9-letnie dziecko rodzi dziecko – o aborcji i edukacji seksualnej słów kilka

Luty 7, 2010 - autor: Sunny

9-latka z Chin, która niedawno urodziła dziecko, została już okrzyknięta przez prasę najmłodszą matką świata. Zdaje się, że “pobiła” ten wątpliwy rekord jakaś niespełna 6-letnia dziewczynka, ale w każdym bądź razie i tak mamy do czynienia z patologią i porażką całego współczesnego świata. Konstytucje, kodeksy i inne regulacje prawne miały w końcu postawić kres stawaniu tradycji ponad prawem. Nastoletnie żony i mamy miały odejść do lamusa, gdyż postęp medycyny i ogólnej wiedzy sprawił, że kobiety nie musiały już zaczynać płodzić dzieci w wieku 15 lat, aby urodzić jak najwięcej i by chociaż część potomstwa przeżyło. Tymczasem od ładnych kilkunastu lat szczególnie rozwinięte społeczeństwa wydają się cofać w rozwoju. W końcu czy normalne i właściwe jest, aby dziewczynki, które nie mają jeszcze nawet praw wyborczych i nie mogą legalnie kupić piwa rodziły dzieci ? Jestem w stanie zgodzić się z tym, że nie należy zła zwalczać złem a aborcja nigdy nie jest dobrym rozwiązaniem, chociaż czasem lepszym niż inne, ale w takich wypadkach gdy dzieci rodzą dzieci poniżej 15-16 roku życia nie mam wątpliwości – można skrzywdzić albo jedno dziecko albo dwoje.

Pomyślmy rozsądnie co może zapewnić dziecku dziewięciolatka ? Nie znam się na edukacji w Chinach, ale osobiście wątpię, aby polskie dziecko w tym wieku znało już coś ponad alfabet i podstawy ortografii, podstawowe działania matematyczne i znajomość przyrody. Jak zatem wypełni wymagane przez urzędy pisma i zaświadczenia pisane językiem, który dorosłemu człowiekowi sprawia problemy ? Jak obliczy jaki dodatek – pożal się boże – rodzinny jej się należy? Pominę już nawet kwestię tak podstawową jak praca, wynagrodzenie, płacenie podatków, bo o ile się orientuję to pracować zarobkowo można od 14 lat i to maksymalnie 4 godziny dziennie. Bez pomocy rodziców rzeczona 9-latka sobie zwyczajnie nie poradzi. A co to za rodzice, którzy nie potrafili odpowiednio ukształtować dziecka i pozwolili na taki urodzenie dziecka, o ile oczywiście ciąża nie jest wynikiem gwałtu a rodzice nie są zbyt religijni by pozwolić na aborcję i narazić się na ekskomunikę, jak to miało miejsce rok temu w Brazylii. Przeciętne dziecko w wieku 9 lat albo powinno interesować się co nowego się przydarzy Hannah Montana (nie ma co idealizować, że się przejmuje stopniami), jaka nowa kolekcja wyszła w h&m, kłócić z rodzeństwem, biegać do kina a nie uprawiać seks, nawet jeśli się naoglądało za dużo telewizji albo mieszka w Wielkiej Brytanii ;) . Co to za rodzice, którzy nie zapewnili dziecku miłości i poczucia bezpieczeństwa, którego musiała szukać u przygodnych pocieszycieli, być może mając nadzieję, że będzie jak w filmie – będą się kochali, ona urodzi dziecko, pobiorą się i będą żyli długo i szczęśliwie. Tym sposobem dziecko w wieku 1 lat urodziła sama Marylin Monroe – najpiękniejsza i najnieszczęśliwsza kobieta, obsesyjnie szukająca miłości.

Ciekawa jestem czy już pojawiły się głosy, że ta ciąża 9-latki  to oczywisty wynik edukacji seksualnej. W przypadku Wielkiej Brytanii na 99,9% pojawiłaby się konkluzja, że wszystkiemu winna edukacja seksualna, ale ze względu na to, że w Chinach króluje raczej cenzura co inteligentniejsi powinni się powstrzymać. Także w przypadku polskiej gimnazjalistki, która wyrzuciła urodzone dziecko do kosza winna zapewne edukacja religijna- podręczniki są pisane przez księży a zajęcia przez zakonnice – osoby szczególnie kompetentne w tym względzie. Mogła jeszcze zostawić je w kościele albo w oknie życia,bo lepiej że nie usunęła tylko urodziła, tyle par czeka na dziecko, jak już wyszła by  z więzienia po odsiedzeniu nawet 3 lat za pozostawienie dziecka bez opieki jak kobieta z Krakowa to pewnie by się szalenie cieszyła swoim szlachetnym czynem.

