieosiągalne…

Polecam tę książkę tym, którzy interesują się innymi kulturami, tematyką praw człowieka. Na 200 stronach została spisana naprawdę jedna z najbardziej poruszających historii, jakie czytałam.

“Porwanie” Chmielewskiej mnie nie porwało!

listopad 29, 2009

Czytelniczką książek Joanny Chmielewskiej jestem długoletnią, aczkolwiek mało systematyczną i kolejne pozycje pochłaniam w dużej mierze zrywami, w zależności od tego czy aktualnie przeczytana pozycja wydała mi się interesująca czy nie. “Porwanie” wyjątkowo kupiłam już w dzień po premierze. Nie byłam jakoś szczególnie na nią napalona, ale miałam nadzieję na lekturę poprawiającą nastrój, nabyłam i…  nie zawiodłam się tylko dlatego, że nie oczekiwałam zbyt wiele w momencie, gdy zobaczyłam, że główną bohaterką jest Joanna.

Wydaje mi się,  że ostatnimi laty Chmielewska zatraciła umiejętność budowania spójnej, logicznej, żywej i interesującej akcji w książkach, w których podmiot liryczny jest zarazem alter ego autorki. Zrozumiały jest fakt, że kobieta w jej wieku nie biega już po mieście ani nie udaje wiertarki mechanicznej, ale …  Jeżeli się nie ma o czym pisać to się po prostu nie pisze, czego dobitnym przykładem są moje biedne, osierocone często blogi.  Wracając jednak do tematu – od jakichś 10 lat, czyli od “Złotej muchy” żadna książka z Joanną mnie nie porwała a kiedyś było dokładnie na odwrót. Trudno, aby porywało coś, gdzie 50% akcji stanowią pogadanki w domu Joanny, podczas których bezustannie jedzą,  leją się hektolitry piwa lub wina i wszyscy rozbijają się taksówkami, co powoduje zgrzytanie zębów u przeciętnych, pracujących jednostek, którym podobne ekstrawagancje nie grożą. Podczas czytania nowszych książek Chmielewskiej przypomina mi się Klub Pickwicka, w którym akcja a raczej jej brak wyglądał bardzo podobnie – jedzą, piją i popuszczają pasa ;) . Szkoda, że czasy saskie już dawno minęły i dzieło w stylu “Opisu obyczajów za panowania króla Augusta III” Kitowicza nie ma już szans powodzenia.   Coraz bardziej wkurzają mnie też powtarzające się do bólu te same postaci, adresy i akcje. W końcu wydawałoby się, że w Warszawie jest więcej ulic niż nieszczęsna Chmielna 106, która występuje bodaj w trzech książkach w trzech funkcjach, można by się zdecydować co do nazwiska Bożydara, wymarzeńca, Słodkiego Kocia i tego jak w końcu miał na imię mąż Alicji a także  nie powtarzać tych samych historyjek w kilku książkach, np. nieszczęsnej gęsi pieczonej w glinie, która – jeżeli liczyć poradniki – piekła i  się upiec nie mogła co najmniej 3 razy.

“Porwanie” powtarza wszystkie najgorsze wady stylu Chmielewskiej z ostatnich 10 lat a najgorszą jest to, że jest po prostu nudna. Nieprawdopodobna zupełnie akcja, połączona ze skretynieniem bohaterów, z których 5 na 7  (czy znany jest Pani Chmielewskiej rachunek prawdopodobieństwa ?) słyszało/widziało podobne porwania i najpierw tego w ogóle nie skojarzyło a potem grzecznie czekało z przypomnieniem sobie aż poprzednia osoba skończy opowiadać. Ja się może nie znam, ale tuszę, że gdybym kiedykolwiek słyszała o porwaniu to w przypadku podobnego zdarzenia nie potrzebowałabym kilku dni na przypomnienie sobie tego faktu. Kolejną wadą książki jest jej przegadanie, przy całkowitym braku błyskotliwych dialogów, które mogłyby podnieść walory powieści.  Brak zupełnie perełek językowych, zabawnych skrótów myślowych i lapsusów  co stanowiło swoisty znak rozpoznawczy stylu Chmielewskiej. Co gorsza spirytus movens całej powieści, czyli porwanie osoby wziętej za Joannę Chmielewską, całkowicie niepotrzebnie zostało przekombinowane. W zupełności wystarczyłaby zbieżność nazwiska osoby, która zamieszkała pod starym adresem Joanny. Nie, trzeba było jeszcze dodać, że się podszywała pod Joannę i prześladowała ją telefonicznie, zrzynając na dobitkę z “Babskiego motywu”. Przejadę się jeszcze po postaciach, bo doprawdy różne nieprawdopodobne kreacje Chmielewska stworzyła, ale tutaj już dała popis fantazji i fikcji, posuniętej do granic niemożliwości. Natalkę dałoby się jeszcze ścierpieć, nawet Klarę pomimo finalnej bójki, ale przy Konradzie, który chce oddać rywalowi  nerkę dosłownie wymiękłam, ogłupiałam, skamieniałam i zamieniłam się w żonę Lota a potem wybuchłam nieopanowanym śmiechem.  Dzięki temu znalazł się moment, po którym tarzałam się po podłodze ze śmiechu, tylko chyba niezupełnie o taką reakcję chodziło.

