Archiwum kategorii ‘Absurdy życia codziennego’

Myślę, więc jestem … śmieszny. Kretyństwa roku 2009

grudzień 27, 2009

Przełom roku jest zwykle okresem podsumowań i gdybym chciała dokonać subiektywnej oceny minionego roku to muszę rzec, że tak jak to powiedział G.G. Marquez największym nieszczęściem tego kraju jest to, że ludzie mają za dużo wolnego czasu na myślenie [...]. Coś w tym musi być, bo z “Kontrabasisty” Patricka Suskinda, którego w końcu nie skończyłam zapamiętałam zdanie, dosyć niedokładnie zresztą, że myślenie jest zbyt trudne, aby każdy mógł się nim zajmować. Niestety wszyscy uważają, że potrafią myśleć i robią to.  Z czego wychodzą same problemy.

Komitetowi, przyznającemu Noble pokojowe, też się wydawało, że potrafią myśleć i wymyślili ekstraordynaryjnie, że Nobla dostanie Barack Obama, który co prawda jeszcze niczego nie dokonał, ale ma potencjał. W tym momencie zdaje się, że powinnam się domagać literackiej nagrody Nobla. Co prawda poza blogiem niczego jeszcze nie napisałam, ale z całą pewnością mam potencjał i kto wie. Obama odwdzięczył im się apelując o większą liczebność kontyngentu w Afganistanie.  Mógłby tłumaczyć się, że kierował się słynnym cytatem: Uczcie ich polityki i wojny, by ich synowie mogli studiować medycynę i matematykę, a wnuki miały prawo zajmować się poezją, muzyką i architekturą…”

gdyby nie to, że znając poziom edukacji amerykańskiej bardzo wątpię, aby go znal.

Gdybym miała przyznać kategorię, w której w tym roku padło najwięcej głupich pomysłów i przy okazji wypowiedzi zdecydowanie byłaby to kwestia in vitro.  Nie wiem czy komuś udało się przebić w tym roku Nelly Rokitę z jej błyskotliwą wręcz diagnozą leczenia bezpłodności. Wszystkim tym, którym wydaje się, że bezpłodność może mieć jakiekolwiek przyczyny medyczne Nelly postanowila wybić to z głowy, uznając, że „Bezpłodność wynika raczej z problemów psychicznych” i podając nieuświadomionym maluczkim receptę  wystarczy takiej rodzinie rozprężyć się, pojechać na jakiś urlop, mieć ze sobą kontakt, pogadać, porozmawiać, usiąść razem, zjeść kolację. Czyż nie genialne w swej prostocie ? Gdyby wszyscy myśleli tak jak Nelly na świecie nie byłoby sprzecznego z prawem naturalnym i bożym, będącego brakiem szacunku dla życia, wynaturzenia zwanego in vitro. A biedny poseł Gowin nie musiałby adoptować zamrożonych zarodków i “uszczęśliwiać” nas swoimi  przemyśleniami. Szczególnie ujęła mnie eksplozja miłości, wylewająca się ze słów posła, który prawił:   “Polityk musi odnaleźć w sobie miłość do ludzi, którym służy. W moim przypadku, odkąd zająłem się in vitro, to miłość do zamrożonych w azocie embrionów. Wiem! Myśli pan, że przesadzam, ale czasami naprawdę czuję się, jakbym był ich przybranym ojcem”.

Ale Nelly nie jest jedyną odkrywczynią w zakresie medycyny wciąż bieżącego 2009 roku. Pani Ewa Kopacz poczuła widać w sobie podobną moc, gdyż specjalizacja w zakresie pediatrii i medycyny rodzinnej, nie przeszkodziła jej w podważeniu skuteczności szczepień na grypę. Cóż, serial o doktorze Housie – alfie i omedze diagnozy i leczenia- nadal bije rekordy popularności, więc…  Widzę ponadto kilka kolejnych Nobli do rozdania, obie panie mają już na swoim koncie wiekopomne odkrycia. Przy okazji – obecnie jest emitowany spot reklamowy, zachęcający do szczepieniu dzieci przeciwko pneumokokom, już to widzę – rodzice, którym się wmawia, że szczepionka  na zwykłą grypę może zaszkodzić na pewno pobiegną  je szczepić na coś gorszego.

Z czystej litości oszczędzę nam wszystkich przemyśleń przyszłej pierwszej damy RP Isabel. Wystarczy już to, co palnął jej obecnie już mąż Kazimierz M., który wymyślił, iż może stać się receptą na Lecha K. “mógłbym myśleć o wyborach prezydenckich w 2010 r., tylko wówczas, gdyby zagrażała nam reelekcja Lecha Kaczyńskiego”. Biedny redaktor “Wprostu” musiał być poważny.

Na nadmiar logicznego myślenia nie cierpią raczej dziewczyny, które kilka ładnych godzin czekały w kolejce, aby kupić coś z nowej kolekcji H&M, Jimmiego Cho, czy jak on się tam zwał.  Zdaje się, że prekursorem takich wyprzedaży i robienia show z kupowania był w Polsce Media Markt, swoje zrobiła tez potteromania, ale co innego dzieciaki a co innego dorosłe kobiety. Tak mi się przynajmniej zdawało… Dla urody trzeba pocierpieć i odstać swoje ? Dziękuję. Naśladowanie we wszystkim Amerykanów też mogło by mieć jakieś granice, bo nie nęci mnie widok stada dziewczyn bijących się o suknię ślubną czy torebkę.

