Archiwum kategorii ‘Autotematyczne’

Read more books than blogs

grudzień 19, 2009

Przyznam szczerze, że gdybym nie zobaczyła to nie uwierzyłabym. Krążący od jakiegoś czasu zapewne, ale zobaczony przez mnie dopiero dzisiaj obrazek “read more books than blogs” uświadomił mi, że ku mojemu zaskoczeniu blogi stały się tak ważnym elementem, nie tylko cyberprzestrzeni.  Sama nie tylko pisuję dosyć nieregularnie, ale i niemal nie czytuję innych. Być może da się to przyporządkować pod kategorię wstydliwych wyznań, ale do awantury o budyń Oetkera nie miałam pojęcia o istnieniu sławnego ponoć Kominka a nazwy najpopularniejszego polskiego bloga, opisującego rzeczywistość polityczną, mimo najszczerszych chęci nie jestem sobie w stanie ani przypomnieć ani wygooglać. Czytania wypocin polityków i pseudgwiazdek showbiznesu unikam jak ognia… Pogoń za trendami i modą mnie nie interesuje… Na myśl o czytaniu “arcydzieł” ortografii i stylu naszej przyszłości narodu aż mnie otrząsa. Nie pasjonuję się na tyle żadnym serialem, Hannah Montana, filmem a wiadomości wolę jednak w telewizji. Tymże to sposobem poza blogiem  Samcika , który ostatnio trochę nadmiernie popada w samouwielbienie i mojego guru Bralczyka,  poza okazjonalnymi wizytami u znajomych, aby zobaczyć, co tam u nich słychać nie czytam żadnego bloga. No, jeszcze zerkam czasem na porady odnośnie photoshopa i przepisy kulinarne, ewentualnie jak zrobić koraliki czy ładnie ułożyć serwetki na spotkanie z teściami ;) , ale na tym koniec. Dlatego też nie przyszłoby mi do głowy, że blogi mogą zastąpić książki.Nigdy w życiu!

Na pewno krótka forma i wygodna platforma jest zaletą blogów, ale… Szczerze mówiąc ja nawet do e-booków nie jestem w pełni przekonana. Audiobooków czasem słucham, ale też z pewną rezerwą. Nie ma to jednak jak szelest kartek, ciepła herbatka i kocyk. I inny świat, do którego przenosimy się nawet w zatłoczonym autobusie i długiej kolejce do kasy. No i jak tu porównać ukochane książki z dzieciństwa a potem już lat dorosłych  z czytaniem o piciu herbaty i pierwszych słowach ukochanego dziubdziusia. Jak zastąpić  Imię Róży, Ivanhoe czy Sapkowskiego z najbardziej błyskotliwą nawet oceną najnowszej pyskówki w sejmie. Nie da się, no nie da!

Kochajcie książki rodacy !

I czytajcie, książka żyje tylko wtedy gdy jest czytana…

Przybądź do mnie siostro miłosierdzia muzo

październik 16, 2009

Życie ludzkie jest nonsensem, do niczego nie prowadzi, niczemu nie służy, nikt nikogo nie zapamięta i nikt niczego nigdy nikomu nie wyjaśni.  Wbrew pozorom to nie cytat z wnurzeń emo nastolatki, ale krótka recenzja Krzeseł Ionesco z kryminału Joe Alexa. Życie codzienne  bywa przytłaczające, nawet jeśli ma się fajnego chłopaka, nie najgorszą pracę i jako tako ustabilizowaną sytuację życiową.  Tramwaje, które bezlitośnie budzą cię o bladym świcie, wichura i deszcz, smutni ludzie naokoło. Łapię się wtedy na chęci ucieczki, w jakąś inną rzeczywistość. Nie bardzo wiem jednak jak… Nawet sprawdzona podróż w przeszłość na kartach książek nie zawsze się udaje.  Zapomniany hrabia Monte Christo leży w kącie, wzgardzona Jane Austen jeździ ze mną codziennie do pracy, wciąż mam nadzieję, że znowu do niej sięgnę, chociaż pseudosielankowy klimat Mansfield Park, zaczyna raczej działać mi na nerwy niż koić atmosferą dawnych czasów, kiedy to niewiasty faktycznie nie zajmowały się niczym poza  wdawaniem za mąż siebie, sióstr i kuzynek.