Generalnie “Porwanie” jest po prostu nijakie i nużące. Może jednak Pani Joanna, na której książkach się wychowałam powinna przemyśleć pozostanie przy utworach, w których jej alter ego się nie pojawia, które pomimo upływu lat nada są w większości świetne.  Audiobooki z “Depozytu” i “Krowy niebiańskiej” ratowały mi samopoczucie, gdy przez tydzień nie wolno mi było czytać ani używać komputera i żałuję, że od “(Nie) boszczyka męża”, czyli już ładnych kilku lat nie pojawiło się nic w tym stylu.

Koniec i bomba, kto przeczytał “Porwanie’ ten trąba.

Galerianki. O potrzebie akceptacji i konsumpcjonizmie…

listopad 23, 2009

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wychodząc z kina po obejrzeniu galerianek usłyszałam rozmowę telefoniczną, mniej więcej tej treści: “Byłam właśnie na Galeriankach. No wiesz… ten film w którym dziewczyna zaczęła się puszczać, żeby mieć na modną komórkę i wkupić się do łask innych dziewczyn”. Mimo spłycenia i skrótowości posuniętej do granic możliwości w wypowiedzi oddane jest to, co moim zdaniem stanowi clue filmu – działaniem ludzi kieruje potrzeba akceptacji.

 

Potrzeba akceptacji i przynależności do grupy ma wpływ na nas do tego stopnia, że często jest przyczyną nie tylko nieracjonalnych zachowań, ale także uzależnień. Większość palaczy swoją przygodę z papierosem zaczęło w szkole, kiedy rówieśnicy namawiając na spróbowanie używali niemal niezawodnych chwytów w stylu – nie bądź frajer, wszyscy palą a ty nie ? Jesteś z nami czy nie. Podobnie sprawa ma się z narkotykami, które zaczynają się od niewinnej trawki czy alkoholu. Interesując się przyczynami uzależnień doczytałam się, m.in., że wiele osób ma utrudnione wyjście z nałogu właśnie ze względów społecznych. Pomimo iż przyzwolenie ogółu na palenie staje się generalnie coraz mniejsze to w przypadku grup rówieśniczych czy kolegów z pracy presja, aby być takim samym jak inni jest ogromna i wbrew sobie wiele osób nie potrafi odmówić wspólnego wyjścia na małego dymka. Jeszcze gorzej sprawa ma się w przypadku alkoholu – imieniny, spotkanie towarzyskie, wesele czy inna uroczystość rodzinna to gotowa okazja do  wypicia. Tu także normą jest wręcz moralny szantaż “mojego zdrowia nie wypijesz? ze mną się nie napijesz?”. W czasie służbowego lunchu obowiązkowe jest modne sushi, nawet jeżeli na samą myśl robi ci się niedobrze…

 

Brak pewności siebie i usilne dążenie do zyskania akceptacji może się objawiać dążeniem do naśladowania we wszystkim otoczenia lub przesadną dbałością o własny image. To właśnie powoduje, że dane osoby maniakalnie wręcz dbają o swój wygląd, co objawia się na dwa sposoby – albo ślepą pogonią za modą albo wprost przeciwnie – ubieraniem się niczym szara myszka, byle tylko się nie wyróżnić i nie być ubranym inaczej niż inni. Z drugiej strony nie wierzę, że może dojść do sytuacji, w której młodzież masowo zacznie uznawać modne jest bycie niemodnym i programowo przeciwnym noszeniu markowych ubrań, pracy w korporacji i kupowania produktów firm globalnych.

 

Moja 10-letnia chrześnica oznajmiła ostatnio w czasie mojej wizyty,  że nie będzie nosiła takich tanich dżinsów za 60 zł, muszą być przynajmniej za sto, tak jak noszą koleżanki. Słuchałam tego ze zgrozą zastanawiając się czy to chwilowy bunt czy faktycznie dziewczynka, którą jeszcze kilka minut wcześniej uważałam za dziecko, fakt wyrośnięte, doszła do takiego etapu w życiu w którym zdecydowanie nad „być” przeważa „mieć”.  Błyskawicznie spakowałam sporo ciuchów, w które sama już się nie ubiorę, kupionych pod wpływem impulsu, które zdecydowanie są markowe. Wiem też, że każdy kolejny prezent będę z nią konsultowała, aby w miarę możliwości dostała to o czym najbardziej marzy. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że to tylko kropla w morzu potrzeb – ja jestem daleko, widujemy się średnio 2-3 razy w roku… Co poza tym ? Patrząc na małolaty, które spędzają wolny czas po szkole w Arkadii albo innych Złotych Tarasach zastanawiam się czy pewnego dnia zobaczę ją w galerii, szukającą cwaniaka, któremu odda się za bluzkę albo markową torebkę. Mam nadzieję, że jednak z wiekiem zmądrzeje…