Nie wiem jak w Chinach, ale polska nastolatka ma szansę jeszcze na solidne obnoszenie na językach przez miejscowe kumoszki, w końcu jak się “puszczała” to jej się należy, niech teraz cierpi do końca życia, sama wychowuje “bękarta”, należy jej się, “oduczy się bzykać do końca życia” – żywcem przepisane z komentarzy pod artykułem. A wystarczyłoby dać dziecku wybór czy chce urodzić dziecko, tylko wybór odebrali mu ci sami, co teraz się pieklą, ze za ich podatki będzie to dziecko wychowywać… A to Polska właśnie.

Ustawą w tradycje i obyczaje ?

Styczeń 25, 2010 - autor: Sunny

Do refleksji skłonił mnie artykuł o walce, którą mają zamiar podjąć Włosi z tzw. bamboccioni (wł. wielkie bobasy), czyli maminsynkami mieszkającymi w domu rodzinnym nawet do czterdziestki. Ministrowie doszli do wniosku, że biorąc pod uwagę to, że średnio 70% Włochów wyprowadza się od rodziców w wieku ok. 39 lat, należy wprowadzić regulacje prawne, zmuszające 18-latków do opuszczania domów i wyprowadzania się “na swoje”.  Pierwsze co się nasuwa na myśl, pomijając oczywiste trudności ze sprawieniem, aby ustawa nie była kolejnym martwym przepisem, to to, że nikt nie potrafi tak przesadzać jak Włosi, którzy popadają ze skrajności w skrajność. Tak naprawdę jednak nurtuje mnie pytanie ile czasu będą mieszkańcy pięknej Italii potrzebowali, aby zmienić trwający od wieków ustalony system i porządek społeczny.  Cóż będą robiły stateczne matrony, które kilkanaście czy wręcz kilkadziesiąt lat wiodły stabilny żywot kury domowej, kiedy odbierze im się przyjemność pichcenia obiadków, sprzątania i bawienia wnuków. To chyba jeszcze gorsze niż pomysł zlikwidowania słynnego pranzo, które tyle krwi napsuło turystom, porównywalne może jedynie z przyznaniem kobietom praw wyborczych ;-) .

Z drugiej strony, gdybyśmy chcieli przestrzegać wszystkiego co jest tradycją świat nigdy nie poszedłby naprzód. Przez wiele wieków nikomu nie przeszkadzało przecież, że nieletnie dzieci pracują ponad siły, także w fabrykach, podczas gdy dzisiaj podobne postępowanie jest traktowane – i słusznie – jak barbarzyństwo. Nikt nie widział problemu w handlu niewolnikami. To, że kobiety nie miały prawa dysponowania swoim majątkiem było wręcz usprawiedliwione, wszak jak to pisał przewrotnie Sapkowski Jesteś też nieco za bystra jak na kogoś, komu przeznaczone jest rodzić dzieci, warzyć jadło i prząść.”

Sam zakaz czy najlepsza nawet ustawa nie załatwią wszystkiego, najpierw musi zmienić się sposób myślenia ludzi. Po lekturze powieści Waris Dirie czy Khady wciąż nie mogę uwierzyć w to, że wielowiekowa tradycja powoduje, że matki pozwalają na okaleczanie swoich córek poprzez obrzezanie, wierząc że postępują słusznie i przestrzegają nakazów religii. Co gorsza same ofiary niechętnie poddają się zabiegowi odtworzenia utraconych narządów ze strachu, że nie zechce ich żaden porządny muzułmanin – tak silny jest wpływ poglądów, wpojonych w dzieciństwie, że dzięki obrzezaniu staną się kobietami i będą szczęśliwe. I prawo europejskie jest niemal bezsilne wobec zjawiska wywożenia małych dziewczynek za granicę w celu przeprowadzenia “zabiegu”.

Zatem ustawa ustawą a bez akcji edukacyjnej się nie obędzie. Tylko jak tu przekonać przeciętnego 30-latka z Włoch, że zyskałby na męskości gdyby jednak sam ścielił swoje łóżko i nie woził prania do mamusi ?! ;)

Wojna warszawsko-warszawska

Styczeń 17, 2010 - autor: Sunny

Jeśli dobrze pamiętam to stan wojenny był nazywany wojną polsko-polską lub wojną polsko-jaruzelską. Określenie to od razu przychodzi mi na myśl, gdy słyszę o niechęci, żeby nie mówić wrogości jaką żywią “warszawiacy” do przyjezdnych. Największe zaś jej objawy są zauważalne m.in. na stronie TVN Warszawa, gdy tylko zdarzy się informacja, np. o korkach na drogach wyjazdowych z miasta w weekendy, szczególnie te dłuższe. Gdy  czytam niektóre komentarze autentycznie cierpnie mi skóra i otrząsam się ze zgrozą. W końcu teksty o wsi jadącej do domu, burakach i inne, nie nadające się do powtórzenia w eleganckim towarzystwie komentarze wychodzą spod palców osób, uważających się za “lepsze”. Trudno mi tylko zgadnąć pod jakim względem, gdyż co najmniej kultura osobista i wychowanie w tym momencie są  góry wykluczone.  Ciekawe, że nigdy nie widzę podobnych reakcji na podobne korki na drogach wyjazdowych z Gdańska, Katowic czy innych dużych miast.

