
Gdy zaczynałam pisać tę recenzję przez chwilę zastanawiałam się nad jakimś bardziej porywającym tytułem, np. “Czy byczki są bycze” albo “Chmielewska nie strzeliła byka”, miałam zamiar nawet pytać znajomych o ich opinie. Po namyśle uznałam, że byłoby to popadanie w pewien schemat, który nie tak dawno wytykałam osobie, która włada piórem daleko lepiej niż ja. Zatem bez dalszej zwłoki i (zewłoka) przystąpmy do rzeczy.
Przede wszystkim przyznam, że nawet przyjemnie się zaskoczyłam, bo po doświadczeniu z “Porwaniem” troszkę obchodziłam tę książkę. Chciałam kupić i nie chciałam… Gdy już dostałam to głupio mi było rzucić ją w kąt. Zaczęłam czytać i doczytałam do końca za jednym zamachem, co samo w sobie może stanowić już pewną rekomendację. Fakt, czytało się trochę ciężko. Początek był strasznie chaotyczny, miałam wrażenie jakby Chmielewska na siłę próbowała upchnąć na skrawku przestrzeni ile tylko się da śmiesznych powiedzeń i skrótów myślowych. Upchnąć się udało, śmieszne niestety nie były. Potem miałam drobne kłopoty z umiejscowieniem czasowym wydarzeń, zdawało mi się, że powinny się rozgrywać po “Workach” , a tu autorka zrobiła skok w przeszłość i wszystko dzieje się 4-5 lat po “Wszystkim czerwonym”. Chwilkę, zanim się wciągnęłam, zajęło mi zastanowienie się czy postaci są właściwie “uplasowane” względem innych książek Chmielewskiej (tak, wiem, zboczenie). Szczęśliwie uczucie tego całego chaosu i roztargnienia minęło, gdy w końcu zaczęła się zawiązywać na akcja, ale muszę przyznać, że mimo wszystko książka pozostawiła po sobie lekki niedosyt.
Generalnie akcja zawiązała się poprawnie, było kilka ciekawych zwrotów, punkt kulminacyjny, rozwiązanie, ale … Zagadka była troszkę zbyt łatwa. Nawet nie troszkę. Można to oczywiście zrzucić na karb tego, że wychowałam się na kryminałach, ale mimo wszystko. Po drugie – naprawdę żałuję, że postać pana Wacława nie do końca została wykorzystana. To jego skąpstwo na przykład, które tak pięknie przydawało blasku Bogusi z “Depozytu” albo wszechwiedza, którą mógłby konkurować z Bobusiem. Jego świństewka też mogłyby być oryginalniejsze – trochę za bardzo wzorowane na Poręczu. PRL dawał pod tym względem takie pole do popisu, że można mu było przypisać inny modus operandi i inne głupoty. Piękne byłoby, np. zmarnowanie cennego dokumentu, bo potrzebował papieru, ewentualnie powiedzmy szef resortu nie mógł pojechać na ważne spotkanie, bo ukradł przydziałową benzynę. Dlaczego nikt go nie przyłapał jak chyłkiem zjadał bułkę dla łabędzi, kradł Alicji papier toaletowy, podbierał Joannie papierosy albo przymierzał w atelier stare spodnie Thorkilda? Albo czemu nie próbował wyłudzić od niej różnych prezentów na zasadzie, że wszystko się przyda i nie został obdarowany fisharmonią? Tak nie wykorzystać potencjału, oj pani Joanno.
Świetnie za to przydał się w akcji Marianek i wkurzał mnie znacznie mniej niż w “Workach”. Niezłą kreację miał Stefan. Olaf troszkę za bardzo powielał stereotyp cudzoziemca, który próbuje mówić po polsku i robi gafy, ale nie rzucało się to przesadnie w oczy. Elżbieta trochę za bardzo wyszła z roli, która we “Wszystkim czerwonym” na zmianę sprawiała, że czułam podziw pomieszany ze zgrozą, była za mało leniwa, za mało obojętna, zupełnie nie ta sama. Wszelkie niedostatki rekompensowała z nawiązką Marzena.
W sumie wyszło pół na pół jeden zając jeden wół
. W porównaniu do “Porwania” znacznie mniej jest rzeczy, do których można by się przyczepić, mniej nieścisłości i urągania rachunkowi prawdopodobieństwa. Z drugiej strony brakuje mi – nadal – pomysłu na książkę. Tutaj Chmielewska sięgnęła po sprawdzony schemat – Joanna + Alicja = sukces. Żałuję, że “Byczki” nie są czymś w rodzaju “Harpii”, “Nieboszczyka męża”, niech będzie, że “Mnie zabić”. Przecież Julia i Wacław sami w sobie stanowili już niezłą podstawę, z której naprawdę można było wyciągnąć więcej niż jednak pójście po bardzo cienkiej linii oporu i wysłanie ich do Danii. Osobiście i subiektywnie puszczam zatem uroczyście w świat i po znajomych opinię, że warto, ale nie bez zastrzeżeń.