“Rarka” – ki diabeł ?!

wrzesień 10, 2009

Reklama Plusa z tajemniczą rarką w treści zrobiła na mnie wrażenie raczej średnie. Przelotnie zastanowiłam się ki czort ta rarka, uznałam, że widocznie kolejne słowo ze slangu młodzieżowego, zaczerpnięte z angielskiego, mające dla mnie tyleż sensu co i niesłynna “slamerka” z reklam Orange i tyle.  Zarzekłam się jeszcze, że nie sprawdzę cóż to może być i nie dam satysfakcji agencji reklamowej a co a telefonu w sieci Plusa więcej nie kupię, bez względu na wysiłki Mumio i dałam sobie spokój.

A przynajmniej miałam zamiar, gdyż rarka okazała się wszędobylska. Do ponownej refleksji skłonił mnie artykuł w “Newsweeku”, w którym ni mniej ni więcej tylko “rarka” została okrzyknięta zagwozdką roku 2009 dla lingwistów, nie wiedzących cóż z owym dziwolągiem uczynić. Wiadomo iż język ewoluuje i powstają spontanicznie różne tworki i potworki, ale to…  Co innego naturalny neologizm, powstały gdy  kiedyś komuś zabrakło kilku liter w smsie, dając początek słowom takim jak “nara” czy “pozdro”  a co innego słowo, stworzone przez specjalistów od piaru, na potrzeby kampanii reklamowej. Duża szansa zatem, że się nie przyjmie. Taką kompletną klapę zanotowało na swoim koncie słowo “wyprz”, którego nie używają ani moi znajomi ani nawet przypadkowe osoby z internetu, zapytane przeze mnie w spontanicznej sondzie zorganizowanej na blipie.  Szczerze mówiąc rarce też nie wróżę wielkiej kariery. Nawet kiedy już wyjaśniono nam łopatologicznie, iż ma to być oznaczenie czegoś rzadkiego (lac. rarus, ang. rare), rarytasu, gratki to… Nawet  rzekomy celowy szok literacki “Rarka Plusa – Lalka Prusa” nie szokuje. Może dlatego, że podobną grą słowną od “gra półsłówek” jest “sra półgłówek”, co nawet odpowiada ostatecznemu rezultatowi. Wiele hałasu o nic i  zaśmiecony język na dokładkę.  No, jako plus da się odnotować to, że lingwiści mają jakieś zajęcie, gdyż inaczej ze względu na okrągłą rocznicę urodzin Julka S., próbowaliby po raz z setny ustalić czemu wielkim poetą był, na podstawie analizy artyzmu języka ;)

Koniec i bomba a kto czytał ten pomidor (nie kopytko!)

„Pozwól mi wejść”

grudzień 17, 2008

wampir

Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy,
Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi;
Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy.

Po obejrzeniu filmu „Wpuść mnie” (åt den rätte komma in) od razu zaczęłam żałować, że nie znałam wcześniej książki. Wydaje mi się, na podstawie tego, co zobaczyłam, że aczkolwiek percepcja może być już trochę skażona wizją reżysera, to jednak warto poznać myśl pisarza. Poznać, przynajmniej na tyle, na ile pozwoli niedoskonałość wszelkich przekładów i skostnienie własnego umysłu, który mimo wszystko trudno czasem przyjmuje obrazy inne, niż te do których przywykł. Po raz kolejny okazało się, że przyjęcie podpowiedzi, sugestii, aby zapoznać się z czymś, co na pierwszy rzut oka wydaje się przereklamowane, pseudoambitne lub zwyczajnie nudne może okazać się pozytywnym zaskoczeniem.

Zafascynowana filmem i pewną wizją, która mi się nasunęła zaczęłam czytać recenzje, szukając niejako rozwinięcia lub potwierdzenia swojej tezy, czego w myśl przyjętego modus operandi nigdy nie robię przed obejrzeniem filmu. Jak się okazało słusznie, gdyż film, w kręgach znawców i tych którzy się za znawców uważają, zyskał sobie miano „ambitnego”, efektem czego były mniej lub bardziej koszmarne wywody mielące w nieskończoność pogląd jak to się kino europejskie różni od amerykańskiej papki. Co za tym idzie zaowocowało to licznymi recenzjami, niestety, mającymi niewiele wspólnego z tym, co mnie interesowało w filmie najbardziej.
Przyjaźń zastraszonego 12-letniego Oskara z Eli, która okazuje się być wampirem to przede wszystkim znamienne jako ilustracja tego jak bardzo potrzebujemy akceptacji. Samotny, niepewny siebie chłopiec rozpaczliwie pragnął czyjeś uwagi, chociażby zainteresowania, którego nie zaznał na co dzień. Dziewczynce, która w ogóle zwraca na niego uwagę, pożycza to, co ma najcenniejsze – kostkę rubika. Drobiazg niby, niewielki i nieistotny, ale nabiera symbolicznego wręcz znaczenia. Z czasem ofiarowuje tej jednej istocie, która go zaakceptowała takim, jakim jest swoją niedojrzałą jeszcze miłość, pierwsze uczucie. Uczucie tym silniejsze, że Eli dala mu bezcenny dar – wiarę w siebie, poczucie, że ktoś przy nim stoi, akceptuje go. To dało mu siłę by stawiać czoło okrutnej rzeczywistości. Dlatego Oskar wolał udać się z Eli na tułaczkę, dzieląc jej samotność niż ją stracić.