Czasami wręcz mam nadzieję, że ktoś tylko coś palnął i nie przemyślał. Jeżeli bowiem jeden z naszych reprezentantów w piłkę nożną naprawdę myślał to co powiedział, czyli:   “Jesteśmy z tym selekcjonerem od niedawna, Nie ma czego od nas za bardzo wymagać”  to nie ma czego szukać w reprezentacji i sporcie. Jeśli ktoś nie wymaga od siebie to …

To dziennikarze i tak będą o nim pisać. Zamiast bowiem cieszyć się z wygranej siatkarzy i złotego medalu do bólu rozpamiętywali każdą porażkę piłkarzy. Myślcie panowie, myślcie… Z drugiej strony – jak ktoś słusznie zauważył komentatorzy mieli najgorzej, musieli oglądać tę żenadę do końca…

Wszystkim, którzy dobrnęli do końca mogę zaproponować posłuchanie płyty Agnieszki Chylińskiej “Modern rocking”, która tak intensywnie myślała nad nową wersją swojego wizerunku, że wymyśliła kicz roku. Prezent dla wroga jak znalazł ;) .

Aż strach pomyśleć, co wymyślą w przyszłym roku.

Żródło demotywatory.pl

Koniec.

O ściąganiu z nostalgią…

listopad 16, 2009

Ściąganie, ściagania, o ściąganiu… Nie, nie próbuję udowodnić, że potrafię omieniać rzeczowniki przez przypadki a jedynie daję wyraz swojej irytacji na cały ten szum medialny o ściaganie muzyki i innych plików z internetu.

Nie pamiętam ile lat ma Kazik i szczerze mówiąc nie chce mi się tego sprawdzać, ale nie sądzę, aby czasy w których dorastał były łatwiejsze pod względem dostępu do muzyki i innych dóbr kultury niż moje. Kiedy ja zaczynałam się interesować muzyką, jako sześcioletni berbeć, ukształtowany w dużej mierze przez strasze rodzeństwo cioteczne mieliśmy właśnie wspaniały, przełomowy rok 1989. Kilka lat później kiedy zaczęłam być już bardziej świadoma na listach przebojów królowały wybitne utwory muzyczne typu radosna twórczość Dr Albana i 2 Unlimited, w Polsce święcił triumf Varius Manx a ja po kryjomu słuchałam pierwszych albumów Piersi, Iry czy Big Cyca, na które byłam jeszcze stanowczo za młoda i tym sposobem poznałam wiele nieodpowiednich słów. Wtedy też pod kuratelą starszych braci i sióstr chodziłam na pierwsze wiejskie dyskoteki. Repertuar stanowił zbitek disco, rocka i czego sie dało z przyniesionych przez nas samych kaset. Kaset, których jakość wołała o pomstę do nieba, wielokrotnie przegrywanych, kopii kopii z szumami, trzaskami. Ciągle się rwących i sklejanych pieczołowicie taśmą klejącą. Z braku odpowiedniej ilości sprzętu przewijanych na ołówku, aby dotrzec do odpowiedniej piosenki, którą akurat chciało się puścić. Ten kto miał wówczas magnetofon dwukasetowy ten był gwiazdą towarzystwa i generalnie debeściakiem. Ja sama wybłagałam taki u chrzestnego na komunię, nakichawszy na proponowany mi rower (przypominam, ze cyfrówek i komputerów nikt wówczas nie dostawał, bo ich zwyczajnie nie było w obiegu, o modzie nie mówiąc). Do tej pory w pudełku, które zostawiłam u rodziców w domu mam relikty tamtych czasów i nieliczne oryginalne kasety, o które primo było trudno, secundo – stanowiły poważny wydatek na ówczesne czasy. Nikt nikomu nie żałował, pożyczało się kasety, kopiowało, pożyczało kopie innym. I co dziwne nikt jakoś wówczas nie mówił o okradaniu kogokolwiek a nie sądzę, aby artyści nie zdawali sobie sprawy z tego, ze tak się właśnie dzieje. Nie sądzę też, aby sami robili inaczej i nigdy nie pożyczali niczego od znajomych, pomimo iż tak dumnie obnoszą się z tym, że oni nie kradną. Nic mi nie wiadomo także, abym wychowywała się w środowiskach patologicznych, gdyż znajomi z innych miast mają podobne wspomnienia z tego okresu. To samo dotyczyło filmów na kasetach vhs, tak straszliwym zabytku, że osoby poniżej 18 lat mają prawo nie wiedzieć co to za dziw.

I proszę, wystarczyło jakieś kilkanaście lat i zmiana nośnika, aby nagle dzielenie się muzyką i filmami zaczęło być nazywane kradzieżą. Niewątpliwie teraz jest łatwiej, szybciej i dzielimy się nie tylko ze znajomymi, ale czy to zmienia aż tak wiele ? Czy wszystkie ukochane kasety mam wyrzucić na śmietnik ? Chyba nie o to w tym wszystkim chodzi…

Przybądź do mnie siostro miłosierdzia muzo

październik 16, 2009

Życie ludzkie jest nonsensem, do niczego nie prowadzi, niczemu nie służy, nikt nikogo nie zapamięta i nikt niczego nigdy nikomu nie wyjaśni.  Wbrew pozorom to nie cytat z wnurzeń emo nastolatki, ale krótka recenzja Krzeseł Ionesco z kryminału Joe Alexa. Życie codzienne  bywa przytłaczające, nawet jeśli ma się fajnego chłopaka, nie najgorszą pracę i jako tako ustabilizowaną sytuację życiową.  Tramwaje, które bezlitośnie budzą cię o bladym świcie, wichura i deszcz, smutni ludzie naokoło. Łapię się wtedy na chęci ucieczki, w jakąś inną rzeczywistość. Nie bardzo wiem jednak jak… Nawet sprawdzona podróż w przeszłość na kartach książek nie zawsze się udaje.  Zapomniany hrabia Monte Christo leży w kącie, wzgardzona Jane Austen jeździ ze mną codziennie do pracy, wciąż mam nadzieję, że znowu do niej sięgnę, chociaż pseudosielankowy klimat Mansfield Park, zaczyna raczej działać mi na nerwy niż koić atmosferą dawnych czasów, kiedy to niewiasty faktycznie nie zajmowały się niczym poza  wdawaniem za mąż siebie, sióstr i kuzynek.