Najbardziej wykańcza jednak nuda, powtarzalność czynności. Nie ma inspiracji, natchnienia, nawet jeśli chce się czym zająć to coraz ciężej znaleźć coś nowego, fascynującego. Z czasem odczuwa się przesyt. Historia na powrót zdaje się poczetem zmor i królów. Coraz rzadziej otwieram photoshopa i przeglądam fora internetowe w poszukiwaniu ciekawego tutoriala. Ile można oglądać filmy czy nawet najciekawszy serial, który ciągnie się kolejny sezon, na siłę, bo w końcu łatwiej bazować na już sprawdzonym pomyśle niż silić się na oryginalność.  Krzyżówki, robótki, teatr, wystawy… Słowniczek polsko-angielski podpiera nogę stolika, płyty do nauki niemieckiego poniewierają się gdzieś na etażerce. Przepis na nową sałatkę został już udoskonalony na siedem sposobów.  Ten nasz szalony wiek, dostarczający wciąż nowych bodźców a z drugiej strony swą powierzchownością powodujący, że niczego tak naprawdę nie możemy zglebić do końca.

Ogarnia mnie od przypadku do przypadku dziwna nostalgia na wspomnienie czasów, w których człowiek mógł znać się na wszystkim – przeczytać wszystkie greckie dramaty, znać na pamięć nazwiska flamandzkich malarzy, które ledwie da się wypowiedzieć albo wszystkie ówczesne wynalazki. Dzisiaj czasem zazdroszczę osobom, które potrafią poświecić cale życie by zgłębić pismo linearne A Kreteńczyków, studiować mitologię skandynawską albo szukać nieznanego pierścienia wokół Saturna. Na szczęście wkrótce mi przechodzi, dzięki temu, że patrząc na niektóre znane mi osoby, ogarnięte jedną tylko pasją zdaję sobie sprawę z tego, że nie dałabym rady tak żyć. Wozić o północy psa do weterynarza, targać teczkę na projekty większą niż ja sama, mieć stolik z pudełek po pizzy, gdyż inne jedzenie oderwałoby na dłużej niż 10 minut od komponowania. Wolę już swoje lekcje włoskiego, wypady na mecze i kręgle, nawet jeśli jakieś przemądrzałe snoby uznają to za mało ambitne. A, i nie miałabym nic przeciwko temu, żeby dalej powadzić ten blog, jeśli tylko muza będzie częsciej do mnie przybywać i nie wtedy, gdy akurat jadę do pracy…

Stugębne nieszczęście

kwiecień 24, 2009

s4031355

Szanuj szczęście, jest tylko wypożyczone.

Zerkam na jaśniejące ostatnio niepokalaną bielą białe strony mojego bloga i uświadamiam sobie, że od pewnego czasu nie pojawia się w nim nic nowego. Brak natchnienia ? Niekoniecznie. Raczej brak czasu, ale to też nie to. Czy ja wiem …. Chyba po prostu minął u mnie okres kiedy miałam chęć dzielenia się z innymi swoimi myślami, przeżyciami, tym co mi aktualnie „w duszy gra”.

Stugębne nieszczęście…. W oryginale była stugębna plotka i zawsze mi się to określenie podobało. Tytuł zresztą jest nieprzypadkowy, gdyż najszybciej od stuleci rozprzestrzeniają się plotki i informacje o katastrofach. Pożar, wypadek, katastrofa budowlana… o tym wszystkim mamy szansę dowiedzieć się w kilka minut po wydarzeniu. Nikt za to nie śpieszy z wieścią, że został napisany wzruszający wiersz albo w parkach zrobiło się zielono i siedząc na ławeczce możesz patrzeć się na sroki i łabędzie. Tak jak stugębna jest plotka, tak samo stugębne jest nieszczęście a szczęście jak złoto jest milczeniem. Jest w tym jakaś prawidłowość. Gniotący nas smutek, czy przygnębienie próbujemy wyrzucić z siebie. Nie zawsze wystarczają łzy czy zwierzenia szeptane na ucho przyjaciółce. Wtedy próbujemy przelać nasze uczucia na papier, który cierpliwie znosi wszystkie nasze wynurzenia i przesadne często narzekanie, że świat się skończył i nie mamy już po co żyć. W internecie łatwiej znaleźć opowieści o nieszczęśliwej miłości czy prośbę o podanie recepty na szybką i bezbolesną śmierć niż wyznanie „siedzę właśnie przy kawie, za oknem widzę zazielenione korony drzew, promienie muskają moją twarz. Czuję wiosnę”. Takie słowa spotkałyby się pewnie z pobłażliwym uśmieszkiem lub krytyką, podobną jaka spotkała Alę Janosz za śpiewanie o jajecznicy. W końcu nie mówi się o rzeczach tak prozaicznych. Gdyby to była butelka Jacka Danielsa to co innego. Tak undergroundowo, mrocznie, romantycznie. Jeśli ktoś ma wyśmiać naszą radość po przeczytaniu po raz kolejny ulubionego kryminału Chmielewskiej „bo to nie literatura” albo sprofanować poranny rytuał przyniesionej do łóżka kawy w ulubionym kubeczku, lepiej milczeć.