Znajomość historii również leży. Wszyscy w końcu wiemy, albo przynajmniej powinniśmy wiedzieć, że powojenna Warszawa w ogromnej większości odbudowywała się i dźwigała z gruzów dzięki ludności napływowej, nie tylko okolicznej. Kto budował domy, kładł kanalizację, brukował ulice i ciągnął trakcję elektryczną ?! No przecież, że nie “warszawka”, zdatna jedynie do wydawania pieniędzy. Żadni Łęscy i inni im podobni ;) . Odbudowywali ją rzemieślnicy i  robotnicy warszawscy, owszem, ale w końcu jakże wielu z mieszkańców przedwojennego miasta nigdy nie wróciło. Gdyby nie ci, którzy masowo napływali do stolicy w poszukiwaniu chleba, cały proces mógłby potrwać znacznie dłużej.  Ci, którzy teraz chamsko trąbią na nieszczęśników z inną niż warszawska rejestracja, są w większości w najlepszym razie może drugim pokoleniem, urodzonym w stolicy. Nierzadko zaś sami przybyli do Warszawy kilka/kilkanaście lat wstecz. Widzę to zresztą na przykładzie moich znajomych, sytuacji “demograficznej” w pracy, itd. Podział przebiega mniej więcej pół na pół, przy czym sporo jest osób, których rodzice sprowadzili się do Warszawy z różnych okolic.  Zapewne powinnam poczuć się szczęściarą, bo nikt mi jakoś nigdy nie wytykał pochodzenia. Albo obracam się w innym towarzystwie albo to zasługa tego, że jeżdżę metrem i nie mam na plecach “obcej” rejestracji.

O co zresztą ta cała wojna ? O meldunek, podatki, zarobki… Meldunek ? Chętnie, tylko jak szukałam mieszkania nikt się jakoś nie palił, żeby mnie zameldować, mimo że wyrażałam taką chęć. Powód ? Musiałby jeszcze podatek odprowadzić od dodatkowego dochodu. Ale jest się o co przyczepić ? Jest. Ale to oczywiście wina tych okropnych przyjezdnych a nie chciwości,  wrrrróć zaradności Warszawiaków. Gdyby było inaczej to ani problem podatków by nie istniał ani zarobków. Potem się czyta, że nie płacąc tu podatków okradasz, nie szanujesz.  Dlaczego ci co grzmią nie zauważają, że okradają Warszawę ich sąsiedzi, którzy zarabiają na wynajmie. Myślicie, że ktoś się nie chce meldować celowo ? Że sam wybiera problemy chociażby z wizytą u lekarza, wyrobieniem paszportu, zmianą konta w banku czy załatwieniem jakiegokolwiek innego urzędowego świstka.  Klapki na oczach to za mało powiedziane. Wystarczy się postawić na 10 minut w sytuacji tych, którzy często po byle pierdołę muszą jechać setki kilometrów a od razu wam powinny dyrdymały o unikaniu meldunku wypaść z głowy ;) .

A w ogóle to nie ma o co się kłócić, o rejestrację ? O pracę ? Zaradny znajdzie, nie musi nikomu żałować.

No i :

Mam tak samo jak ty,
Miasto moje a w nim:
Najpiękniejszy mój świat
Najpiękniejsze dni
Zostawiłem tam kolorowe sny.

Kiedyś zatrzymam czas
I na skrzydłach jak ptak
Będę leciał co sił
Tam, gdzie moje sny,
I warszawskie kolorowe dni.

Małżeństwo ;)

Styczeń 16, 2010 - autor: Sunny

Dzień ślubu – czas, w którym od państwa młodych aż bije radość, spełnienie, dobry humor. Pod całą wierzchnią koncentracją, pragnieniem, aby uroczystość się powiodła i goście byli zadowoleni, oboje są głęboko, prawdziwie szczęśliwi. I naprawdę nie ma wtedy znaczenia, że panna młoda jest już szczęśliwa, a pan młody – jeszcze

Na Nowy Rok – zamiast życzeń i postanowień…

Grudzień 31, 2009 - autor: Sunny

Zamiast życzeń i postanowień kilka myśli, które mają mi przyświecać w Nowym Roku:

1. Szczęście:

“Szczęście jest wówczas pełne, gdy światło  poranku budzi dwoje ludzi do dnia pełnego wspólnych czynów i rozmów.” J. Iwaszkiewicz