Najbardziej wykańcza jednak nuda, powtarzalność czynności. Nie ma inspiracji, natchnienia, nawet jeśli chce się czym zająć to coraz ciężej znaleźć coś nowego, fascynującego. Z czasem odczuwa się przesyt. Historia na powrót zdaje się poczetem zmor i królów. Coraz rzadziej otwieram photoshopa i przeglądam fora internetowe w poszukiwaniu ciekawego tutoriala. Ile można oglądać filmy czy nawet najciekawszy serial, który ciągnie się kolejny sezon, na siłę, bo w końcu łatwiej bazować na już sprawdzonym pomyśle niż silić się na oryginalność.  Krzyżówki, robótki, teatr, wystawy… Słowniczek polsko-angielski podpiera nogę stolika, płyty do nauki niemieckiego poniewierają się gdzieś na etażerce. Przepis na nową sałatkę został już udoskonalony na siedem sposobów.  Ten nasz szalony wiek, dostarczający wciąż nowych bodźców a z drugiej strony swą powierzchownością powodujący, że niczego tak naprawdę nie możemy zglebić do końca.

Ogarnia mnie od przypadku do przypadku dziwna nostalgia na wspomnienie czasów, w których człowiek mógł znać się na wszystkim – przeczytać wszystkie greckie dramaty, znać na pamięć nazwiska flamandzkich malarzy, które ledwie da się wypowiedzieć albo wszystkie ówczesne wynalazki. Dzisiaj czasem zazdroszczę osobom, które potrafią poświecić cale życie by zgłębić pismo linearne A Kreteńczyków, studiować mitologię skandynawską albo szukać nieznanego pierścienia wokół Saturna. Na szczęście wkrótce mi przechodzi, dzięki temu, że patrząc na niektóre znane mi osoby, ogarnięte jedną tylko pasją zdaję sobie sprawę z tego, że nie dałabym rady tak żyć. Wozić o północy psa do weterynarza, targać teczkę na projekty większą niż ja sama, mieć stolik z pudełek po pizzy, gdyż inne jedzenie oderwałoby na dłużej niż 10 minut od komponowania. Wolę już swoje lekcje włoskiego, wypady na mecze i kręgle, nawet jeśli jakieś przemądrzałe snoby uznają to za mało ambitne. A, i nie miałabym nic przeciwko temu, żeby dalej powadzić ten blog, jeśli tylko muza będzie częsciej do mnie przybywać i nie wtedy, gdy akurat jadę do pracy…

“Rarka” – ki diabeł ?!

wrzesień 10, 2009

Reklama Plusa z tajemniczą rarką w treści zrobiła na mnie wrażenie raczej średnie. Przelotnie zastanowiłam się ki czort ta rarka, uznałam, że widocznie kolejne słowo ze slangu młodzieżowego, zaczerpnięte z angielskiego, mające dla mnie tyleż sensu co i niesłynna “slamerka” z reklam Orange i tyle.  Zarzekłam się jeszcze, że nie sprawdzę cóż to może być i nie dam satysfakcji agencji reklamowej a co a telefonu w sieci Plusa więcej nie kupię, bez względu na wysiłki Mumio i dałam sobie spokój.

A przynajmniej miałam zamiar, gdyż rarka okazała się wszędobylska. Do ponownej refleksji skłonił mnie artykuł w “Newsweeku”, w którym ni mniej ni więcej tylko “rarka” została okrzyknięta zagwozdką roku 2009 dla lingwistów, nie wiedzących cóż z owym dziwolągiem uczynić. Wiadomo iż język ewoluuje i powstają spontanicznie różne tworki i potworki, ale to…  Co innego naturalny neologizm, powstały gdy  kiedyś komuś zabrakło kilku liter w smsie, dając początek słowom takim jak “nara” czy “pozdro”  a co innego słowo, stworzone przez specjalistów od piaru, na potrzeby kampanii reklamowej. Duża szansa zatem, że się nie przyjmie. Taką kompletną klapę zanotowało na swoim koncie słowo “wyprz”, którego nie używają ani moi znajomi ani nawet przypadkowe osoby z internetu, zapytane przeze mnie w spontanicznej sondzie zorganizowanej na blipie.  Szczerze mówiąc rarce też nie wróżę wielkiej kariery. Nawet kiedy już wyjaśniono nam łopatologicznie, iż ma to być oznaczenie czegoś rzadkiego (lac. rarus, ang. rare), rarytasu, gratki to… Nawet  rzekomy celowy szok literacki “Rarka Plusa – Lalka Prusa” nie szokuje. Może dlatego, że podobną grą słowną od “gra półsłówek” jest “sra półgłówek”, co nawet odpowiada ostatecznemu rezultatowi. Wiele hałasu o nic i  zaśmiecony język na dokładkę.  No, jako plus da się odnotować to, że lingwiści mają jakieś zajęcie, gdyż inaczej ze względu na okrągłą rocznicę urodzin Julka S., próbowaliby po raz z setny ustalić czemu wielkim poetą był, na podstawie analizy artyzmu języka ;)

Koniec i bomba a kto czytał ten pomidor (nie kopytko!)