Elementem kluczowym jest jak dla mnie również tytuł, tłumaczony jako „wpuść mnie’ lub „pozwól mi wejść”. Prześladowany, samotny chłopiec, który na co dzień wszystkie emocje tłumi w sobie, w głębi duszy pragnie zemsty, rewanżu. Budzi się w nim instynkt mordercy, który chce by jego prześladowcy cierpieli, krzyczeli ze strachu przed nim. Przed chłopcem, który w szkole jest popychadłem. Eli, która jest wampirem, nie może wejść, jeżeli nie zostanie zaproszona. Grozi jej to śmiercią. Zło, które Eli uosabia, śmierć i samotność, nie mają dostępu do ludzkiej duszy i serca, jeżeli sami ich nie zaprosimy. Nieszczęście, upokorzenie, samotność możemy przezwyciężyć lub się im poddać. Być może następnym razem to Oskar poprosi Eli, aby pozwoliła mu wejść do jego świata, mrocznego, samotnego, wypełnionego śmiercią. Wszak dla osoby, która jest bezgranicznie samotna i nieszczęśliwa zło jest pociągające. Wydaje się łatwiejszą drogą, podobnie jak samobójstwo.

„Pozwól mi wejść” to film, pozwalający nam wejść głębiej w samych siebie i zrozumieć także nasze motywy postępowania. Większość osób, poza skrajnymi egocentrykami skupionymi wyłącznie na sobie, jest gotowych na wiele dla zdobycia przyjaźni lub chociażby uwagi innych. Chociażby jednej osoby, która przyjęłaby nas takimi, jakimi jesteśmy, nie próbując nas zmieniać. Ofiarowując symboliczną kostkę rubika, wyciągając rękę z tym, co mamy najcenniejsze – naszymi uczuciami, ofertą przyjaźni prosimy o akceptację. Bez słów prosząc: „Pozwól mi wejść”. Podobnie jak Eli stajemy się wówczas całkowicie bezbronni, bliscy śmierci, jeżeli nie dostaniemy zaproszenia, mając wówczas do wyboru – zginąć lub odejść, co nie zawsze stanowi dużą różnicę.
Pozwól mi wejść to słodko-gorzka opowieść to życiu, miłości i śmierci. Trzech najważniejszych sił, kierujących ludźmi. Ludźmi, którzy tak często wysyłają niemą prośbę „pozwól mi wejść”…

Zakazany owoc…, czyli jak przypadkiem wypromować “gwiazdkę”

październik 4, 2008

Eve Tempted, Apple & Hand

Zakazany owoc ciągle krąży mi nad głową… śpiewał kiedyś młody Krzyś Antkowiak. Krąży, krąży i nie tylko nad moją głową. Zakazany owoc kusi i nęci i pobudza ciekawość. Nie ma chyba lepszej metody zachęcenia do czegoś niż powiedzenie, że tego absolutnie i w ogóle nie wolno. Tak, wiem, truizm. Prawda, z której zdają sobie sprawę wszyscy zdroworozsądkowo myślący ludzie. Niektórzy najwidoczniej jednak albo nie myślą logicznie albo są zbyt zacietrzewieni albo poczucie misji działające jak klapki na oczach.

Media z misją, podległe różnym organizacjom, partiom, kościołom, z uporem godnym lepszej sprawy odsadzają od czci i wiary wszystko co wydaje im się niemoralne, naganne, nieetyczne i zgoła godne potępienia. Tym to sposobem rzucając gromy na każdego artystę, który ośmieli się poruszyć kontrowersyjny temat, żyć w sposób odbiegający od powszechnie przyjętych norm dostarczają nam gotowej ściągawki, na co warto zwrócić uwagę. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można domniemywać, iż wszystko co oskarżyli o obsceniczność, wulgaryzmy i skandalizowanie, za którym broń Allahu i wszystkie inne bóstwa, nie idzie w żadnym wypadku jakikolwiek poziom artystyczny okazuje się jeśli nie wartościowe to przynajmniej interesujące. W tym momencie owe media strzelają sobie samobója, gdyż zupełnie niechcący promują nowe gwiazdy zwiększając im liczbę odbiorców, gdyż przynajmniej część osób nie potrafi się oprzeć takiemu zaproszeniu.