Przypomina mi się wywiad z Agnieszką Chylińską, w którym opowiedziała historię jednej z piosenek z późniejszych płyt. Szczęśliwa z nowym mężczyzną nie umiała napisać ani jednego tekstu. Bała się, że zacznie pisać teksty w stylu „tralalala” i „Jest fajnie, jest super”, dlatego milczała. Dopiero gdy wyjechali z zespołem w trasę a ona zatęskniła, wróciły uczucia bezsilności, beznadziei, gniewu i narodziła się płyta. Jak widać jest coś takiego w nieszczęściu, że potrafi być najlepszą siłą napędową, silniej przemawia do wyobraźni. Gdyby zrobić zestawienie piosenek, które wywarły największy wpływ na nasze życie czy znalazłby się w nim chociaż jeden, tzw. przebój lata. Kiedy zresztą pisać.

Mówi się, że szczęśliwi chwil nie liczą, a później narzekają, że szczęście trwa krótko. Te momenty kiedy jesteśmy szczęśliwi mijają tak szybko, że wciąż nam ich za mało i upajamy się nimi niczym narkotykiem. Kto myśli wówczas o dbaniu o rym i rytm, dobór słów. jak najlepsze wyrażenie myśli. Łatwiej pisać wówczas kiedy chce się zapomnieć o nieszczęściu, desperacko zająć czymś myśli lub wyrzucić z siebie gniew, ból i żal. W naszej kulturze o szczęściu się nie mówi. Raczej szepcze. Albo na wszelki wypadek dodaje się z udawanym śmiechem „Csiii… żeby nie zapeszyć”. Skoro jest dobrze to po co o tym mówić ? Nie umiemy się dzielić szczęściem, tak jak nie umiemy chwalić. Pozmywane naczynia pomijamy milczeniem, za to o porzucone na dywanie skarpetki urastają do rangi ragedii greckiej. Szefowie nigdy nie chwalą gdy jest dobrze – w końcu tak powinno być, za to wytykają zaniedbania i niedociągnięcia. Być może dlatego jesteśmy takimi pesymistami, którzy uważają pech i narzekanie za naturalny element życia. Melancholijna słowiańska dusza każe nam dopatrywać się nawet w szczęściu zalążka przyszłego smutku, którym będziemy musieli zapłacić za ten czas.

Przeciągam się kończę kubek, równie banalnej jak jajecznica, aromatycznej kawy… Nie mówię nic, nic nie tłumaczę. Jak powiedział niezrównany Jaskier: Dwadzieścia lat w służbie poezji, dostateczniej długo, by wiedzieć, że są rzeczy, które albo rozumie się w lot, nawet bez słów albo nigdy się ich nie zrozumie.

Zakrzywić czas i przestrzeń…

luty 4, 2009

Grzeczne dziewczynki prowadzą blogi, niegrzeczne nie mają na to czasu.

Zaczynając pisać blog uznałam za stosowne zamieszczenie w nim czegoś w rodzaju wiersza programowego. Prowokacyjnie nieco a może i asekurancko przywołałam to powiedzenie, które okazało się nad wyraz prorocze. Pustych stronic powoli przybywa i przybywa i moje ukochane dziecko wygląda na nieco zapuszczone.

Czas. Magiczne słowo Europejczyków, którym ciągle go brakuje. W końcu nasz rytm dnia, życia wyznaczany jest przez to co jeszcze musimy zrobić. Przez czas pracy, korki, które zabierają nam czas. Ciągły pośpiech i próba prześcignięcia czasu. Przekroczenie bariery dźwięku, zwiększanie przyśpieszenia, zakrzywienie czasoprzestrzeni ….Terminy, odbijające się gdzieś echem w naszej pamięci, słyszane co jakiś czas w radiu i powodujące cierpnięcie duszy biednego humanisty, którego „mały rozumek” jest karmiony teorią względności.