Uczuciowy jak katolik

sierpień 12, 2009

Banksy

Dawno, dawno temu cechą charakterystyczną katolików  miało być miłosierdzie, tolerancja i wybaczenie. Hasła głoszone przez niejakiego Jezusa okazały się jednak na dłuższą metę nieżyciowe i tym sposobem wszystkie powyższe zostały zastąpione ewangelizacją czy też nawracaniem.  A uniwersalną ripostą na to, że zamiast mieć szacunek dla odrębności innych, starają się wszystkich urobić na swoją modłę, wpierają im  nowotestamentowy nakaz nawracania na jedyną słuszną wiarę (skąd my to znamy ?). Założenie poniekąd nawet słuszne w teorii, w praktyce powiodło się jakby nie do końca. Dziwnym bowiem trafem ani krucjaty ani procesy czarownic ani nawet brutalna chrystianizacja Ameryki Łacińskiej nie przyniosła rezultatów, może poza wydłużającą się listą ofiar. Czym prędzej zatem krucjaty okazały się inicjatywą świeckich władców (a synodu w Clermont w 1095 roku zapewne nigdy nie było). Autorstwa księgi “Młot na czarownice”, która rozpętała plagę polowań na czarownice, nie dało się co prawda zanegować, ale poszła fama, że obaj biskupi zostali potępieni a sam kościół nie ma nic wspólnego z nagonką i część osób może nie tyle dała się nabrać, co zyskała wygodną wymówkę, by zaprzeczać katolickiej inspiracji polowań. Natomiast o chrystianizacji mieczem kolejnych narodów to i nie ma co mówić. Europa potrzebowała “Lebensraumu”, za mało było ziem dla szlachty i zyskownych prebend a “ucywilizowanie dzikusów” tylko im wyszło na dobre. Tych samych dzikusów, którzy potrafili budować bez użycia koła, znali kalendarz i zawdzięczamy im z połowę znanych obecnie warzyw, ale to detal. Pomniejszych grzeszków jak przyjmowanie przez papieża Piusa XII hitlerowców, kolaboracji z komunistami nie ma nawet co wspominać. Musiały istnieć jakieś wyższe racje, nawet jeśli ich nie było.

Co nie wyszło dawniej ogniem i mieczem obecnie katolicy forsują siłą uczuć.  Religijnych oczywiście. Uczyć, które są notabene nieustannie obrażane. A skoro żyjemy w kraju katolickim to obrażani jesteśmy wszyscy. A przynajmniej powinniśmy.  Przyjeżdża papież do Krakowa – w Gdańsku też nie wypijesz piwa – prohibicja.  Jesteś wyznawcą islamu albo buddyzmu – masz pecha. 15 sierpnia chciałbyś zrobić zakupy ? Nie nada – święto. Chcesz isć na koncert Madonny ? Zapomnij o tym grzeszniku! Madonna wszak nie może śpiewać w Warszawie w tym samym dniu w którym pielgrzymka będzie wkraczała do Częstochowy – jest to obraza uczuć religijnych osób, które przeszły setki kilometrów aby się modlić na Jasnej Górze. Ciśnie się na usta – to niech się modlą a nie obrażają, nie zapominając o frazie “jako i my odpuszczamy”. Jak się będą modlić to się nie będą mieli czasu obrażać.

Uczucia religijne katolików obraża też to, że co najmniej polowa krajów europejskich nie tylko używa haniebnych środków antykoncepcyjnych, ale i nie widzi życia w “życiu nienarodzonym”. Nie wiadomo co prawda, które przykazanie łamią prezerwatywy, ale nie wydaje się aby było to ważne – obraża i już. A tak i sprzyja niemoralnemu prowadzeniu, a wszak okazja czyni złodzieja. W związku z czym przypomina mi się dowcip o bacy,  który  został aresztowany i zaprowadzony przed sąd pod zarzutem pędzenia bimbru. Baca stanowczo protestuje przeciwko oskarżeniu. Sędzia mu na to: Ale aparaturę do pędzenia macie?, a baca na to: To i za gwałt mnie skażcie! Sędzia dopytuje się dlaczego ma skazać górala za gwałt. A baca mu na to: Bo aparaturę też mam.

Uczucia rzecz święta i niesprawdzalna.  Któż mi bowiem udowodni, iż nie obraża kiedy obraża. Tym sposobem uczucia biednych katolików obraża wszystko – dowcipy, satyra, sztuka a nawet opinia Dody o Biblii, któraż to opinia stała się rzekomo przyczyną wykopania jej z telewizji publicznej.   Jedna Doda wiosny nie czyni, ale to pierwsza i jedyna jak do tej pory znana mi korzyść z uczuciowości katolików.  Może poza reklamą dzieł przełomowych i poszerzających horyzonty, co łatwo poznać po tym, iż błyskawicznie znajdują się na kościelnym indeksie dziel zakazanych i są odsądzane od czci i wiary. I tym, że chyba jednak spróbuję powalczyć o bilet na koncert Madonny – może zamiast gorzkich żalów będą egzorcyzmy albo coś równie dracznego…




Eurowybory – nie było nawet kiełbasy

czerwiec 9, 2009

Parafrazując znane powiedzenie ma się ochotę powiedzieć “wybory, wybory i po wyborach”.  Tyle tylko, że po świętach zostaje nam przynajmniej zwykle za dużo jedzenia, to po tych wyborach nie ma nawet skórki po kiełbasie. Wyborczej.