Taka Maria Peszek na przykład… Zaledwie jakiś tydzień temu została przez Nasz Dziennik zmieszana z błotem i oskarżona o to, że swoje beztalencie pokrywa kreowaniem się na postępową piosenkarkę, budującą swoją popularność na skandalach. Nie minął tydzień i jej najnowsza płyta jest najlepiej sprzedającym się albumem w Polsce. Przekora Polaków ? Zapewne też, ale nie tylko. Sama na kupno płyty się nie skusiłam, gdyż twórczość pani Peszek nie leży w kręgu moich upodobań muzycznych, ale obejrzałam kilka teledysków. Nastawiona na to, że będzie to faktycznie ramota w stylu jakiejś pseudogwiazdki wywodzącej się z Big Brothera, która chce się wybić za wszelką cenę, przyjemnie się rozczarowałam. Aczkolwiek sama płyta muzycznie nie rzuciła mnie na kolana to teksty, które tak bardzo oburzyły redaktora Naszego Dziennika okazały się naprawdę niezłe.

Maria Peszek dokonała w swoich tekstach kilku ciekawych zabiegów lingwistycznych, udanie lawirując między znaczeniem dosłownym i przenośnym. Wykorzystała przy tym szerokie możliwości słowotwórcze, m.in. fonetyczne, wykorzystując także grę znaczeń między językiem polskim a angielskim, co dało interesujące efekty. Na przykład ciekawa gra znaczeń i skojarzeń – fukać się, fuckać, wykorzystanie dwuznaczności wyrazów, np. pukać, nie zawsze widocznych na pierwszy rzut oka, dodaje posmaczku tym tekstom:

„Poliż mnie, I’m polish albo jeśli wolisz

Możesz mnie posolić albo wy… miętolić (…)

Pukam i fukam,

Fukam i fakam”

Nasz Dziennik upiera się, że piosenki artystki są obsceniczne i wulgarne. Jego prawo. Wszak mówienie o seksie w XXI wieku to coś strasznego. Ale mniejsza o to. Moim zdaniem o wiele bardziej przeraża ich fakt, że Peszek obnaża polskie stereotypy, czego przykładem jest chociażby Rosół. Być może w tym miejscu wyrażę się o piosenkarce nazbyt pochlebnie, ale mi osobiście utwór ten przypomina zabiegi stylistyczne stosowane przez Nową Falę, zwłaszcza przez Stanisława Barańczaka. Zastosowany został tu tzw. koncept frazeologiczny, polegający (bez wdawania się w naukowe wywody) na wykorzystaniu przestrzeni znaczeniowej, jaką niesie za sobą znany nam związek frazeologiczny z nietypowym, nieoczekiwanym rozwinięciem, zmieniającym jego treść. I tak, np. fragment „Lubię być kurą domową do pralki wrzucić problem wraz z głową” wywołuje skojarzenia z licznymi związkami frazeologicznymi: pejoratywnym określeniem kura domowa, praniem mózgu oraz szowinistycznym zwrotem, aby kobieta „nie zaprzątała sobie czymś ślicznej główki”, czyli wyrzuciła głowę, bo nie ona jest jej potrzebna. Nic więc dziwnego, że Nasz Dziennik, który stawia się na pozycji strażnika dawnego patriarchalno -kościelnego porządku jest zaniepokojony tym, że artystka ośmiela się śpiewać o tym, że kobiety, które decydują się zostać kurami domowymi były poddane wychowaniu porównywalnemu z praniem mózgu. Tym bardziej, że w kolejnej zwrotce ta dezaprobata Peszek jest widoczna jeszcze bardziej: „kura nioska”, „kura beztroska”, „znosić bajki”, „obierać się z głupich myśli”. Są to kolejne odniesienia do bezmyślności, kompletnego braku samodzielnego myślenia, wręcz odżegnywania się od jakichkolwiek własnych myśli oraz „znoszenia bajek” – w domyśle – wszelkich stereotypów kulturowych, na podstawie których kobietę się ubezwłasnowolnia i umiejscawia w kuchni, tam gdzie jej miejsce.

Porzucając jednakże zabawy w zgadywanie „co poeta myślał kiedy pisał”, gdyż na tym cała rzecz polega, aby każdy odbierał dany utwór po swojemu, wrócę do początku, bo nie tyle chodzi tu o samą Marią Peszek, która mimo wszystko nie jest wybitną osobistością na rynku, co o sam problem.

Takie próby cenzurowania treści pojawiających się w literaturze, sztuce czy internecie przypominają nie tylko walkę z wiatrakami. Mnie osobiście nasuwa się na myśl historyjka opisana bodaj w Pałubie Irzykowskiego. W Szkole Rycerskiej, jeśli się nie mylę, dodano Don Juana czy też Kandyda do programu szkolnego i zaistniała potrzeba wydania na nowo i ocenzurowania utworu, tak by nie wypaczyć młodych, niewinnych umysłów a zarazem aby wydanie było odpowiednie także dla dorosłych odbiorców. Usunięto więc wszystkie kontrowersyjne fragmenty, opatrzono miejsca, z których je wycięto stosownymi przypisami tak aby można było łatwo odnaleźć dane fragmenty, umieszczone na końcu książki w postaci suplementu. Tymże to sposobem młodzież nie trudząc się miała wszystko pod ręką w skondensowanej formie.