Mam niedosyt i koniec! No, i nie muszę chyba dodawać, że jestem potwornie głodna. Dobrze, że szybko czytam, bo po każdej książce Joaśki miałabym gwarantowany nie dodatkowy kilogram, ale ze dwa.
Super recenzja. Zaraz wrzucę info na stronkę.
Pan Wacław to Bobuś przecież, prawie tak samo nakreślony. Jednak ja potraktuję tę książkę ostrzej. Jest po prostu nudna, a trup, jak na kryminał pojawia się zdecydowane za późno. Przegadane wątki kuchenno-alkoholowe, ogrodowe itp., ale przecież o czymś trzeba przecież pisać. Miałem wrażenie, że momentami Siesicka się z tego robi. Co do umieszczenia akcji w czasie – to dopiero jest zagwozdka. Kuchenki mikrofalowe pojawiły się w szerokim użyciu na początku lat 80, WC to początek lat siedemdziesiątych najpóźniej, więc dawałbym 15 lat. Ten Marianek zaś do niczego nie pasuje, zwłaszcza w kontekście Kocich worków, książki zdecydowanie osadzonej w realiach XXI w. Zresztą… Chmielewska straciła swój niepowtarzalny styk jakieś 20 lat temu, a ostatnią w miarę dobrą książką była Tajemnica. I jeszcze jedno – rozumiem poglądy autorki, mogę się z nimi zgadzać lub nie, ale pokazywana na każdym kroku heteronormatywność (z grzeczności nie nazwę jej homofobią) jest po prostu irytująca. Ona się ściera w prezentowaniu poglądów jak Łysiak…
Ale Pani recenzja mi się podoba.
Tylko w sprawie przedostatniego zdania:Nie wiem , czy p.Chmielewskiej do czegos jest potrzebny ten eufemizm. Może Autorka jest po prostu anty- homoseksualizmowi, bo tak chce. Albo sie brzydzi. Wolno Jej.
Nie chcę dyskutować na temat książki, bo miłość do twórczości Pani Chmielewskiej nie pozwala mi na jawną krytykę
. Chcę się odnieść do powyższej wypowiedzi – wydaje mi się, że jeśli ktoś chce brać udział w dyskusji na temat walorów literackich jakiegoś utworu, powinien większą wagę przykładać do własnego stylu – pełno w niej błędów i nie mam na myśli tylko literówek.
Gdzie w tej książce homofobia?
Negatywny stosunek do homoseksualizmu jako takiego to homofobia, a autorka demonstruje to prawie w każdym swoim utworze ostatnich lat, w “byczkach” również. Oczywiście ma do tego prawo, tyle że zaczyna to już być nudne.
Dla mnie kompletnie dobijające (gwóźdź do trumny upadającej dawnej popularności książek tej autorki, które niegdyś uwielbiałam, a przez najnowsze teraz nie mogę przebrnąć przez kilka stron) jest jej manifestowanie nałogów. Pal licho pozostałe, ale nałogu, który bezpośrednio godzi w innych….To wyjątkowo obrzydliwe…
Wszędzie gdzie się da obnosi się z nim i wciska go innym ludziom. Akurat wśród wielu możliwych nałogów mało jest takich, które tak bardzo szkodzą ludziom z otoczenia jak ten nałóg.
P. Chmielewska wszędzie gdzie się da uprawia propagandę palenia – zapala papierosa do zdjęć, do wywiadów, do filmów, jak jej nie widać, to o paleniu mówi. Jej osobisty dżihad – terroryzm biologiczny?
Kto ochroni płuca ludzi, którzy robią z nią wywiady, przebywają z nią, pracują dla niej, a chociażby chcieliby z nią poprzebywać, ale mogą to robić wyłącznie z uszczerbkiem dla swojego zdrowia?
Palenie uszkadza organizmy ludzi z otoczenia gigantycznie! Naprawdę pusty śmiech wzbudza w tym kontekście wrzucane, że jest przeciwna narkomanii… Gdyby ćpała, nikomu poza sobą by nie szkodziła.
My, ludzie, często mamy nałogi, jesteśmy uzależnieni, nie możemy sobie z nimi poradzić, czasem bezskuteczna walka z nimi jest dramatem naszego życia. Czasem tylko się wstydzimy i nie robimy niczego, by się zmienić. A czasami nie umiemy się przyznać, że to, co robimy, jest złe – i wtedy często uruchamiamy mechanizm: “dalej sikam w majtki, ale teraz jestem z tego dumny”.
najlepsza ksiazka Chmielelwskiej to Depozyt.