Archiwum kategorii ‘Anti’

Myślę, więc jestem … śmieszny. Kretyństwa roku 2009

grudzień 27, 2009

Przełom roku jest zwykle okresem podsumowań i gdybym chciała dokonać subiektywnej oceny minionego roku to muszę rzec, że tak jak to powiedział G.G. Marquez największym nieszczęściem tego kraju jest to, że ludzie mają za dużo wolnego czasu na myślenie [...]. Coś w tym musi być, bo z “Kontrabasisty” Patricka Suskinda, którego w końcu nie skończyłam zapamiętałam zdanie, dosyć niedokładnie zresztą, że myślenie jest zbyt trudne, aby każdy mógł się nim zajmować. Niestety wszyscy uważają, że potrafią myśleć i robią to.  Z czego wychodzą same problemy.

Komitetowi, przyznającemu Noble pokojowe, też się wydawało, że potrafią myśleć i wymyślili ekstraordynaryjnie, że Nobla dostanie Barack Obama, który co prawda jeszcze niczego nie dokonał, ale ma potencjał. W tym momencie zdaje się, że powinnam się domagać literackiej nagrody Nobla. Co prawda poza blogiem niczego jeszcze nie napisałam, ale z całą pewnością mam potencjał i kto wie. Obama odwdzięczył im się apelując o większą liczebność kontyngentu w Afganistanie.  Mógłby tłumaczyć się, że kierował się słynnym cytatem: Uczcie ich polityki i wojny, by ich synowie mogli studiować medycynę i matematykę, a wnuki miały prawo zajmować się poezją, muzyką i architekturą…”

gdyby nie to, że znając poziom edukacji amerykańskiej bardzo wątpię, aby go znal.

Gdybym miała przyznać kategorię, w której w tym roku padło najwięcej głupich pomysłów i przy okazji wypowiedzi zdecydowanie byłaby to kwestia in vitro.  Nie wiem czy komuś udało się przebić w tym roku Nelly Rokitę z jej błyskotliwą wręcz diagnozą leczenia bezpłodności. Wszystkim tym, którym wydaje się, że bezpłodność może mieć jakiekolwiek przyczyny medyczne Nelly postanowila wybić to z głowy, uznając, że „Bezpłodność wynika raczej z problemów psychicznych” i podając nieuświadomionym maluczkim receptę  wystarczy takiej rodzinie rozprężyć się, pojechać na jakiś urlop, mieć ze sobą kontakt, pogadać, porozmawiać, usiąść razem, zjeść kolację. Czyż nie genialne w swej prostocie ? Gdyby wszyscy myśleli tak jak Nelly na świecie nie byłoby sprzecznego z prawem naturalnym i bożym, będącego brakiem szacunku dla życia, wynaturzenia zwanego in vitro. A biedny poseł Gowin nie musiałby adoptować zamrożonych zarodków i “uszczęśliwiać” nas swoimi  przemyśleniami. Szczególnie ujęła mnie eksplozja miłości, wylewająca się ze słów posła, który prawił:   “Polityk musi odnaleźć w sobie miłość do ludzi, którym służy. W moim przypadku, odkąd zająłem się in vitro, to miłość do zamrożonych w azocie embrionów. Wiem! Myśli pan, że przesadzam, ale czasami naprawdę czuję się, jakbym był ich przybranym ojcem”.

Ale Nelly nie jest jedyną odkrywczynią w zakresie medycyny wciąż bieżącego 2009 roku. Pani Ewa Kopacz poczuła widać w sobie podobną moc, gdyż specjalizacja w zakresie pediatrii i medycyny rodzinnej, nie przeszkodziła jej w podważeniu skuteczności szczepień na grypę. Cóż, serial o doktorze Housie – alfie i omedze diagnozy i leczenia- nadal bije rekordy popularności, więc…  Widzę ponadto kilka kolejnych Nobli do rozdania, obie panie mają już na swoim koncie wiekopomne odkrycia. Przy okazji – obecnie jest emitowany spot reklamowy, zachęcający do szczepieniu dzieci przeciwko pneumokokom, już to widzę – rodzice, którym się wmawia, że szczepionka  na zwykłą grypę może zaszkodzić na pewno pobiegną  je szczepić na coś gorszego.