Redaktorzy Naszego Dziennika najwidoczniej tej historii nie czytali, gdyż ich artykuły pełnią dokładnie tę samą rolę co ów suplement. Ewentualnie chcą sobie zwiększyć nakład, gdyż jak się okazuje, lektura Dziennika ma -wbrew pozorom – jakiś sens.

Chcieliśmy dobrze a wyszło jak zawsze, czyli kronika z lektury Kronik socjopaty.

wrzesień 10, 2008

Gdyby moja lektura utworu Daniela Koziarskiego miała przybrać postać kroniki zapewne miałaby postać szachownicy, wypełnionej na przemian czarnymi kratkami wypełnionymi lekturą i białymi kiedy to zniecierpliwiona rzucałam książką i co najmniej na kilka dni zostawiałam ją odłogiem. Po zakończeniu lektury podobnie – kilka dni kiedy leżała na półce i znowu sięgnęłam po nią celem przeczytania jeszcze raz kilku co ciekawszych fragmentów. Kroniki mają w sobie coś co nęci i denerwuje zarazem.

Kroniki socjopaty z tradycyjną kroniką mają tyle wspólnego, iż powieść jest podzielona na małe rozdziałki, z których każdy jest relacją z jednego, kolejnego wydarzenia. Zdarzają się także przytoczenia, relacje innych bohaterów, co również ma swoje korzenie w tym gatunku. Różnicą, niekoniecznie in minus, jest jedynie brak datowania, nawet przybliżonego. Trudno powiedzieć czy utwór rozgrywa się w ciągu roku, dwóch czy więcej. Nie ma wskaźników pór roku. Wszystko to powoduje, iż mamy wrażenie jakiegoś bezczasu, tak charakterystycznego dla literatury XX wieku, m.in. Kafki. Oddala nas to od gatunku kroniki, ale nadaje powieści wymiar bardziej uniwersalny. Skojarzenie z twórczością Kafki nasuwa również postać głównego bohatera: 30latek Tomasz Płachta, kawaler, pracujący, średnio zamożny. W znoszonym garniturze, przedwcześnie siwiejący – przeciętny Polak, niczym nie wyróżnia się spośród dziesiątek innych, mijanych obojętnie każdego dnia. Everyman. Każdy.

I tu w zasadzie kończy się część pochlebna recenzji, gdyż zamiar najwidoczniej przerósł autora, któremu nie udało się wyzyskać możliwość jakie niosła za sobą zarówno postać bohatera, jak i aluzja do kronik. Autor za bardzo chyba skupił się na części anegdotycznej, co powoduje, iż utwór czyta się „łatwo i przyjemnie” i pierwsza fraza tytułu: kłopoty to moja specjalność wydaje się być adekwatny, ale chyba niezupełnie o to chodziło. Aczkolwiek nie przepadam za literaturą postmodernstyczną, postpostmodernistyczną czy zgoła hipermodernistyczną, gdyż trudno właściwie obecnie zorientować się co kto pisze i do jakiego nurtu zależy to zabrakło mi nadania utworowi jakiegoś szerszego wymiaru, jakiegoś odautorskiego komentarza, kilku słów, pociągnięcia dalej kreski na rysunku, kilku zdecydowanych ruchów ołówka, tak by pogłębić cienie, wydobyć blaski.

Weźmy chociażby postać głównego bohatera, która wydaje się być tragicznie dwuwymiarowa. Znamy wygląd, znamy rodzinę, niektóre szczegóły z dzieciństwa. Tymczasem niewiele czynów Tomasza wynika z przesłanek głębszych niż tylko emocje, zbieg koliczności czy kilka szczególnych cech charakteru jak skąpstwo. Tytułowego bohatera autor określa mianem socjopaty. I faktycznie taki brak pogłębionej charakterystyki i znajomości powodów kierujących Tomaszem pasuje tutaj. Wszak socjopaci w niewielkim stopniu biorą pod uwagę potrzeby i sygnały otoczenie, do tego stopnia wypełnienie sobą, swymi fobiami i potrzebami, z których większość jest co najmniej dyskusyjna. Taki

brak przystosowania do życia w społeczeństwie, nie respektowanie norm moralnych, wzorców zachowań jest zgodny z definicją socjopaty.