2. Zmiany, zmiany:

“Chciałem zmienić świat. Doszedłem jednak do wniosku, że mogę jedynie zmieniać samego siebie.” Aldous Huxley

“Powstrzymaj się przed strofowaniem kogokolwiek. Gdyby ludzie mogli się zmieniać, zmienialiby się. Ale nie mogą. A ty jeszcze mniej niż oni.” Emil Cioran

3. Przyjaźń:

“Nie idź za mną, bo nie umiem prowadzić. Nie idź przede mną, bo mogę za Tobą nie nadążyć. Idź po prostu obok mnie i bądź moim przyjacielem”. Albert Camus

4. Książki

“Nigdy nie czytaj książki, która nie ma przynajmniej roku.” Ralph Waldo Emerson

5.  Błądzić jest rzeczą ludzką:

“Przestańcie nazywać błędem to, co jest przeciwieństwem waszej prawdy, a prawdą to, co jest przeciwieństwem błędu.” Antoine de Saint-Exupery

“Popełnić błąd to jeszcze nie tragedia. Tragedią jest upieranie się przy tym błędzie.” F. de la Rochefoulcauld

6. Prawda

“Prawda leży pośrodku – może dlatego wszystkim zawadza”. Arystoteles

7. Czas:

“Stracony czas jest tak nieodwracalny jak śmierć.” Piotr I Wielki

“Wszystkie jesteście niewierne” – o obyczajach, religii i prawach kobiet. Recenzja.

Grudzień 28, 2009 - autor: Sunny

Okres świąteczny to dla mnie czas, kiedy dopadam wszystkich książek, które od dawna miałam przeczytać lub kupuję coś nowego, czasem odbiegającego od moich zwykłych upodobań.  Wczoraj w Empiku wpadło mi w rękę kilka książek z zakresu literatury faktu czy wręcz mini-reportaży, których swego czasu czytałam sporo i postanowiłam wrócić do tego gatunku.

Opis książki zamieszczony przez wydawnictwo zainteresował mnie, ale był na tyle lakoniczny, że dopiero w trakcie  zorientowałam się, że już to czytałam i to tuż po wydaniu książki, czyli mniej więcej w 2001 roku.  Ponowna lektura z takiej perspektywy czasu, pozwoliła mi nie tylko spojrzeć inaczej i dojrzalej na historię afgańskiej nastolatki, żyjącej najpierw w okupowanym kraju a później w obozie dla uchodźców. Zdałam sobie sprawę także z tego, że po tych wszystkich latach nic się w Afganistanie nie zmieniło i wątpliwe czy Zoi udało się spełnić chociaż jedno z jej marzeń o powrocie do kraju, małżeństwie, życiu takim jak przed wybuchem wojny.

Przyznam, że pomimo dwukrotnej nawet lektury książki i regularnego oglądania wiadomości telewizyjnych nie umiem tak naprawdę odtworzyć spójnego przebiegu współczesnej historii Afganistanu ani stwierdzić do jakiego stopnia udało się znieść zbrodniczy reżim talibów. Wszyscy sprawozdawcy koncentrują się na bitwach, bombach, ofiarach a tak naprawdę nie wiemy nic o codziennym życiu w kraju ogarniętym wojną. tym codziennym życiu, które tak doskonale, choć prosto opisała Zoja. Nie wiemy czy kobieta nadal nie może iść ulicą samotnie, bez towarzystwa krewnego i w obowiązkowej burce, czy może skorzystać z pomocy lekarza-mężczyzny bez grożących jej za to sankcji i czy nadal jedyną dozwoloną a nawet propagowaną rozrywką jest oglądanie egzekucji… Czy dzieci znowu puszczają latawce a noszenie białych skarpetek nie jest już równoznaczne z deptaniem flagi talibów… Jakie nastąpiły zmiany obyczajowe, prawne…