Z czystej litości oszczędzę nam wszystkich przemyśleń przyszłej pierwszej damy RP Isabel. Wystarczy już to, co palnął jej obecnie już mąż Kazimierz M., który wymyślił, iż może stać się receptą na Lecha K. “mógłbym myśleć o wyborach prezydenckich w 2010 r., tylko wówczas, gdyby zagrażała nam reelekcja Lecha Kaczyńskiego”. Biedny redaktor “Wprostu” musiał być poważny.

Na nadmiar logicznego myślenia nie cierpią raczej dziewczyny, które kilka ładnych godzin czekały w kolejce, aby kupić coś z nowej kolekcji H&M, Jimmiego Cho, czy jak on się tam zwał.  Zdaje się, że prekursorem takich wyprzedaży i robienia show z kupowania był w Polsce Media Markt, swoje zrobiła tez potteromania, ale co innego dzieciaki a co innego dorosłe kobiety. Tak mi się przynajmniej zdawało… Dla urody trzeba pocierpieć i odstać swoje ? Dziękuję. Naśladowanie we wszystkim Amerykanów też mogło by mieć jakieś granice, bo nie nęci mnie widok stada dziewczyn bijących się o suknię ślubną czy torebkę.

Czasami wręcz mam nadzieję, że ktoś tylko coś palnął i nie przemyślał. Jeżeli bowiem jeden z naszych reprezentantów w piłkę nożną naprawdę myślał to co powiedział, czyli:   “Jesteśmy z tym selekcjonerem od niedawna, Nie ma czego od nas za bardzo wymagać”  to nie ma czego szukać w reprezentacji i sporcie. Jeśli ktoś nie wymaga od siebie to …

To dziennikarze i tak będą o nim pisać. Zamiast bowiem cieszyć się z wygranej siatkarzy i złotego medalu do bólu rozpamiętywali każdą porażkę piłkarzy. Myślcie panowie, myślcie… Z drugiej strony – jak ktoś słusznie zauważył komentatorzy mieli najgorzej, musieli oglądać tę żenadę do końca…

Wszystkim, którzy dobrnęli do końca mogę zaproponować posłuchanie płyty Agnieszki Chylińskiej “Modern rocking”, która tak intensywnie myślała nad nową wersją swojego wizerunku, że wymyśliła kicz roku. Prezent dla wroga jak znalazł ;) .

Aż strach pomyśleć, co wymyślą w przyszłym roku.

Żródło demotywatory.pl

Koniec.

Read more books than blogs

grudzień 19, 2009

Przyznam szczerze, że gdybym nie zobaczyła to nie uwierzyłabym. Krążący od jakiegoś czasu zapewne, ale zobaczony przez mnie dopiero dzisiaj obrazek “read more books than blogs” uświadomił mi, że ku mojemu zaskoczeniu blogi stały się tak ważnym elementem, nie tylko cyberprzestrzeni.  Sama nie tylko pisuję dosyć nieregularnie, ale i niemal nie czytuję innych. Być może da się to przyporządkować pod kategorię wstydliwych wyznań, ale do awantury o budyń Oetkera nie miałam pojęcia o istnieniu sławnego ponoć Kominka a nazwy najpopularniejszego polskiego bloga, opisującego rzeczywistość polityczną, mimo najszczerszych chęci nie jestem sobie w stanie ani przypomnieć ani wygooglać. Czytania wypocin polityków i pseudgwiazdek showbiznesu unikam jak ognia… Pogoń za trendami i modą mnie nie interesuje… Na myśl o czytaniu “arcydzieł” ortografii i stylu naszej przyszłości narodu aż mnie otrząsa. Nie pasjonuję się na tyle żadnym serialem, Hannah Montana, filmem a wiadomości wolę jednak w telewizji. Tymże to sposobem poza blogiem  Samcika , który ostatnio trochę nadmiernie popada w samouwielbienie i mojego guru Bralczyka,  poza okazjonalnymi wizytami u znajomych, aby zobaczyć, co tam u nich słychać nie czytam żadnego bloga. No, jeszcze zerkam czasem na porady odnośnie photoshopa i przepisy kulinarne, ewentualnie jak zrobić koraliki czy ładnie ułożyć serwetki na spotkanie z teściami ;) , ale na tym koniec. Dlatego też nie przyszłoby mi do głowy, że blogi mogą zastąpić książki.Nigdy w życiu!