Z drugiej strony świadomość tego, że nie tak daleko od nas żyją kultury, którym teoria względności nie jest potrzebna a pomimo to potrafią zakrzywić czas. Czas, który sami sobie stwarzają a który nie jest liczony w nanosekundach czy zgoła kwantach czasu. Organizowany przez rytm życia przyrody i prac polowych. W końcu jak głosi anegdota: punktualny Afrykańczyk spóźnia się na spotkanie 2 godziny i śmieje się, że Europejczyk nie ma czasu. Na pewne rzeczy, takie jak właśnie krąg kulturowy, w którym przychodzimy na świat nie mamy wpływu i dopiero jako człowiek dorosły możemy próbować to zmienić, pytanie tylko czy będziemy w stanie wyeliminować tę ciągłą pogoń za czasem, wpojoną nam przez nasze społeczeństwo. Sama świadomość tego nie zawsze wystarcza aby coś zmienić.

Zakrzywić czas i przestrzeń… Wdaje mi się, że nie jesteśmy w stanie sami kształtować sobie czasu i nie jest nam potrzebne owo słynne zakrzywienie czasoprzestrzeni, czyli miejsce, gdzie czas płynie inaczej, gdyż wiele w naszym życiu zależy po prostu od splotu przypadkowych zdarzeń i otaczających nas ludzi. Jedno zdanie, jedna decyzja może sprawić, że nagle coś się kończy lub zaczyna i od tej pory nic nie jest już takie samo. Nagle nie mamy już gdzie się śpieszyć po pracy, nie spędzimy godziny na czytaniu maila, którego nigdy nie dostaniemy… Albo przeciwnie, zostaniemy wciągnięci w wir spotkań i wypadów a w domu będziemy jedynie rzadkim gościem.

Jednym z moich ulubionych stwierdzeń jest: „Trudno, nie będziemy walczyć z przeznaczeniem”. Nie da się zgadnąć co się zdarzy jutro, co spowoduje, że rytm naszego życia znowu się zmieni. Zawsze można czas odrobinę oszukać, ukraść troszkę przeznaczonego na sen i przez jedną, bezcenną, poranną godzinę pisać, dzieląc się refleksją, zachwytem, wspomnieniem…

W moim magicznym miejscu

listopad 23, 2008


“Tak w każdym miejscu i o każdej dobie

Gdziem z tobą płakał, gdziem się z tobą bawił,

Wszędzie i zawsze będę ja przy tobie,

bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił.”

Magiczne miejsce… Sama nie wiem dlaczego użyłam akurat tego określenia, które  stało się już tak bardzo spospolitowane, ale jednocześnie, przynajmniej jak dla mnie, jedyne odpowiednie. Być może już coś takiego jest, że niektóre miejsca, ludzie, przedmioty są właśnie takie, że nabierają dla nas szczególnego znaczenia, nawet wtedy gdy na razie są jeszcze marzeniem lub są już jedynie przebrzmiałym echem dawnych czasów. Po prostu magiczne.

Gdybym miała w końcu tę tablicę, której od kilku miesięcy nie mogę kupić, mogłabym się pobawić w coś podobnego do zabaw pedagogicznych: w chmurki tagów, połączone z mapką.  Na mapce umieściłabym może punkciki, może chorągiewki albo jakieś pamiątki związane z miejscem, osobą, marzeniem. Niektórzy mają swoje sekretne pudełka a ja swoją mapkę, na razie gdzieś głęboko w myślach i w sercu, upstrzoną punkcikami.

Tak wiele chciałabym tam zawrzeć. Pokazać miejsca o szczególnym dla mnie znaczeniu, tak wiele jeszcze dodać miast, krajów, w których jeszcze nie byłam. Najbliższe mi miejsca … Mam takich wiele i tak naprawdę trudno powiedzieć czasem, co jest w nich tak niezwykłego. Może nawet nie chcę z obawy, że ktoś nie zrozumie, wykpi… Takie np. Łazienki. Miejsce, które najbardziej kojarzy mi się z Warszawą, Warszawą jeszcze z czasów, gdy tu nie mieszkałam. Byłam w nich zaledwie tydzień temu i wszędzie czekały na mnie duchy przeszłości “gdziem z tobą bywał, gdziem się z tobą bawił” a jednocześnie były zupełnie inne. Ustrojone w jesienną szatę piękne, pełne życia z tymi drzewami w złotych i czerwonych koronach, ale jednocześnie czuło się coś majestatycznego, czego nie  było wiosną. Powiew historii może lodowate tchnienie zimy, czającej się tuż, tuż.  Tak trudno to ująć w słowa.