I tu trochę się zaczynają schody. Co prawda do miana psychiatry nie pretenduję, ale nie wydaje mi się by Koziarskiemu udało się w osobie Tomasza Płachty naszkicować wiarygodną postać socjopaty. O ile bowiem „prawdziwy” socjopata ma problemy z dostosowaniem się, zrozumieniem norm moralnych o tyle problemem bohatera jest nawet nie obsesyjne sprawdzanie tego czy ma zapięty rozporek ile skąpstwo i charakterystyczna dla sporej liczby osób niewrażliwość na komunikaty wysyłane przez otoczenie. Zatem jego problem z dostosowaniem się wynika w dużej mierze z przypadku: banknot zagubiony w kieszeni spodni, nieszczęsne dotknięcie rozporka w niewłaściwym momencie, krzywo wiszący obraz. Obsesyjne sprawdzanie przez Tomasza Płachtę czy rozporek przypadkiem mu się nie rozpiął faktycznie zakrawa na zachowanie ocierające się o zachowania psychopatyczne. W końcu o seryjnych mordercach mówi się, iż swoisty rytuał, który przeważnie powtarzają (ułożenie ofiary, narzędzie zbrodni, itp.) to efekt swoistego zespołu natręctw – dana osoba wierzy, iż jeśli czegoś nie zrobi zdarzy się nieszczęście lub też co jakiś czas musi powtarzać te same czynności. Tyle tylko, że większość osób na miejscu Tomasza zwyczajnie sięgnie do rozporka, nawet demonstracyjnie i sprawdzi a nie będzie wykonywało masaż, podchody i co tam jeszcze. Tu ujawniają się już rysy faktycznie świadczące o obsesji.

Trudniejszym zagadnieniem jest jego skąpstwo. Tutaj w zasadzie wiele można usprawiedliwić sytuacją rodzinną, najwidoczniej rodzina Tomasza jest średnio zamożna, co mogło się przyczynić do tego, iż uważniej kontroluje swoje wydatki, wręcz mają naturę chomików - lubią mieć i nie wydawać. Z drugiej strony – osoba naprawdę skąpa nie kupowałaby pisemek typu swierszczyk i płyt kolekcjonerskich. Jest to więc kolejna niespójność, celowa, mając nam ukazać Tomasza jako obsesjonata. Maniakiem zapewne trochę jest, ale chyba autor nieco zbyt wyraźnie to akcentuje, jak gdyby obawiał się, iż ktoś móglby nie zauważyć.

Moim zdaniem główny problem Tomasza to tzw. aspołeczność. I nie mam tu na myśli tego, iż powinien oddawać pensję na domy samotnych matek, ale to, iż wydaje się, że Tomasz tak naprawdę nie potrzebuje innych ludzi. Nie tyle jest wypełniony sobą, bo takie osoby jeśli krzywdzą swoich bliskich to zwykle nieświadomie, ale brakuje mu ludzkich uczuć i hamulców, gdy chce tym, co nim wzgardzili, obrazili, itp. Odpłacić pięknym za nadobne. U większości osób skończy się na czarownych planach, u Tomasza nie. I to jest chyba kwintesencja jego aspołeczności – zrobi każde świństwo o jakim inni tylko marzą. (Ma ktoś numer do niego? ;-) )

Nie będę już znęcała się nad resztą utworu, gdyż tak naprawdę postaci są raczej papierowe, wydarzenia  nieprawdopodobne a całość tworzy misz-masz, przyprawiając niekiedy o zgrzytanie zębów. W zasadzie to w tym momencie powinnam być na siebie zła, gdyż opisałam w ponad 850 słowach coś, co powinnam zmieścić w jednym zdaniu – ot, takie czytadło do metra, zajmujące, ale bez większych ambicji.Czyli chcieliśmy dobrze a wyszło jak zawsze ;-) .

Koniec.

Mężczyzna NIE od podstaw

maj 28, 2008

Na Mężczyznę od podstaw „napaliłam się” już dobry rok temu, toteż gdy w końcu udało mi się zasiąść do lektury, nastawiona byłam na kawałek dobrej literatury, która przybliży nieco tajemniczą naturę mężczyzn. Zasiadłam do lektury, cierpliwie przebrnęłam wstęp pana, który pisał go chyba na podstawie informacji z wydawnictwa, z umiarkowanym zainteresowaniem poczytałam o szczegółach przemiany w mężczyznę, gdyż sama jako żywo nie mam zamiaru niczego podobnego próbować i… Doczekałam się w końcu konkretów, tj. opisu przeżyć z tych 18 miesięcy, kiedy udawała Neda i…. Rozczarowałam się strasznie.

Szumny opis ksiażki , zamieszczony na jej okładce, mówił, iż:

Jako obserwator z zewnątrz zdołała dostrzec rzeczy. których świadomość całkowicie zmienia potoczne wyobrażenia o męskim świecie. Jej książka. napisana dosadnie. ale z wyczuciem. reporterską przenikliwością. empatią i humorem. jest pełna wyrazistych sądów i wolna od stereotypów. To opowieść z pierwszej ręki o tym. jak trudno być prawdziwym mężczyzną. Dlaczego mężczyźni nie patrzą sobie w oczy? Co tak naprawdę oznacza męski uścisk dłoni? Czym w istocie jest męska przyjaźń? Norah-Ned przekracza granice płci i konfrontuje swoje obserwacje z kulturowymi wyobrażeniami na ten temat.