Jak daleko sięgnę pamięcią, do czasów gdy byłam już uświadomiona politycznie, chociaż nie mogłam jeszcze głosować, podczas każdych wyborów metaforyczny stół aż uginał się od wyborczej kiełbasy. Ci obiecywali rolnikom, tamci nauczycielom, “ukarzemy aferzystów”, “odbierzemy esbekom emerytury”, “rozliczymy prywatyzację“, itd. Ludzie wierzyli, nie wierzyli, ale mogli wybrać dowolną kiełbasę- ludową, lewicową, konserwatywną… W tym roku nawet kiełbasy nie było. Nikt nawet nie próbował udawać, że ma wizję, pomysł, chce się wykazać. Niewiele było nawet autoreklamy i zdjęć na tle rodziny, obowiązkowo wielopokoleniowej, włącznie z pradziadkiem; łanów zbóż; ludu pracującego miast i wsi… Za to mieliśmy wiele hałasu o nic a raczej o spoty wyborcze. Codziennie włączając telewizor można było się dowiedzieć o nowym spocie anty-PiS albo anty-PO. Kto kogo obraził, oszkalował, podebrał aktorów, naruszył wizerunek, przeplatanych nową konferencją Libertasu, Zawiszy, Ganleya albo chociaż ubolewań nad znikomą ilością tychże. Dowiedzieliśmy się gdzie kto ma rolników, o pozostałych grupach zawodowych jakoś nic się nie słyszało, może poza stoczniowcami, ktorzy ugrali dla siebie obchody rocznicowe. Braki można by wyliczać długo a zasadniczy jest jedne – nikt w tych wyborach nawet nie próbował udawać, że ma jakiś program. A jeśli go miał to starannie to ukrył, chyba na wszelki wypadek, aby sobie nie zaszkodzić. Wybijanie się ponad przeciętność jest źle widziane. Zawsze można w końcu pokazać nagą klatę, szczególnie po to aby ukryć brak języka  -obcego.

Wyborcy pokazali zatem, że kiełbasa im się należy i pomimo apeli do urn poszli wyjątkowo nielicznie. Chyba, ze ktoś uważa wynik 25 %-owy za osiągniecie, tylko dlatego, że poprzednio głosowało jeszcze mniej. A nawet jeśli Polacy mieli ochotę głosować to skutecznie im to utrudniono. Wiem, bo sama chciałam zagłosować poza miejscem zamieszkania. Panie w urzędzie podawały mi i innym nieszczęśnikom okres dopisania się do listy wyborczej od dni 100 do 7, w miejscu zameldowania lub zamieszkania  i kazały zabrać ze sobą dowód osobisty/kartę szczepień psa/karteczkę od spowiedzi i dzielnicowego, który potwierdzi, iż faktycznie mieszkam, gdzie twierdzę iż mieszkam. Pomocą posłużyło dopiero google i forum dla gejów, gdzie jasno i wyraźnie było napisane co, jak, gdzie i dlaczego. Zbrojna w wiedzę dopisałam się do listy bez większych problemów, przez co aż do momentu głosowania nie wierzyłam, że niczego nie popsuto i na liście będę. Tak, ciekawy sposób zachęcenia do wyborów. Niewidomych i niepełnosprawnych na przykład się zachęca.  Tych samych, którzy podczas kolejnych wyborów upominają się o ułatwienia i co wybory sprawa odkładana jest do lamusa do kolejnego głosowania.  O ilości informacji o lokalizacji lokalu wyborczego nie wspomnę z czystej litości i aby nie kompromitować stolicy przed innymi miastami, gdyż wyraźnie przyjęła strategię ” Chcesz głosować ? Sprawdź se sam”. W internecie, byle nie w urzędzie, bo panie też nie będą wiedziały.

Zadziwiające, że aż 1/4 Polaków przez te kolczaste zasieki chciało się przedzierać. Szczerze mówiąc sama sobie się dziwię…

Wybory przeszły, życie toczy się dalej i nie widać ani kiełbasy ani nawet “energii dla Warszawy”. Nawet takiej, która spowodowałaby zniknięcie szpecących wszystko plakatów wyborczych. Cel osiagniety, reszta jest milczeniem…

Niemoc czwartej władzy

maj 29, 2009

gazety

Nic co u konkurencji nie jest mi obce. Tę zasadę przyjęło chyba większość polskich mediów ostatnimi czasy. Po powrocie z pracy bywa, iż mam ochotę obejrzeć wiadomości, poczytać „njusy” na portalach internetowych i ogólnie posłuchać co w trawie piszczy. Nie za często, gdyż należy szanować własne zdrowie i nerwy, ale jednak. Można w zasadzie zrobić sobie nawet maraton –polsat, tvn, tvp1. Przypominający oglądanie kolejnych odcinków „Mody na sukces” – w każdym odcinku to samo, tylko stroje bohaterów się zmieniają.

Zdaje się, że tvn miał niegdyś ambicje aby być stacją obiektywną, dążącą do prawdy. Z kolei dla odmiany telewizji publicznej starano się by to co pokazano w Faktach przedstawić z zupełnie innej perspektywy. Teraz wiadomości obu stacji nie różnią się jakoś znacząco i nawet moherowe babcie, nie mają już powodu by maszerować z transparentami anty-tvn. Główną ambicją stało się chyba dbanie o to by pokazać wszystko to, co konkurencja. Świńska grypa –jest, nowy spot PiSu/PO – zaliczono, obchody rocznicy 4 VI – jak wyżej. Rywal powiedział o konferencji Libertasu – my też musimy, bo jeszcze ktoś pomyśli, że nie wiemy; powstanie pięćsetna komisja śledcza do Spraw Bardzo Ważnych i nie Mniej Niepotrzebnych też trzeba wspomnieć. Dla okraszenia kilka rodzynków typu – kupiono klatkę na pumę, bocian złamał nogę albo Polacy wypili mniej piwa niż rok temu. Na portalach jest jeszcze gorzej – tu wiadomości różnią się głownie pozycją na stronie (sport niżej, gospodarka wyżej)  i tytułami.