Przywołując wspomnienia przychodzi mi na myśl tyle miejsc. Barbakan i stare miasto, które tak pięknie wyglądają w nocy. I kazimierska Góra Trzech Krzyży oświetlona sztucznymi ogniami, na którą weszliśmy w Sylwestra, aby lepiej widzieć miasteczko nocą.  Święty Krzyż, na który wdrapałam się w szpilkach a wracając zgubiliśmy się w straszliwej mgle. Jak to zawsze ja, jak to prawie wszyscy ze mną.  Bieszczady…

Ale to nie wszystko, jest jeszcze tyle chorągiewek na mojej mapce. Przecież w tylu miejscach jeszcze nie zdążyłam być. Te chowam głęboko, aby nieopatrznym słowem nikt ich nie sprofanował, nie odebrał uroku, nawet nieświadomie.  Są też czarne plamki – miejsca do których nigdy nie wrócę lub nigdy nie pójdę, gdyż zbyt wiele wiąże się z nimi smutnych wspomnień. Ale i takie, które po prostu zupełnie mnie nie interesują. Stanowczo wykreślam nocne kluby, gdzie niczym krowa na targu trzeba poddać się selekcji. Wszystkie sushi bary po tym jak ostatnio skusiłam się na ten wątpliwy smakołyk i … i nie mogłam go przełknąć, więc żułam straszliwie długo, gdyż wrodzone dobre wychowanie nie pozwoliło mi go wypluć.  I wszędzie tam gdzie jest zimno… i…

Magiczne miejsca mają to do siebie, że nie da się racjonalnie wytłumaczyć komuś co dla ciebie znaczą. O ich znaczeniu nie decyduje żadna wartość obiektywna, lecz wspomnienia, czas, to “coś”, co sprawia, że jedynie czytając o jakimś miejscu mówimy sobie, że to koniecznie kiedyś muszę zobaczyć. Być może to kiedyś nigdy nie nastąpi, ale …

Magicznym miejscem jest dla mnie nawet ten blog. Niewiele na nim piszę, chcąc zachować jego charakter. Chcę, aby był miejscem, gdzie naprawdę piszę z potrzeby a nie dlatego, że kolejne cyferki na kalendarzu z prawej strony świecą niepokalaną bielą, świadczącą, że nic tego dnia nie dodałam. Dlatego tak wiele jest tu pustych miejsc, białych stron… Chciałabym po latach tu wrócić i przeczytać zapis swoich uczuć, przeżyć, myśli, którymi chciałam się podzielić, małych smuteczków i małych radości a nie relację ze wstawania z łóżka i obierania kartofli. Przeczytać to czym żyłam, co mnie cieszyło a co smuciło. Wrócić do  tekstów piosenek, które mogłyby być napisane przeze mnie i cytatów osób, które jakby czytając mi w myślach, już dawno wypowiedziały moje uczucia, czyniąc to daleko lepiej niż ja kiedykolwiek będę w stanie. Taki pamiętnik – nie pamiętnik.

Magiczne miejsca… Nawet jeśli wspomnienie powoduje, że niespodziewanie w oczach pojawią się łzy, warto je mieć i pielęgnować pamięć. Wszak one także są cząstką nas samych, “bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił”.

Music is the key!

sierpień 8, 2008

music

People – have always been singing
To wipe away tears
To ease all their pain

Nic nie obnaża tak jak muzyka.  Możesz się zachwycać sztuką, próbować wyrazić swe emocje za pomocą rysunku, tańca, ale tylko muzyka oddaje pełnię uczuć. Widząc jak ludzie potrafią się zatracić w muzyce, grając lub śpiewając żałuję, że zawsze będę tylko biernym słuchaczem, któremu nie będzie dane wstąpić do wąskiego grona tych, którzy wyrażają siebie poprzez dźwięki. Tym bardziej jednak doceniam i podziwiam ich trud włożony w ćwiczenia, w samodoskonalenie.

