“Przymierze z dzieckiem” powstało w czasach kiedy o macierzyństwie wypowiadali się głównie mężczyźni, mówiący wiele o rozkoszach “stanu błogosławionego”, instynkcie macierzyńskim, wspaniałym doświadczeniu jakim jest karmienie piersią i tak dalej. Samych zainteresowanych nikt o zdanie nie pytał, a one milczały, gdyż powiedzenie prawdy wymagało ogromnej odwagi i siły do stawienia czoła ostracyzmowi społecznemu.
O “Gwałcie” Chmielewskiej słów kilka
Listopad 4, 2011“Gwałt” to kolejna książka Joanny Chmielewskiej, którą mam i przeczytałam tylko dlatego, że otrzymałam ją w prezencie. Nie powiem, pozycja ma pewne zalety, szczególnie jeśli czyta ją ktoś, kto nie zna zbyt dobrze twórczości Chmielewskiej, ale dla prawdziwych fanów to zdecydowanie “nie to”.
Jak pisałam już kiedyś przy okazji recenzji Porwania moim zdaniem Chmielewskiej coraz bardziej nie wychodzą książki z serii przygód Joanny, ostatnią niezłą pozycją była bodaj “Złota mucha”, napisana już dobrych 15 lat temu. Wydaje mi się, że Chmielewska nie odnajduje się w czasach małpiej poczty i komórek, do czego oczywiście ma prawo, ale nieustanne czytanie o tym staje się powoli nużące. Być może autorka także zdaje sobie z tego sprawę i dlatego tym razem wróciła do czasów swojej młodości, które doskonale zna i lubi i rozumie, czyli do okresu PRL-u.
J. Chmielewska “Byczki w pomidorach” – recenzja doskonale subiektywna.
Maj 26, 2010
Gdy zaczynałam pisać tę recenzję przez chwilę zastanawiałam się nad jakimś bardziej porywającym tytułem, np. “Czy byczki są bycze” albo “Chmielewska nie strzeliła byka”, miałam zamiar nawet pytać znajomych o ich opinie. Po namyśle uznałam, że byłoby to popadanie w pewien schemat, który nie tak dawno wytykałam osobie, która włada piórem daleko lepiej niż ja. Zatem bez dalszej zwłoki i (zewłoka) przystąpmy do rzeczy. Czytaj resztę wpisu »
Placet literackich koryfeuszy…
Luty 25, 2010Zachwyciło mnie to sformułowanie – cóż za podręcznikowy przykład pseudo-erudycji, podlanej obficie sosem przeintelektualizowania i niedopasowania stylu do treści. Rzucanie pereł przed wieprze to mało powiedziane w odniesieniu do wysilania się na ambitne teksty w gazecie dla przeciętnego odbiorcy, który do części kulturalnej rzadko dociera.
Polonistką co prawda jestem mocno wybrakowaną, gdyż ani nie pracuję nad krzewieniem literatury w młodych umysłach ani też nie mam w ogóle do czynienia z literaturą w pracy zawodowej schlebiam sobie, że zasób słownictwa mam dość szeroki i pod warunkiem, że ktoś nie sili się na cytowanie słownika wyrazów obcych nie mam problemów z rozumieniem tekstu czytanego. Nawet w postaci wyrwanych z kontekstu kilku słów. A tu nic. Żadnego światełka w tunelu czymże u licha może być placet koryfeuszy, na dodatek literackich. Rzuciłam pojęcie w eter, do znajomych o podobnym wykształceniu, zainteresowaniach i inteligencji i najczęstszą reakcją był jeden wielki znak zapytania, że nie wspomnę już o tyleż dosadnych co szczerych odpowiedziach typu “Co k… ?”.
Tak się tylko zastanawiam ( i zapewne nie ja jedna) czy autor nie zużył przypadkiem całej energii twórczej na wynalezienie kilku “mądrze” brzmiących słów, gdyż poza tym artykuł wyróżnia się niepoprawnym szykiem zdania, brak umiejętności właściwego stosowania myślników, przecinków a także - o zgrozo- fleksji, co tylko częściowo da się wytłumaczyć złożoną budową zdań. Co gorsza owo recenzjo-streszczenie skrzypi w czytaniu. Średnio co dwa zdania miałam wrażenie, że autor sam gubi się w stworzonym przez siebie chaosie i na chybił trafił wrzuca co jakiś czas fragment fabuły, opinię własną, sądy krytyków, między które wciska na siłę fakty z najnowszej literatury. Iii tam, nawet pisać szkoda o tej pomyłce publicystyki.
Dobranoc.
Opublikował/a Joanna