Na pewno krótka forma i wygodna platforma jest zaletą blogów, ale… Szczerze mówiąc ja nawet do e-booków nie jestem w pełni przekonana. Audiobooków czasem słucham, ale też z pewną rezerwą. Nie ma to jednak jak szelest kartek, ciepła herbatka i kocyk. I inny świat, do którego przenosimy się nawet w zatłoczonym autobusie i długiej kolejce do kasy. No i jak tu porównać ukochane książki z dzieciństwa a potem już lat dorosłych  z czytaniem o piciu herbaty i pierwszych słowach ukochanego dziubdziusia. Jak zastąpić  Imię Róży, Ivanhoe czy Sapkowskiego z najbardziej błyskotliwą nawet oceną najnowszej pyskówki w sejmie. Nie da się, no nie da!

Kochajcie książki rodacy !

I czytajcie, książka żyje tylko wtedy gdy jest czytana…

O ściąganiu z nostalgią…

listopad 16, 2009

Ściąganie, ściagania, o ściąganiu… Nie, nie próbuję udowodnić, że potrafię omieniać rzeczowniki przez przypadki a jedynie daję wyraz swojej irytacji na cały ten szum medialny o ściaganie muzyki i innych plików z internetu.

Nie pamiętam ile lat ma Kazik i szczerze mówiąc nie chce mi się tego sprawdzać, ale nie sądzę, aby czasy w których dorastał były łatwiejsze pod względem dostępu do muzyki i innych dóbr kultury niż moje. Kiedy ja zaczynałam się interesować muzyką, jako sześcioletni berbeć, ukształtowany w dużej mierze przez strasze rodzeństwo cioteczne mieliśmy właśnie wspaniały, przełomowy rok 1989. Kilka lat później kiedy zaczęłam być już bardziej świadoma na listach przebojów królowały wybitne utwory muzyczne typu radosna twórczość Dr Albana i 2 Unlimited, w Polsce święcił triumf Varius Manx a ja po kryjomu słuchałam pierwszych albumów Piersi, Iry czy Big Cyca, na które byłam jeszcze stanowczo za młoda i tym sposobem poznałam wiele nieodpowiednich słów. Wtedy też pod kuratelą starszych braci i sióstr chodziłam na pierwsze wiejskie dyskoteki. Repertuar stanowił zbitek disco, rocka i czego sie dało z przyniesionych przez nas samych kaset. Kaset, których jakość wołała o pomstę do nieba, wielokrotnie przegrywanych, kopii kopii z szumami, trzaskami. Ciągle się rwących i sklejanych pieczołowicie taśmą klejącą. Z braku odpowiedniej ilości sprzętu przewijanych na ołówku, aby dotrzec do odpowiedniej piosenki, którą akurat chciało się puścić. Ten kto miał wówczas magnetofon dwukasetowy ten był gwiazdą towarzystwa i generalnie debeściakiem. Ja sama wybłagałam taki u chrzestnego na komunię, nakichawszy na proponowany mi rower (przypominam, ze cyfrówek i komputerów nikt wówczas nie dostawał, bo ich zwyczajnie nie było w obiegu, o modzie nie mówiąc). Do tej pory w pudełku, które zostawiłam u rodziców w domu mam relikty tamtych czasów i nieliczne oryginalne kasety, o które primo było trudno, secundo – stanowiły poważny wydatek na ówczesne czasy. Nikt nikomu nie żałował, pożyczało się kasety, kopiowało, pożyczało kopie innym. I co dziwne nikt jakoś wówczas nie mówił o okradaniu kogokolwiek a nie sądzę, aby artyści nie zdawali sobie sprawy z tego, ze tak się właśnie dzieje. Nie sądzę też, aby sami robili inaczej i nigdy nie pożyczali niczego od znajomych, pomimo iż tak dumnie obnoszą się z tym, że oni nie kradną. Nic mi nie wiadomo także, abym wychowywała się w środowiskach patologicznych, gdyż znajomi z innych miast mają podobne wspomnienia z tego okresu. To samo dotyczyło filmów na kasetach vhs, tak straszliwym zabytku, że osoby poniżej 18 lat mają prawo nie wiedzieć co to za dziw.