Pomimo że jestem tylko odbiorcą wszelkie zdarzenia i dylematy jakie mają miejsce w moim życiu zawsze wiążą i wiązały się z muzyką. Dziwne ? Być może, ale nie ma chyba takiej sytuacji, w której odpowiednio dobrany cytat, czasem z zapomnianej już piosenki, którą przypadkiem wyciągam z odmętów pamięci lub usłyszanej dopiero co w radiu a idealnie pasującej do mojego nastroju, nie pomagał mi w jakiś  niepojęty sposób. Rozpraszał smutek, przynajmniej na chwilę odciągał od złych myśli lub pozwalał zanurzyć się w innym świecie.

Whenever you’re falling down
Hopeless and pushed around
Find your own melody

Każdy szuka w muzyce czegoś innego – rytmów, harmonii brzmień, wzruszeń. Ja szukam przede wszystkim tekstu. Muzyka bez słów dla mnie niemal nie istnieje. Aczkolwiek, co dziwne, to nie tekst zawsze przyciąga moją uwagę jako pierwszy. Zaczyna się od muzyki, brzmienia. Dlatego tak bliska pomimo wszystko jest mi muzyka klasyczna oraz różnego rodzaju piosenki w językach, których nie znam – po japońsku, francusku. Siła rzeczy ich nie rozumiem, ale dźwięk i sam klimat przemawiają do mnie. Tym bardziej cenię polską muzykę, na którą tak wiele się narzeka a gdzie można znaleźć naprawdę perełki, ukryte czasem głęboko między setkami, tysiącami bezwartościowych błyskotek. Zwykle jednak kiedy słyszę dźwięki, przemawiające do mnie, zaczynam się wsłuchiwać w tekst i to słowa sprawiają najczęściej, że utwór zostaje w mojej pamięci na dłużej.  Znam mnóstwo utworów tandetnych, kiczowatych, w których jedna czy dwie linijki są tak celne, tak przemawiają do mojej wyobraźni lub przypominają mi jakieś szczególne wydarzenie, że mogę ich słuchać, nawet jeśli nie można uznać za szczególnie wartościowe. zresztą – o gustach się ponoć nie dyskutuje.

It’s the key to the heart of all people
It can open the door to your soul

Od kilkunastu niemal lat każdemu ważniejszemu wydarzeniu w moim życiu przypisana jest inna piosenka. Powoli uzbierało się ich już kilkadziesiąt, polskich i zagranicznych, rockowych i hip-hopowych, przebojów i tych niemal zupełnie nie znanych. Próbuję je od jakiegoś czasu zebrać w jednym miejscu, ale każda przywołuje kolejne. Inne tkwią gdzieś w głowie, ale nie pamiętam ich tytułów, wykonawców, niczego poza fragmentem tekstu lub wspomnieniem, że było coś takiego i muszę czekać aż je ponownie usłyszę lub aż coś zaskoczy. Inne za to uparcie tkwią w głowie chociaż staram się ich nie pamiętać, czekam aż wspomnienia się zatrą i będę mogła ich słuchać spokojnie. Jeszcze innych, tych mało znanych, które mam gdzieś, nagrane jeszcze na kasetach, nie mogę nigdzie znaleźć. Mam nadzieję, że kiedyś mi się uda. Gdyby udało mi się je zabrać, uporządkować byłby to być może nieco niecodzienny, ale bardzo osobisty pamiętnik.  Zamiast notek i wpisów przy każdym szczególnym dniu, wydarzeniu byłby fragment piosenki, czasem aforyzm lub cytat. I tylko tyle. Wydaje się, że to niewiele, ale…

Alone in a big city

czerwiec 28, 2008

Alone

„Każdy powinien mieć kogoś, z kim mógłby szczerze pomówić, bo choćby człowiek był nie wiadomo jak dzielny, czasami czuje się bardzo samotny.” E. Hemingway

Ci, którzy całe życie mieszkali z kimś, z rodzeństwem, rodzicami, z utęsknieniem wyczekują rzadkich chwil samotności, kiedy nikogo nie ma i zostają wreszcie sami z własnymi myślami. Kiedy udaje im się usamodzielnić, kiedy już mieszkają w końcu sami, przypominają trochę dzieci skaczące po łóżku rodziców, kiedy ich nie ma i wyjadające smakołyki, pochowane w szufladzie. Wkrótce jednak urok swobody się kończy. Bezmyślnie snujesz się z kąta w kat, próbując zająć się czymś aby czas szybciej zleciał. Bierzesz coś, by za chwilę odrzucić i złapać coś innego. Nie możesz znaleźć sobie miejsca. Miotasz się. Samodzielność, swoboda, wolność tak bardzo wyczekiwane nie cieszą tak, jak się tego spodziewaliśmy. Mają dziwny, gorzki posmak. Samodzielność to nie tylko wolność, to odpowiedzialność i… samotność.