Tak naprawdę bowiem, jednym z największych walorów “Niewiernych” jest próba pokazania pozycji, praw kobiet w Afganistanie, jej genezy i tego jak subtelnie trzeba działać, aby cokolwiek udało się zmienić. Historia przybranej babki Zoi, która uświadamia sobie, że usankcjonowane prawnie i zwyczajowo bicie ją przez męża jest złe, że w przyszłości powinno się to zmienić, aby choć dla niej jest za późno, ochronić następne pokolenia jest przykładem jak trudno zmienić mentalność ludzką. Kobiety nawet wykształcone i w teorii świadome swych praw poddają się tradycji, która jest silniejsza niż litera prawa i konstytucja. Dowodzi tego koleżanka Zoi, która wydana zgodnie z tradycją za zupełnie nieznanego jej mężczyznę, nie kontynuuje nauki, gdyż mąż jej nie pozwala. Dowodzi tego rodzina uchodźców, która zapożycza się na wielkie tradycyjne wesele a potem nie ma za co kupić lekarstw i butów dla dzieci.  Ulegają presji społecznej i silnemu, nie oszukujmy się także u nas, strachowi przed tym “co ludzie powiedzą”. Ulegają dyktatowi religii, która jak mi się wydaje, nie powinna tak dalece rzutować na życie codzienne ani swoich wyznawców ani tym bardziej ludzi innego wyznania. Wszystko to w dodatku opisane bez żadnego zadęcia, bez peror -  w formie prostego życzenia o coś, co dla wielu z nas wydaje się oczywiste. Szczególnie uderzyło mnie marzenie o poślubieniu mężczyzny, który będzie szanował ją i to co robi – wydawałoby się tak bardzo skromne a dla wielu kobiet nieosiągalne…

Polecam tę książkę tym, którzy interesują się innymi kulturami, tematyką praw człowieka. Na 200 stronach została spisana naprawdę jedna z najbardziej poruszających historii, jakie czytałam.

Myślę, więc jestem … śmieszny. Kretyństwa roku 2009

Grudzień 27, 2009 - autor: Sunny

Przełom roku jest zwykle okresem podsumowań i gdybym chciała dokonać subiektywnej oceny minionego roku to muszę rzec, że tak jak to powiedział G.G. Marquez największym nieszczęściem tego kraju jest to, że ludzie mają za dużo wolnego czasu na myślenie [...]. Coś w tym musi być, bo z “Kontrabasisty” Patricka Suskinda, którego w końcu nie skończyłam zapamiętałam zdanie, dosyć niedokładnie zresztą, że myślenie jest zbyt trudne, aby każdy mógł się nim zajmować. Niestety wszyscy uważają, że potrafią myśleć i robią to.  Z czego wychodzą same problemy.

Komitetowi, przyznającemu Noble pokojowe, też się wydawało, że potrafią myśleć i wymyślili ekstraordynaryjnie, że Nobla dostanie Barack Obama, który co prawda jeszcze niczego nie dokonał, ale ma potencjał. W tym momencie zdaje się, że powinnam się domagać literackiej nagrody Nobla. Co prawda poza blogiem niczego jeszcze nie napisałam, ale z całą pewnością mam potencjał i kto wie. Obama odwdzięczył im się apelując o większą liczebność kontyngentu w Afganistanie.  Mógłby tłumaczyć się, że kierował się słynnym cytatem: Uczcie ich polityki i wojny, by ich synowie mogli studiować medycynę i matematykę, a wnuki miały prawo zajmować się poezją, muzyką i architekturą…”

gdyby nie to, że znając poziom edukacji amerykańskiej bardzo wątpię, aby go znal.

Gdybym miała przyznać kategorię, w której w tym roku padło najwięcej głupich pomysłów i przy okazji wypowiedzi zdecydowanie byłaby to kwestia in vitro.  Nie wiem czy komuś udało się przebić w tym roku Nelly Rokitę z jej błyskotliwą wręcz diagnozą leczenia bezpłodności. Wszystkim tym, którym wydaje się, że bezpłodność może mieć jakiekolwiek przyczyny medyczne Nelly postanowila wybić to z głowy, uznając, że „Bezpłodność wynika raczej z problemów psychicznych” i podając nieuświadomionym maluczkim receptę  wystarczy takiej rodzinie rozprężyć się, pojechać na jakiś urlop, mieć ze sobą kontakt, pogadać, porozmawiać, usiąść razem, zjeść kolację. Czyż nie genialne w swej prostocie ? Gdyby wszyscy myśleli tak jak Nelly na świecie nie byłoby sprzecznego z prawem naturalnym i bożym, będącego brakiem szacunku dla życia, wynaturzenia zwanego in vitro. A biedny poseł Gowin nie musiałby adoptować zamrożonych zarodków i “uszczęśliwiać” nas swoimi  przemyśleniami. Szczególnie ujęła mnie eksplozja miłości, wylewająca się ze słów posła, który prawił:   “Polityk musi odnaleźć w sobie miłość do ludzi, którym służy. W moim przypadku, odkąd zająłem się in vitro, to miłość do zamrożonych w azocie embrionów. Wiem! Myśli pan, że przesadzam, ale czasami naprawdę czuję się, jakbym był ich przybranym ojcem”.