Cóż… Wziąwszy nawet poprawkę na to, że jest to literatura amerykańska, w dodatku dziennikarska i nie mająca ambicji naukowych, to przede wszystkim mam poczucie ogromnego niedosytu. Dlaczego ? Przede wszystkim Norah Vincent nie odrobiła najwyraźniej pracy domowej i przed przystąpieniem do przemiany nie zadała sobie trudu, aby poczytać o najprostszych procesach psychologicznych, chociażby mechanizmach obronnych osobowości. Wówczas nie zaskakiwałyby ją, tak oczywiste dla sporej części osób fakty, jak dystans emocjonalny, kompleksy związane z brakiem wzoru w ojcu, czy kompleksy związane z matką. Ten brak pogłębienia wiedzy wydaje mi się grzechem głównym zarówno samej książki, jak i Vincent. Nie do pomyślenia jest dla mnie to, że kobieta, która poświęciła 18 miesięcy swojego życia, aby wczuć się w rolę mężczyzny, która przypłaciła ten eksperyment załamaniem nerwowym, tak dalece nie umiała wykorzystać i zinterpretować zdobytej wiedzy. Jeśli nie przed eksperymentem to po. Relacja Vincent polega bowiem w głównej mierze na opisywaniu własnego strachu przed zdemaskowaniem, o co pretensji mieć do niej nie można, a także poznanych w czasie eksperymentu osób. Wszystko fajnie, tylko opisy te, nie są z całą pewnością opisami osoby, która jest wnikliwym obserwatorem innych, a już na pewno osoby, która dogłębnie poznała jakieś środowisko. Być może przyczyna leży w tym, że w każdym środowisku przebywała stosunkowo krótko, ale nie wydaje mi się by stanowiło to aż tak dużą przeszkodę. Vincent podeszła do tego chyba bardziej anegdotycznie niż analitycznie, gdyż kilka wniosków, mocno posledniej jakości rzuconych w zakończeniu nie satysfakcjonuje mnie w żadnej mierze.

Wnioski jej są zaś równie płytkie jak i sama ksiażka. Generalnie daje się wyczytać dwa główne: bycie mężczyzną nie oznacza otrzymania karty wstępu dla VIP-ów oraz bycie kobietą to przywilej. Sama nie wiem, który z tych wniosków jest jak dla mnie bardziej absurdalny. Zacznę od pierwszego. Współczucie dla mężczyzn, którzy nieustannie muszą potwierdzać swoją męskość i obawiają się, że są nie dosyć męscy, chyba ma soje źródło w tym, że Vincent jest lesbijką. Nie wynika to z uprzedzeń czy stereotypów, ale tylko kobieta, która nigdy nie czuła potrzeby potwierdzania przed osobą płci przeciwnej swojej kobiecości mogła coś takiego wymyślić. Kobiety heteroseksualne mają dokładnie te same obawy, których obecność u mężczyzn, budzi u niej tak wielkie współczucie. Musimy przecież być nieustannie piękne, zadbane, pachnące, idące dumnie ulicą w poczuciu promieniującej z nas kobiecości. Potrafiące zachować się w każdym towarzystwie, subtelnie flirtować, ująć mężczyznę (nie)kłamanym podziwem jego osoby, itd. Od mężczyzny połowy tego się nie wymaga i nawet siorbanie i mlaskanie jest im wybaczane znacznie łatwiej – wiadomo – facet ;) .

Drugi wniosek, o ile to oczywiście możliwe, jest jeszcze bardziej absurdalny. Nie wiem od kiedy to bycie kobietą jest przywilejem, ale chętnie się dowiem, ba! chętnie się taką uprzywilejowaną istotą stanę. Wedle Vincent owym niesamowitym szczęściem jest to, że możemy bez skrępowania okazywać emocje. Można dodać do tego jeszcze ewentualnie otworzenie drzwi samochodu przez co bardziej wychowane jednostki, których liczba z każdym rokiem topnieje, podane płaszczyka i zapłacenie za kawę. Cóż… Na moje postrzeganie owego „przywileju” na pewno wpływ ma to, że nie żyjemy w tak wyzwolonym obyczajowo kraju jak USA. Trudno by kobieta wyzwolona jaką jest Vincent, głośno przyznająca się do swojego homoseksualizmu, czego tutaj uczynić by z taką swobodą nie uczyniła, rozumiała jak ironicznego zabarwienia nabiera owo słowo „przywilej” w takim zaścianku jaki mamy w Polsce. W którym jak w znanym dowcipie feministycznym:

-dlaczego mężczyzna otwiera kobiecie drzwi?

-Sama nie może, bo w obu rękach dźwiga siaty z zakupami

całuje się kobiety po rękach, a na co dzień tyra nimi jak wołami.

Nie wdając się jednak w rozważania feministyczne… Mężczyzna od podstaw nie jest książką złą, ale jest utworem o niewykorzystanym potencjale. Można ją przeczytać, można nawet od czasu do czasu znaleźć jakąś perełkę, ale wszystko to zdecydowanie za mało. Pozostaje niedosyt…