Jak wiele innych marzeń, także i sen małej dziewczynki z małego miasteczka nie spełnił się. Życie w wielkim mieście nie przypomina bajki. Nie przypomina nawet tego z telewizji – tętniącego życiem i radością miasta, zagarniającego cię, włączającego w jakiś oszalały, nigdy niekończący się, półprzytomny wir zabawy i rozrywki. Nigdy nie jesteś tak naprawdę sama, ale tym bardziej dokucza ci samotność. Samotność wśród ludzi.

Z daleka od przyjaciół, rodziny, wszystkiego co znasz, lubisz, co daje ci poczucie bezpieczeństwa czujesz się jak leśna roślinka przesadzona nagle na miejski skwerek, dusząca się od spalin, smrodu. Taka inna od pyszniących się dumnie nieopodal róż i bratków. Taka słaba. Kwiat, który nie ma szans przetrwać, bo rośliny nie rosną na miejskim bruku.

Samotność w wielkim mieście chyba najbardziej doskwierająca jest w weekend. Ten weekend, o którym marzymy przez cały długi tydzień pracy, w czasie którego łudzimy się, że przyjdzie weekend i coś się zmieni. Weekend, na który czekamy, a który wcale nie przynosi nam wytchnienia a jedynie zwiększa poczucie samotności, boleśnie przypominając ci, że otaczają cię obcy ludzie, którym na tobie w ogóle nie zależy. .

Najgorsza jest ta dojmująca, świdrująca w uszach cisza, przerywana niekiedy przez echo twych własnych słów, odbijających się od ścian w pustym mieszkaniu. Włączasz muzykę, jakiś film… Aby tylko zagłuszyć tę ciszę ! Tę ciszę, która natrętnie wpycha ci się do głowy. Cisza jest bolesna… Bardziej bolesna niż myślisz. Otacza cię wszechogarniająca pustka.

Żyjesz w mieście, w którym możesz absolutnie wszystko, masz pod ręką każdy dowolny sposób spędzenia wolnego czasu. Tylko co z tego ? Wystawa, teatr, kino… Aż proszą się o wymianę zdań, dyskusję, podzielenie się wrażeniami. Zawsze to możesz opisać, na blogu, na forum, ale… Czy to nie z samotności powstały wszystkie najwybitniejsze dzieła literackie? Coraz bardziej to rozumiem. Jeśli bowiem nie możemy się swoimi myślami podzielić z kimś, to próbujemy je chociaż przelać na papier. Wyrzucić z siebie natłok myśli i wrażeń, zrzucić z serca ciężar, wyżalić się, nawet sam przed sobą. Zapewne dlatego tak wiele powstaje obecnie blogów, zastępujących tradycyjny pamiętnik, w którym zapisywało się smutki i smuteczki, wylewając łzy, rozważając co zrobić, jak postąpić. Blog to swoiste katharsis, gdyż wiesz, że to nie zostaje tylko dla ciebie. Piszesz z nadzieją, że ktoś to przeczyta, zrozumie, pomoże… Złudną nadzieją, tlącą się gdzieś na dnie podświadomości, ale jednak obecną. Paweł powiedział mi wczoraj: narzekanie jest jak modlitwa, gadasz, ale nikt cię nie słyszy. Mądrze, bo tak naprawdę jesteśmy pozostawieni samym sobie i nasze sygnały, wysyłane rozpaczliwie do ludzi, odbijają się o mur obojętności, i tak możemy liczyć tylko na siebie.