Ale Nelly nie jest jedyną odkrywczynią w zakresie medycyny wciąż bieżącego 2009 roku. Pani Ewa Kopacz poczuła widać w sobie podobną moc, gdyż specjalizacja w zakresie pediatrii i medycyny rodzinnej, nie przeszkodziła jej w podważeniu skuteczności szczepień na grypę. Cóż, serial o doktorze Housie – alfie i omedze diagnozy i leczenia- nadal bije rekordy popularności, więc…  Widzę ponadto kilka kolejnych Nobli do rozdania, obie panie mają już na swoim koncie wiekopomne odkrycia. Przy okazji – obecnie jest emitowany spot reklamowy, zachęcający do szczepieniu dzieci przeciwko pneumokokom, już to widzę – rodzice, którym się wmawia, że szczepionka  na zwykłą grypę może zaszkodzić na pewno pobiegną  je szczepić na coś gorszego.

Z czystej litości oszczędzę nam wszystkich przemyśleń przyszłej pierwszej damy RP Isabel. Wystarczy już to, co palnął jej obecnie już mąż Kazimierz M., który wymyślił, iż może stać się receptą na Lecha K. “mógłbym myśleć o wyborach prezydenckich w 2010 r., tylko wówczas, gdyby zagrażała nam reelekcja Lecha Kaczyńskiego”. Biedny redaktor “Wprostu” musiał być poważny.

Na nadmiar logicznego myślenia nie cierpią raczej dziewczyny, które kilka ładnych godzin czekały w kolejce, aby kupić coś z nowej kolekcji H&M, Jimmiego Cho, czy jak on się tam zwał.  Zdaje się, że prekursorem takich wyprzedaży i robienia show z kupowania był w Polsce Media Markt, swoje zrobiła tez potteromania, ale co innego dzieciaki a co innego dorosłe kobiety. Tak mi się przynajmniej zdawało… Dla urody trzeba pocierpieć i odstać swoje ? Dziękuję. Naśladowanie we wszystkim Amerykanów też mogło by mieć jakieś granice, bo nie nęci mnie widok stada dziewczyn bijących się o suknię ślubną czy torebkę.

Czasami wręcz mam nadzieję, że ktoś tylko coś palnął i nie przemyślał. Jeżeli bowiem jeden z naszych reprezentantów w piłkę nożną naprawdę myślał to co powiedział, czyli:   “Jesteśmy z tym selekcjonerem od niedawna, Nie ma czego od nas za bardzo wymagać”  to nie ma czego szukać w reprezentacji i sporcie. Jeśli ktoś nie wymaga od siebie to …

To dziennikarze i tak będą o nim pisać. Zamiast bowiem cieszyć się z wygranej siatkarzy i złotego medalu do bólu rozpamiętywali każdą porażkę piłkarzy. Myślcie panowie, myślcie… Z drugiej strony – jak ktoś słusznie zauważył komentatorzy mieli najgorzej, musieli oglądać tę żenadę do końca…

Wszystkim, którzy dobrnęli do końca mogę zaproponować posłuchanie płyty Agnieszki Chylińskiej “Modern rocking”, która tak intensywnie myślała nad nową wersją swojego wizerunku, że wymyśliła kicz roku. Prezent dla wroga jak znalazł ;) .

Aż strach pomyśleć, co wymyślą w przyszłym roku.

Żródło demotywatory.pl

Koniec.

Read more books than blogs

Grudzień 19, 2009 - autor: Sunny

Przyznam szczerze, że gdybym nie zobaczyła to nie uwierzyłabym. Krążący od jakiegoś czasu zapewne, ale zobaczony przez mnie dopiero dzisiaj obrazek “read more books than blogs” uświadomił mi, że ku mojemu zaskoczeniu blogi stały się tak ważnym elementem, nie tylko cyberprzestrzeni.  Sama nie tylko pisuję dosyć nieregularnie, ale i niemal nie czytuję innych. Być może da się to przyporządkować pod kategorię wstydliwych wyznań, ale do awantury o budyń Oetkera nie miałam pojęcia o istnieniu sławnego ponoć Kominka a nazwy najpopularniejszego polskiego bloga, opisującego rzeczywistość polityczną, mimo najszczerszych chęci nie jestem sobie w stanie ani przypomnieć ani wygooglać. Czytania wypocin polityków i pseudgwiazdek showbiznesu unikam jak ognia… Pogoń za trendami i modą mnie nie interesuje… Na myśl o czytaniu “arcydzieł” ortografii i stylu naszej przyszłości narodu aż mnie otrząsa. Nie pasjonuję się na tyle żadnym serialem, Hannah Montana, filmem a wiadomości wolę jednak w telewizji. Tymże to sposobem poza blogiem  Samcika , który ostatnio trochę nadmiernie popada w samouwielbienie i mojego guru Bralczyka,  poza okazjonalnymi wizytami u znajomych, aby zobaczyć, co tam u nich słychać nie czytam żadnego bloga. No, jeszcze zerkam czasem na porady odnośnie photoshopa i przepisy kulinarne, ewentualnie jak zrobić koraliki czy ładnie ułożyć serwetki na spotkanie z teściami ;) , ale na tym koniec. Dlatego też nie przyszłoby mi do głowy, że blogi mogą zastąpić książki.Nigdy w życiu!