Tak na przykład sprawa ojca Hejmo. Kilka lat temu rozgorzałaby zapewne dyskusja czy osoba, na której ciążą takie zarzuty powinna, może celebrować mszę, czy zarzuty są słuszne, o roli kościoła, o lustracji, i tak dalej. Tymczasem wieść przeszła bez echa – zachowując pozory pseudoobiektywizmu pokazali „fakty”, pokazali opinie ludzi i tych za i tych przeciw i tyle. Wsio. Sprawy nie było. Wszystko się rozmyło i rozeszło.

Za to kiedy media  już złapią jakiś temat to będą go wałkować aż do obrzydzenia. Internauci byli już gotowi zawieźć prezydenta i premiera na każdy szczyt dowolnym środkiem komunikacji, czy to hulajnogą czy wielbłądem, byle tylko przestano wszędzie trąbić o tym samolocie. Albo o Kasi Cichopek, która wyskakiwała nawet z lodówki. Teraz, odkąd „na topie” jest kryzys, z radością wita się nawet niby epidemię dowolnozwierzęcej grypy, bo zawsze to jakąś zmiana tematu.

Z drugiej jednak strony paranoją jest sytuacja, w której hitem dnia, jest informacja o tym, że nie działa gadu-gadu. Jak gdyby awaria komunikatora internetowego była największym nieszczęściem życiowym. Ale na tym nie koniec – potem należało podrążyć, jakież to były przyczyny tego kataklizmu a na koniec opisać niezwykłą traumę uzależnionych od gadania. Ciekawy jest też dobór najważniejszych wiadomości, np. na TVN24, gdzie na pasku w dole ekranu biegły sobie swawolnie krótkie notki a to o prezydencie a to o wojnie a między nimi „Dorota Gardias wygrała 9. edycję Tańca z Gwiazdami”. Pomijając już fakt, przeoczenia przeze mnie co najmniej jakichś pięciu edycji – to kim jest u licha Dorota Gardias? Nie śledzę zbyt uważnie współczesnego wycia i łoskotu, który bardzo niechętnie obdarzyłabym mianem muzyki (parafrazując genialnego Joe Alexa),  sprawdziłam zatem –pogodynka. No dobrze, w czasach kiedy gwiazdą może zostać miłośniczka harców w jacuzzi, właścicielka różowego konia albo żona męża, który się z nią rozwodzi, to i prezenterka pogody się nada jak widać. Zastanawia mnie tylko celowość zamieszczania tego rodzaju informacji – fani programu pewnie oglądali finał z zapartym tchem, nie wiadomo po co, bo kierownictwo stacji dopilnowało by wygrał „swój”, ale całą resztę w ogóle to nie interesuje. Albo przynajmniej jeśli zechcą się dowiedzieć to sobie sprawdzą. Cóż, nonsens. Nie pierwszy i nie ostatni, ale o ile jestem w stanie zrozumieć sens wiadomości o podniesieniu/obniżeniu stóp procentowych, którego to procesu i jego skutków dla mnie nie udało mi się dociec, to informowania mnie o zwycięstwie gwiazdy, która śpiewa, pierze, tańczy, kolekcjonuje pestki pomarańczy już nie.

Podejście całkowicie subiektywne, ale to mnie wkurza. Może Cejrowskiego, może i mnie. A najlepiej zamiast się wkurzać, popukać się silnie w czoło i darować sobie kolejne wydanie wiadomości lub co gorsza ich lekturę na dowolnym portalu. Alternatywą jest jeszcze czytanie gazet, ale wówczas aby uniknąć rozwodnionej breji musiałabym czytać Nasz dziennik.  Na przemian z Wyborczą. Ale tego żaden normalny człowiek chyba nie wytrzyma na dłuższą metę.

Cóż… chyba czas wrócić do  powtórek Klossa albo psa Szarika. Tam przynajmniej zawsze źli są ukarani  dobro triumfuje i co najważniejsze wiadomo, że serial na pewno się skończy ;) .

Głupocie i Allegro mówię nie

maj 21, 2009

allegro copy

Jestem na nie w stosunku do wielu rzeczy, szczególnie absurdów, które otaczają nas na każdym kroku.

Z usług Allegro korzystam już lat trzy. Mniej lub bardziej aktywnie, ale jednak.  Zmiana szat nie zawsze idzie w parze ze zmianą na lepsze. Tak było z serwisem Grono.net,  zmiana layoutu którego, spowodowała bunt użytkowników, opisany nawet “Wprost” albo może “Politykę”, zaskoczone skalą zjawiska. Ale zostawmy chwilowo Grono i jego staczanie się.

W Allegro od pewnego czasu zaczęły mnożyć się błędy, co boleśnie odczułam kilka razy na własnej skórze. Pomimo zmiany danych, na które miały być wysyłane przesyłki, sprzedający dostawali stary adres i przy okazji wizyt w domu rodzinnym odbierałam kolejne przesyłki, zgrzytając zębami na to, że po pół roku nadal nie dotarło do Allegro, że dane zmieniłam i wolałabym dostawać przesyłki na nowy adres. W przypadku kolejnej paczki nie miałam już tyle szczęścia, okazało się, że zaginęła. Po numerze nadania próbowałam odszukać przesyłkę, wydając majątek na kolejne telefony do Poczty Polskiej. Zdenerwowałam się, napisałam do Allegro, że jeżeli przesyłka się nie znajdzie to złożę reklamację, gdyż z ich winy paczka zaginęła. Niestety, pomimo iż zmieniłam dane na długo przed licytowaniem w aukcji, znowu sprzedający dostał stare dane. Odpowiedź ? A owszem, czemu nie, taka od której wątroba się marszczy:

“Uprzejmie Panią informuję, że Pani Kontrahenci otrzymują dane aktualnie widniejące na Pani koncie. (coś nowego, doprawdy). Jeśli chciałaby Pani sprawdzić wprowadzone przez Panią dane do wysyłki (… ) , więcej na ten temat przeczyta Pani w Pomocy (…)”

i tak dalej w tym duchu i stylu. Zakończone wspaniałym: “Mam nadzieję, że wyjaśniłam Pani wątpliwości.” Owszem. Wyjaśniła. Nie mam żadnych wątpliwości co do inteligencji owej Pani, która nie potrafi przeczytać ze zrozumieniem kilku zdań, napisanych poprawną polszczyzną. Przesyłka wróciła do nadawcy, dałam więc sobie spokój, obawiając się, że dłuższe kontakty z ową panią mogłyby mi nieodwołalnie zaszkodzić. Nawet nie odpisałam. Przesyłka się znalazła, to najważniejsze i na tym miałam zamiar sprawę zakończyć.

Jednakże sprawa   zakończyć się nie chciała. Oburzone wytykaniem ich błędów Allegro zareagowało, znajdując jakże poważne uchybienie z mojej strony, reakcją na które był złowieszczy mail:

‘Prosimy o uzupełnienie swoich danych kontaktowych w Allegro. Nie został wpisany numer telefonu lub wpisany telefon jest niepoprawny. Podanie aktualnego numeru telefonu kontaktowego jest w Allegro obowiązkowe. Pełne dane są niezbędne do poprawnego realizowania transakcji na Allegro (realizuję je szczęśliwie od lat trzech i ani razu owa niezbędność nie zaistniała), a także do celów rozliczeniowych (hę ?) .

Zakończone dramatycznie “W przypadku braku reakcji konto zostanie zawieszone.”  Zrazu nie wiedziałam czy mam się śmiać czy płakać. Podjęłam skazaną na niepowodzenie próbę wytłumaczenia, iż od trzech lat się nie zdarzyło, aby numer telefonu był mi potrzebny do realizowania transakcji. Żadnych, ale to żadnych spraw tego rodzaju nie mam w zwyczaju załatwiać przez telefon. Ludzie kłamią i bez potwierdzenia pisemnego nie uwierzę w żadne zapewnienie. Ponadto nie życzę sobie telefonów od osób nieznajomych, pracuję i nie mam czasu na głupoty. Zresztą cóż mógłby mi ktoś powiedzieć ? Że przesyłka jest w drodze ? Wspaniale, ale nie jest mi ta wiadomość niezbędna do życia, gdybym potrzebowała czegoś już, teraz, zaraz, natychmiast kupiłabym zwyczajnie.

Niestety, logiczna zdawałoby się argumentacja nie wiem czy została w ogóle przeczytana. Gadał dziad do obrazu, a obraz do niego, iż kto poniósł rękę na Allegro, temu Allegro tę rękę utnie.  Trudno. Szantaże, popierane głupotą ludzką do mnie nie trafiają.  I nie trafią. Zablokowanie konta, na serwisie, którego pracownikom wyraźnie brakuje umiejętności indywidualnego podejścia do klienta nie będzie dla mnie żadną stratą.

Forever young, czyli o wspólczesnych świątyniach

marzec 22, 2009

Forever young, I want to be forever young
Do you really want to live forever, forever and ever
Forever young, I want to be forever young
Do you really want to live forever? Forever young…

Nieśmiertelność. Kamienie filozoficzne, eliksiy, pakt z diabłem – literatura pełna jest przykładów historii tych, którzy chcieli zyskać sobie nieśmiertelność. Jeszcze inni pomysły literackie wcielali w życie, jak chociażby słynna Elizabeth Batory, która zamordowała setki dziewcząt, aby odzyskać młodość kąpiąc się w ich krwi. Pragnienie wiecznej młodości nie jest zatem współczesnym wynalazkiem. Pomimo to ciągle czyta się lub słyszy, że zapanował nagle kult ciała i młodości. Jakie nagle ? Nihil novi sub sole.

Jak widać nie dla wszystkich, gdyż ku mojemu bezbrzeżnemu zdumieniu natrafiłam gdzieś w internecie na wypowiedź przewodniczącego Papieskiej Rady “Cor Unum kardynała Paula Josefa Cordesa, który powiedział, że “włosy stają dęba z powodu danych statystycznych dotyczących rynku” klubów fitness i ośrodków pielęgnacji ciała. A centra te nazwał “nowoczesnymi świątyniami”. Włosy być może stają dęba, ale tak naprawdę czy jest o co podnosić larum ? Zmienił się jedynie kanon urody. Figura przypominająca ludzika Michelin jest już przeżytkiem, na topie jest młode, jędrne ciało. Pieniądze, które kiedyś ludzie przeznaczali na nakrycie głowy z trzystu pereł, suknię z brokatu albo kryształowy kielich, który rozbijali o głowę po wypiciu toastu, ostatecznie sznur korali teraz wydają na kartę członkowską i wygodne obuwie sportowe. To zbrodnia ? Kardynał dodaje, że Włosi wydali w klubach fitness i podobnych centrach 15 –20 miliardów euro. I cóż z tego ? W końcu księża wydają równie wiele na pompę w kościołach – kosztowne ornaty, kipiące od złota świątynie, kosztowne samochody i nikt im tego nie wypomina. Nie uważam, że ja czy ktokolwiek inny powinien mieć wyrzuty sumienia tylko dlatego, że chce się czuć lepiej ze sobą.