I proszę, wystarczyło jakieś kilkanaście lat i zmiana nośnika, aby nagle dzielenie się muzyką i filmami zaczęło być nazywane kradzieżą. Niewątpliwie teraz jest łatwiej, szybciej i dzielimy się nie tylko ze znajomymi, ale czy to zmienia aż tak wiele ? Czy wszystkie ukochane kasety mam wyrzucić na śmietnik ? Chyba nie o to w tym wszystkim chodzi…

Przybądź do mnie siostro miłosierdzia muzo

październik 16, 2009

Życie ludzkie jest nonsensem, do niczego nie prowadzi, niczemu nie służy, nikt nikogo nie zapamięta i nikt niczego nigdy nikomu nie wyjaśni.  Wbrew pozorom to nie cytat z wnurzeń emo nastolatki, ale krótka recenzja Krzeseł Ionesco z kryminału Joe Alexa. Życie codzienne  bywa przytłaczające, nawet jeśli ma się fajnego chłopaka, nie najgorszą pracę i jako tako ustabilizowaną sytuację życiową.  Tramwaje, które bezlitośnie budzą cię o bladym świcie, wichura i deszcz, smutni ludzie naokoło. Łapię się wtedy na chęci ucieczki, w jakąś inną rzeczywistość. Nie bardzo wiem jednak jak… Nawet sprawdzona podróż w przeszłość na kartach książek nie zawsze się udaje.  Zapomniany hrabia Monte Christo leży w kącie, wzgardzona Jane Austen jeździ ze mną codziennie do pracy, wciąż mam nadzieję, że znowu do niej sięgnę, chociaż pseudosielankowy klimat Mansfield Park, zaczyna raczej działać mi na nerwy niż koić atmosferą dawnych czasów, kiedy to niewiasty faktycznie nie zajmowały się niczym poza  wdawaniem za mąż siebie, sióstr i kuzynek.

Najbardziej wykańcza jednak nuda, powtarzalność czynności. Nie ma inspiracji, natchnienia, nawet jeśli chce się czym zająć to coraz ciężej znaleźć coś nowego, fascynującego. Z czasem odczuwa się przesyt. Historia na powrót zdaje się poczetem zmor i królów. Coraz rzadziej otwieram photoshopa i przeglądam fora internetowe w poszukiwaniu ciekawego tutoriala. Ile można oglądać filmy czy nawet najciekawszy serial, który ciągnie się kolejny sezon, na siłę, bo w końcu łatwiej bazować na już sprawdzonym pomyśle niż silić się na oryginalność.  Krzyżówki, robótki, teatr, wystawy… Słowniczek polsko-angielski podpiera nogę stolika, płyty do nauki niemieckiego poniewierają się gdzieś na etażerce. Przepis na nową sałatkę został już udoskonalony na siedem sposobów.  Ten nasz szalony wiek, dostarczający wciąż nowych bodźców a z drugiej strony swą powierzchownością powodujący, że niczego tak naprawdę nie możemy zglebić do końca.