Na pewno krótka forma i wygodna platforma jest zaletą blogów, ale… Szczerze mówiąc ja nawet do e-booków nie jestem w pełni przekonana. Audiobooków czasem słucham, ale też z pewną rezerwą. Nie ma to jednak jak szelest kartek, ciepła herbatka i kocyk. I inny świat, do którego przenosimy się nawet w zatłoczonym autobusie i długiej kolejce do kasy. No i jak tu porównać ukochane książki z dzieciństwa a potem już lat dorosłych  z czytaniem o piciu herbaty i pierwszych słowach ukochanego dziubdziusia. Jak zastąpić  Imię Róży, Ivanhoe czy Sapkowskiego z najbardziej błyskotliwą nawet oceną najnowszej pyskówki w sejmie. Nie da się, no nie da!

Kochajcie książki rodacy !

I czytajcie, książka żyje tylko wtedy gdy jest czytana…

“Jakie smutne oczy ma karp…”

Grudzień 9, 2009 - autor: Sunny

Smutne oczy ma nie tylko karp z jednej z moich ulubionych piosenek zimowo-świątecznych.  Jadę codziennie Nowym światem, patrzę na udekorowane światełkami latarnie, fontanny smagane wiatrem i moknące na deszczu i robi mi się oraz smutniej…  Wbrew reklamom, w których próbują nas nakłonić do kupowania wszelkimi możliwymi sposobami, atmosfera nie staje się ani trochę bardziej świąteczna. Za oknem zamiast wesołych płatków śniegu tańczących na wietrze, oszronionych drzew i karykatur bałwanów w parkach mamy tylko bezlistne drapaki, brudne chodniki, kałuże i … smutne oczy.

W naszej smutnej kulturze Boże Narodzenie to chyba jedyna święta, które mają szansę być optymistyczne. Wszystkie inne, nie wiedzieć czemu, obciążone są ciężarem pompy, bagażu historycznego i przypominają raczej stypę niż jakiekolwiek święto. Przed Wielkanocą trzeba się koniecznie poumartwiać za to co zrobili Żydzi jakieś dwa tysiąclecia temu. W maju, ci ktorzy akurat nie grillują mają okazję pooglądać pochody bezrobotnych. Potem jeszcze ze trzy tygodnie można się upajać dzieleniem na dwadzieściadwoje przyczyn wybuchu, skutków, możliwych skutków i możliwych przyczyn Powstania Warszawskiego a  na dobitkę “poświętować” odzyskanie niepodległości słuchając wymamrotanego bełkotu prezydenta o trudnej historii, bagażu, potrzebie odbudowy państwa, trudnych reformach i tak dalej. Na rezultacie najweselsze staje się Święto Zmarłych. Tonące w zniczach cmentarze wyglądają prześlicznie, więc pewnie z czasem trzeba ich zakazać…

Ech… Smutno jest… Dziwny i smutny jest ten świat…Cóż dziwnego w tym, że dajemy się nabrać na reklamy, gdzie przy dźwiękach kolędy, zapalonej choince i sypiącym za oknem śniegiem wszystko staje się jakieś… bardziej radosne. Dajemy się nabrać na fałszywą “magię” świat w supermarkecie i w rezultacie smętne pustki widać w naszych portfelach i na kontach.

A wystarczy tak niewiele – grzany jabłecznik lub ulubiona herbatka, ciepły kocyk, ramiona ukochanego i ciekawa książka.I nadzieja, że jednak spadnie śnieg…

Ciągle pada śnieg,
niech zasypie nas,
całkiem miło jest,
w ten zimowy świąteczny czas
pada śnieg,
niech zasypie nas…

“Porwanie” Chmielewskiej mnie nie porwało!

Listopad 29, 2009 - autor: Sunny

Czytelniczką książek Joanny Chmielewskiej jestem długoletnią, aczkolwiek mało systematyczną i kolejne pozycje pochłaniam w dużej mierze zrywami, w zależności od tego czy aktualnie przeczytana pozycja wydała mi się interesująca czy nie. “Porwanie” wyjątkowo kupiłam już w dzień po premierze. Nie byłam jakoś szczególnie na nią napalona, ale miałam nadzieję na lekturę poprawiającą nastrój, nabyłam i…  nie zawiodłam się tylko dlatego, że nie oczekiwałam zbyt wiele w momencie, gdy zobaczyłam, że główną bohaterką jest Joanna.