Pomijając nawet stanowisko kościoła, gdyż nie o dysputę światopoglądową tak naprawdę chodzi. Kluby fitness cieszą się wątpliwą sławą w czasach, kiedy tak zwany rozwój osobisty stał się słowem-wytrychem i kiedy płacąc bez zmrużenia oka setki złotych pocieszamy się, że inwestujemy w siebie. Klub fitness przez większość życia istniał równolegle do mojego życia, nie prostopadle i kojarzył mi się z rozchichotanymi nastolatkami, wyglądającymi jakby nie wychodziły z solarium oraz z tak zwanymi „hippie”, ludźmi około 30-35 lat, których kariera jest ściśle uzależniona od wyglądu . Cóż, rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Sporo jest osób w średnim wieku, które trudno na pierwszy rzut oka posądzać o znaczące sukcesy, aktywnych seniorów, czy osób takich jak ja – chcących zwyczajnie zrzucić kilka kilo, pograć w squasha i relaksować się w saunie. Nawet teraz, kiedy sama korzystam, ani się nie uzależniłam od bywania tam ani nie stał się dla mnie „współczesną świątynią”. Samousprawiedliwienie ? Chyba nie. W końcu nic nie przychodzi samo. Karta stałego bywalca nie gwarantuje sukcesu, wszystko trzeba wypracować i okupić własnym potem. Wyrzeczenie, poświęcenie, praca nad sobą, czyli coś, co tak naprawdę Kościół powinien popierać, nawet jeżeli pieniądze trafiają do kas klubów a nie kościołów. Dlaczego jest inaczej ? Może dlatego, że centra fitness oferują coś, czego ludzie nie dostają w Kościele – szansę na sukces, na odkrywanie samych siebie, bez ciągłych zakazów, nakazów i moralizowania, będącego jedynie pustosłowiem, za którym stoi hipokryzja. Jest niedziela – „dzień boży”. Z dresem w torbie mijam po drodze kościół, ja już wybrałam swoją „świątynię”…

21 stycznia Najsmutniejszy Dzień w Roku – ponoworocznie

styczeń 19, 2009
Sam, bez 99 innych...

Sam, bez 99 innych...

Sylwester, Nowy Rok i ani się człowiek obejrzał a tu już połowa miesiąca minęła i tuż tuż 21 stycznia, od kilku lat już ogłoszony najsmutniejszym dniem w roku.

Gdybym to ja miała ustalać datę najsmutniejszego dnia w roku to pomimo tego, iż podśmiewam się troszkę z precyzyjnych wyliczeń w tak delikatnych kwestiach to byłby to chyba Sylwester. Wchodzimy przecież w Nowy Rok w przeważającej większości z nadzieją, że będzie lepiej. Bez względu na to jak i z kim go spędzamy to życzenie noworoczne jest takie samo – oby był lepszy niż ubiegły. Przecież to dlatego tak hucznie weń wchodzimy, wierząc, że jaki Nowy Rok, taki cały rok. Nie bacząc często, iż dla wielu oznaczałoby to dogorywanie na największym kacu świata przez pozostałe 364 dni.

Tymczasem mija dzień za dniem. Większość ludzi uświadamia sobie, że na dworze jest brzydko, smutno i nijako a postanowienia noworoczne już dawno zniknęły z tablicy korkowej nad biurkiem jako nieaktualne. Dochodzi do tego świadomość, że jest zaledwie połowa miesiąca a nasza pensja poszła na pokrycie szaleństw sylwestrowych (nowa sukienka, nowe narty, weekend w Paryżu). I co najgorsze nic a nic się nie zmieniło. Waga nie chce sama spadać, książki do nauki języka porastają kurzem a wymarzona praca, miłość, samochód nie spadły nam z nieba w międzyczasie. Ze sklepów zniknęły dekoracje świąteczne (uffff) za to pojawiły się tandetne różowe dekoracje i wszechobecne serduszka, przypominające nam o “Święcie zakochanych”. Walentynkach, które połowa ludzkości najchętniej by zdelegalizowała bez względu na to czy akurat z kimś są czy nie, gdyż konieczność napędzania machiny marketingowej, tylko dlatego żeby nasza połówka nie czuła się urażona, nie każdemu przypada do gustu. Ci, zaś którzy swojej połówki nie mają i generalnie przechodzą nad tym do porządku dziennego są torturowani nachalną reklamą i jeszcze bardziej uświadamiają sobie swoją samotność, bezwiednie przemknie przez głowę kilka smutnych, gorzkich myśli. No i urodziny. Urodziny w ciągu pierwszych kilku miesięcy roku z podwójną siłą uświadamiają nam, że przyszedł kolejny rok, jesteśmy znowu starsi a w naszym życiu nic się nie zmieniło i nie zanosi się aby się miało zmienić. Ta sama rzeczywistość, brak perspektyw, szare życie. Ci, którzy są samotni zazdroszczą rówieśnikom z rodziną i domem z ogródkiem, z kolei młode matki chętnie wyrwałyby się na szalony wypad weekendowy. Wypadałoby coś postanowić, zmienić, ale tak strasznie trudno znaleźć w sobie motywację, jakiś impuls, cokolwiek.

Do Najsmutniejszego Dnia w Roku jeszcze całe dwa dni. Do jednego przyjdzie ten dzień wcześniej, do innego później. Może warto zrobić coś, co sprawi, że nie będziemy się wówczas snuli smutni z kąta w kąt. Na urodziny, Walentynki i inne okoliczności zewnętrzne wpływu nie mamy, ale postanowienia… Czy coś stoi na przeszkodzie, aby się zacząć odchudzać od lutego czy marca a na kurs językowy zapisać we wrześniu. A nawet jeśli się nie uda… Trzeba wiele razy upaść a nawet sięgnąć dna, aby się mieć od czego odbić.