Ogarnia mnie od przypadku do przypadku dziwna nostalgia na wspomnienie czasów, w których człowiek mógł znać się na wszystkim – przeczytać wszystkie greckie dramaty, znać na pamięć nazwiska flamandzkich malarzy, które ledwie da się wypowiedzieć albo wszystkie ówczesne wynalazki. Dzisiaj czasem zazdroszczę osobom, które potrafią poświecić cale życie by zgłębić pismo linearne A Kreteńczyków, studiować mitologię skandynawską albo szukać nieznanego pierścienia wokół Saturna. Na szczęście wkrótce mi przechodzi, dzięki temu, że patrząc na niektóre znane mi osoby, ogarnięte jedną tylko pasją zdaję sobie sprawę z tego, że nie dałabym rady tak żyć. Wozić o północy psa do weterynarza, targać teczkę na projekty większą niż ja sama, mieć stolik z pudełek po pizzy, gdyż inne jedzenie oderwałoby na dłużej niż 10 minut od komponowania. Wolę już swoje lekcje włoskiego, wypady na mecze i kręgle, nawet jeśli jakieś przemądrzałe snoby uznają to za mało ambitne. A, i nie miałabym nic przeciwko temu, żeby dalej powadzić ten blog, jeśli tylko muza będzie częsciej do mnie przybywać i nie wtedy, gdy akurat jadę do pracy…

Eurowybory – nie było nawet kiełbasy

czerwiec 9, 2009

Parafrazując znane powiedzenie ma się ochotę powiedzieć “wybory, wybory i po wyborach”.  Tyle tylko, że po świętach zostaje nam przynajmniej zwykle za dużo jedzenia, to po tych wyborach nie ma nawet skórki po kiełbasie. Wyborczej.

Jak daleko sięgnę pamięcią, do czasów gdy byłam już uświadomiona politycznie, chociaż nie mogłam jeszcze głosować, podczas każdych wyborów metaforyczny stół aż uginał się od wyborczej kiełbasy. Ci obiecywali rolnikom, tamci nauczycielom, “ukarzemy aferzystów”, “odbierzemy esbekom emerytury”, “rozliczymy prywatyzację“, itd. Ludzie wierzyli, nie wierzyli, ale mogli wybrać dowolną kiełbasę- ludową, lewicową, konserwatywną… W tym roku nawet kiełbasy nie było. Nikt nawet nie próbował udawać, że ma wizję, pomysł, chce się wykazać. Niewiele było nawet autoreklamy i zdjęć na tle rodziny, obowiązkowo wielopokoleniowej, włącznie z pradziadkiem; łanów zbóż; ludu pracującego miast i wsi… Za to mieliśmy wiele hałasu o nic a raczej o spoty wyborcze. Codziennie włączając telewizor można było się dowiedzieć o nowym spocie anty-PiS albo anty-PO. Kto kogo obraził, oszkalował, podebrał aktorów, naruszył wizerunek, przeplatanych nową konferencją Libertasu, Zawiszy, Ganleya albo chociaż ubolewań nad znikomą ilością tychże. Dowiedzieliśmy się gdzie kto ma rolników, o pozostałych grupach zawodowych jakoś nic się nie słyszało, może poza stoczniowcami, ktorzy ugrali dla siebie obchody rocznicowe. Braki można by wyliczać długo a zasadniczy jest jedne – nikt w tych wyborach nawet nie próbował udawać, że ma jakiś program. A jeśli go miał to starannie to ukrył, chyba na wszelki wypadek, aby sobie nie zaszkodzić. Wybijanie się ponad przeciętność jest źle widziane. Zawsze można w końcu pokazać nagą klatę, szczególnie po to aby ukryć brak języka  -obcego.