Wydaje mi się,  że ostatnimi laty Chmielewska zatraciła umiejętność budowania spójnej, logicznej, żywej i interesującej akcji w książkach, w których podmiot liryczny jest zarazem alter ego autorki. Zrozumiały jest fakt, że kobieta w jej wieku nie biega już po mieście ani nie udaje wiertarki mechanicznej, ale …  Jeżeli się nie ma o czym pisać to się po prostu nie pisze, czego dobitnym przykładem są moje biedne, osierocone często blogi.  Wracając jednak do tematu – od jakichś 10 lat, czyli od “Złotej muchy” żadna książka z Joanną mnie nie porwała a kiedyś było dokładnie na odwrót. Trudno, aby porywało coś, gdzie 50% akcji stanowią pogadanki w domu Joanny, podczas których bezustannie jedzą,  leją się hektolitry piwa lub wina i wszyscy rozbijają się taksówkami, co powoduje zgrzytanie zębów u przeciętnych, pracujących jednostek, którym podobne ekstrawagancje nie grożą. Podczas czytania nowszych książek Chmielewskiej przypomina mi się Klub Pickwicka, w którym akcja a raczej jej brak wyglądał bardzo podobnie – jedzą, piją i popuszczają pasa ;) . Szkoda, że czasy saskie już dawno minęły i dzieło w stylu “Opisu obyczajów za panowania króla Augusta III” Kitowicza nie ma już szans powodzenia.   Coraz bardziej wkurzają mnie też powtarzające się do bólu te same postaci, adresy i akcje. W końcu wydawałoby się, że w Warszawie jest więcej ulic niż nieszczęsna Chmielna 106, która występuje bodaj w trzech książkach w trzech funkcjach, można by się zdecydować co do nazwiska Bożydara, wymarzeńca, Słodkiego Kocia i tego jak w końcu miał na imię mąż Alicji a także  nie powtarzać tych samych historyjek w kilku książkach, np. nieszczęsnej gęsi pieczonej w glinie, która – jeżeli liczyć poradniki – piekła i  się upiec nie mogła co najmniej 3 razy.

“Porwanie” powtarza wszystkie najgorsze wady stylu Chmielewskiej z ostatnich 10 lat a najgorszą jest to, że jest po prostu nudna. Nieprawdopodobna zupełnie akcja, połączona ze skretynieniem bohaterów, z których 5 na 7  (czy znany jest Pani Chmielewskiej rachunek prawdopodobieństwa ?) słyszało/widziało podobne porwania i najpierw tego w ogóle nie skojarzyło a potem grzecznie czekało z przypomnieniem sobie aż poprzednia osoba skończy opowiadać. Ja się może nie znam, ale tuszę, że gdybym kiedykolwiek słyszała o porwaniu to w przypadku podobnego zdarzenia nie potrzebowałabym kilku dni na przypomnienie sobie tego faktu. Kolejną wadą książki jest jej przegadanie, przy całkowitym braku błyskotliwych dialogów, które mogłyby podnieść walory powieści.  Brak zupełnie perełek językowych, zabawnych skrótów myślowych i lapsusów  co stanowiło swoisty znak rozpoznawczy stylu Chmielewskiej. Co gorsza spirytus movens całej powieści, czyli porwanie osoby wziętej za Joannę Chmielewską, całkowicie niepotrzebnie zostało przekombinowane. W zupełności wystarczyłaby zbieżność nazwiska osoby, która zamieszkała pod starym adresem Joanny. Nie, trzeba było jeszcze dodać, że się podszywała pod Joannę i prześladowała ją telefonicznie, zrzynając na dobitkę z “Babskiego motywu”. Przejadę się jeszcze po postaciach, bo doprawdy różne nieprawdopodobne kreacje Chmielewska stworzyła, ale tutaj już dała popis fantazji i fikcji, posuniętej do granic niemożliwości. Natalkę dałoby się jeszcze ścierpieć, nawet Klarę pomimo finalnej bójki, ale przy Konradzie, który chce oddać rywalowi  nerkę dosłownie wymiękłam, ogłupiałam, skamieniałam i zamieniłam się w żonę Lota a potem wybuchłam nieopanowanym śmiechem.  Dzięki temu znalazł się moment, po którym tarzałam się po podłodze ze śmiechu, tylko chyba niezupełnie o taką reakcję chodziło.

Generalnie “Porwanie” jest po prostu nijakie i nużące. Może jednak Pani Joanna, na której książkach się wychowałam powinna przemyśleć pozostanie przy utworach, w których jej alter ego się nie pojawia, które pomimo upływu lat nada są w większości świetne.  Audiobooki z “Depozytu” i “Krowy niebiańskiej” ratowały mi samopoczucie, gdy przez tydzień nie wolno mi było czytać ani używać komputera i żałuję, że od “(Nie) boszczyka męża”, czyli już ładnych kilku lat nie pojawiło się nic w tym stylu.

Koniec i bomba, kto przeczytał “Porwanie’ ten trąba.