„Każdy powinien mieć kogoś, z kim mógłby szczerze pomówić, bo choćby człowiek był nie wiadomo jak dzielny, czasami czuje się bardzo samotny.”, napisał Hemingway. Nie ma osoby tak twardej, tak silnej, która umiałaby udźwignąć cały ciężar swojej egzystencji. Która nie potrzebowałaby pomocnej dłoni, przysłowiowej kamizelki, w którą mogłaby szlochać, aby później z nowymi siłami dalej walczyć o swoje kruche życie. Samotność w wielkim mieście… Komu wyżalić się, gdy wokół widzisz tylko puste ściany i mur obojętności, niczym wieżowce, górujące nad okolicą, otaczający cię z każdej strony, dławiący i tłamszący. Jak krzyczeć, gdy nikt nie słyszy twego wołania przez ciszę, tonącego gdzieś w hałasie ulicy.

Alone in the big city.

Wołam przez ciszę.

Between Blank Pages. In Search of…

kwiecień 30, 2008

Anthony de Mello Któregoś dnia zrozumiesz, że szukasz tego, co już posiadasz…

Marcel Proust w poszukiwaniu straconego czasu starał się utrwalić każdy, najmniejszy nawet szczegół, wspomnienie, zapach. Drobiazgowo opisywał wspomnienia, nawet smak zapamiętanych z dzieciństwa magdalenek i wyłaniającej się wraz ze wschodem słońca kościelnej wieży, czy też obserwacji jak fiołek zgina łodygę pod ciężarem kropli zapachu. Goniąc za różnymi rzeczami nie widzimy tych szczegółów, umyka nam szelest liści pod stopami, gdy śpieszymy się do swoich zajęć. Nie czujemy ciepłego podmuchu wiatru przemykając szybko od jednego autobusu do drugiego, narzekając na rozwiane włosy, nad uczesaniem których, spędziliśmy ładnych kilkanaście minut. Nawet błysk w oku ukochanej osoby przesłaniają nam często codzienne problemy, zwykła czcza paplanina o wszystkim i o niczym, bezrefleksyjna, służąca tylko podtrzymywaniu kontaktu… Czy jednak warto pochylać się nad każdą najmniejszą nawet trawką, podczas gdy obok nas przepływa życie? Jak winien wyglądać kompromis?

Goniąc za cieniem… Przywołuję często tę maksymę, gdy staję w obliczu całkowitej klęski. Kiedy widzę, że droga, którą obrałam, zwodzi mnie coraz dalej i dalej na manowce, uniemożliwiając zarazem powrót. Kiedy cel, do którego dążyłam ze wszystkich sił wciąż się oddala, wciąż kusząc i wciąż będąc tak samo niepochwytny lub co gorsza, kiedy złoty diadem, tak nęcący z oddali, okazuje się dziecięcą mrzonką, papierową koroną, oklejoną pazłotkiem. Wciąż na nowo zadaję sobie wówczas pytanie za czym gonię, w poszukiwaniu czego miotam się bezwładnie, szukając wyjścia z matni, którą niczym kokonem opętało mnie życie a każdy kolejny ruch sprawia, że zaplątuję się jeszcze bardziej. Próba przystanięcia zaś powoduje, iż z całym okrucieństwem pokazuje mi się beznadziejność sytuacji. Lub też zdaje sobie sprawę z tego, że być może rozwiązanie jest tuż tuż, że może Któregoś dnia zrozumiem, że szukam tego, co już posiadam…

Gdzieś napisano Grzeczne dziewczynki prowadzą blogi, niegrzeczne nie mają na to czasu. Nie zagłębiając się w prawdziwość tego sformułowania, wiem jedno – nawet najpiękniejsze słowa, cyzelowane porównania, wypieszczone metafory i najlepiej dobrane cytaty nie stanowią o sensie istnienia. Przynajmniej mojego! Nawet najstaranniejszy opis bzów, jeszcze mokrych zerwanych o poranku, nie zastąpi ich zapachu i uczucia mokrych ramion i twarzy, którą zatapiamy w pachnącym kwieciu. Nie chcę, by za 20 lat ktoś napisał tak, jak o Prouście pisali jego wydawcy: Być może na niczym się nie znam, ale nie rozumiem, jak pewien jegomość może poświęcić trzydzieści stron, by opisywać, jak wierci się w łóżku przed zaśnięciem. Dlatego ten blog będzie wyglądał niczym miszmasz spostrzeżeń, zachwytów, refleksji, rozważań, dyskusji z samą sobą. Ot niczym pamiętnik usiany od czasu do czasu celną myślą, cytatem, wspomnieniem czy refleksją, między pustymi białymi stronicami. Niedopracowanych i chaotycznych, bo chcę iść coraz dalej – coraz głośniej śpiewać….