Wyborcy pokazali zatem, że kiełbasa im się należy i pomimo apeli do urn poszli wyjątkowo nielicznie. Chyba, ze ktoś uważa wynik 25 %-owy za osiągniecie, tylko dlatego, że poprzednio głosowało jeszcze mniej. A nawet jeśli Polacy mieli ochotę głosować to skutecznie im to utrudniono. Wiem, bo sama chciałam zagłosować poza miejscem zamieszkania. Panie w urzędzie podawały mi i innym nieszczęśnikom okres dopisania się do listy wyborczej od dni 100 do 7, w miejscu zameldowania lub zamieszkania  i kazały zabrać ze sobą dowód osobisty/kartę szczepień psa/karteczkę od spowiedzi i dzielnicowego, który potwierdzi, iż faktycznie mieszkam, gdzie twierdzę iż mieszkam. Pomocą posłużyło dopiero google i forum dla gejów, gdzie jasno i wyraźnie było napisane co, jak, gdzie i dlaczego. Zbrojna w wiedzę dopisałam się do listy bez większych problemów, przez co aż do momentu głosowania nie wierzyłam, że niczego nie popsuto i na liście będę. Tak, ciekawy sposób zachęcenia do wyborów. Niewidomych i niepełnosprawnych na przykład się zachęca.  Tych samych, którzy podczas kolejnych wyborów upominają się o ułatwienia i co wybory sprawa odkładana jest do lamusa do kolejnego głosowania.  O ilości informacji o lokalizacji lokalu wyborczego nie wspomnę z czystej litości i aby nie kompromitować stolicy przed innymi miastami, gdyż wyraźnie przyjęła strategię ” Chcesz głosować ? Sprawdź se sam”. W internecie, byle nie w urzędzie, bo panie też nie będą wiedziały.

Zadziwiające, że aż 1/4 Polaków przez te kolczaste zasieki chciało się przedzierać. Szczerze mówiąc sama sobie się dziwię…

Wybory przeszły, życie toczy się dalej i nie widać ani kiełbasy ani nawet “energii dla Warszawy”. Nawet takiej, która spowodowałaby zniknięcie szpecących wszystko plakatów wyborczych. Cel osiagniety, reszta jest milczeniem…

Niemoc czwartej władzy

maj 29, 2009

gazety

Nic co u konkurencji nie jest mi obce. Tę zasadę przyjęło chyba większość polskich mediów ostatnimi czasy. Po powrocie z pracy bywa, iż mam ochotę obejrzeć wiadomości, poczytać „njusy” na portalach internetowych i ogólnie posłuchać co w trawie piszczy. Nie za często, gdyż należy szanować własne zdrowie i nerwy, ale jednak. Można w zasadzie zrobić sobie nawet maraton –polsat, tvn, tvp1. Przypominający oglądanie kolejnych odcinków „Mody na sukces” – w każdym odcinku to samo, tylko stroje bohaterów się zmieniają.

Zdaje się, że tvn miał niegdyś ambicje aby być stacją obiektywną, dążącą do prawdy. Z kolei dla odmiany telewizji publicznej starano się by to co pokazano w Faktach przedstawić z zupełnie innej perspektywy. Teraz wiadomości obu stacji nie różnią się jakoś znacząco i nawet moherowe babcie, nie mają już powodu by maszerować z transparentami anty-tvn. Główną ambicją stało się chyba dbanie o to by pokazać wszystko to, co konkurencja. Świńska grypa –jest, nowy spot PiSu/PO – zaliczono, obchody rocznicy 4 VI – jak wyżej. Rywal powiedział o konferencji Libertasu – my też musimy, bo jeszcze ktoś pomyśli, że nie wiemy; powstanie pięćsetna komisja śledcza do Spraw Bardzo Ważnych i nie Mniej Niepotrzebnych też trzeba wspomnieć. Dla okraszenia kilka rodzynków typu – kupiono klatkę na pumę, bocian złamał nogę albo Polacy wypili mniej piwa niż rok temu. Na portalach jest jeszcze gorzej – tu wiadomości różnią się głownie pozycją na stronie (sport niżej, gospodarka wyżej)  i tytułami.

Tak na przykład sprawa ojca Hejmo. Kilka lat temu rozgorzałaby zapewne dyskusja czy osoba, na której ciążą takie zarzuty powinna, może celebrować mszę, czy zarzuty są słuszne, o roli kościoła, o lustracji, i tak dalej. Tymczasem wieść przeszła bez echa – zachowując pozory pseudoobiektywizmu pokazali „fakty”, pokazali opinie ludzi i tych za i tych przeciw i tyle. Wsio. Sprawy nie było. Wszystko się rozmyło i rozeszło.

Za to kiedy media  już złapią jakiś temat to będą go wałkować aż do obrzydzenia. Internauci byli już gotowi zawieźć prezydenta i premiera na każdy szczyt dowolnym środkiem komunikacji, czy to hulajnogą czy wielbłądem, byle tylko przestano wszędzie trąbić o tym samolocie. Albo o Kasi Cichopek, która wyskakiwała nawet z lodówki. Teraz, odkąd „na topie” jest kryzys, z radością wita się nawet niby epidemię dowolnozwierzęcej grypy, bo zawsze to jakąś zmiana tematu.

Z drugiej jednak strony paranoją jest sytuacja, w której hitem dnia, jest informacja o tym, że nie działa gadu-gadu. Jak gdyby awaria komunikatora internetowego była największym nieszczęściem życiowym. Ale na tym nie koniec – potem należało podrążyć, jakież to były przyczyny tego kataklizmu a na koniec opisać niezwykłą traumę uzależnionych od gadania. Ciekawy jest też dobór najważniejszych wiadomości, np. na TVN24, gdzie na pasku w dole ekranu biegły sobie swawolnie krótkie notki a to o prezydencie a to o wojnie a między nimi „Dorota Gardias wygrała 9. edycję Tańca z Gwiazdami”. Pomijając już fakt, przeoczenia przeze mnie co najmniej jakichś pięciu edycji – to kim jest u licha Dorota Gardias? Nie śledzę zbyt uważnie współczesnego wycia i łoskotu, który bardzo niechętnie obdarzyłabym mianem muzyki (parafrazując genialnego Joe Alexa),  sprawdziłam zatem –pogodynka. No dobrze, w czasach kiedy gwiazdą może zostać miłośniczka harców w jacuzzi, właścicielka różowego konia albo żona męża, który się z nią rozwodzi, to i prezenterka pogody się nada jak widać. Zastanawia mnie tylko celowość zamieszczania tego rodzaju informacji – fani programu pewnie oglądali finał z zapartym tchem, nie wiadomo po co, bo kierownictwo stacji dopilnowało by wygrał „swój”, ale całą resztę w ogóle to nie interesuje. Albo przynajmniej jeśli zechcą się dowiedzieć to sobie sprawdzą. Cóż, nonsens. Nie pierwszy i nie ostatni, ale o ile jestem w stanie zrozumieć sens wiadomości o podniesieniu/obniżeniu stóp procentowych, którego to procesu i jego skutków dla mnie nie udało mi się dociec, to informowania mnie o zwycięstwie gwiazdy, która śpiewa, pierze, tańczy, kolekcjonuje pestki pomarańczy już nie.

Podejście całkowicie subiektywne, ale to mnie wkurza. Może Cejrowskiego, może i mnie. A najlepiej zamiast się wkurzać, popukać się silnie w czoło i darować sobie kolejne wydanie wiadomości lub co gorsza ich lekturę na dowolnym portalu. Alternatywą jest jeszcze czytanie gazet, ale wówczas aby uniknąć rozwodnionej breji musiałabym czytać Nasz dziennik.  Na przemian z Wyborczą. Ale tego żaden normalny człowiek chyba nie wytrzyma na dłuższą metę.

Cóż… chyba czas wrócić do  powtórek Klossa albo psa Szarika. Tam przynajmniej zawsze źli są ukarani  dobro triumfuje i co najważniejsze wiadomo, że serial na pewno się skończy ;) .